sobota, 20 lipca 2013

Rozdział 48

  Rozdział dedykowany mojej cudownej siostrze i przyjaciółce Normie.

~*~*~

  Mijały dni, tygodnie, miesiące. W końcu zaczął się czerwiec, a wraz z nim egzaminy promocyjne. Całymi dniami siedziałam w pokoju i wkuwałam z różnych przedmiotów. Dzięki temu odrywałam się od myśli o Jacksonie. Mimo że od naszego zerwania minęło wiele czasu, ciągle się nie pozbierałam. Z tego co wiedziałam, Jackson nie zaczął się spotykać z Penelopą. Nie zaczął się spotykać nawet z kimś innym. Bliźniaczki mówiły, że od zerwania bardzo się zmienił. Podobno był równie przygaszony jak ja. Nie miałam pojęcia, co o tym sądzić. Przecież to on mnie zdradził. Dlaczego teraz niby cierpi?

  We czwartek, w dzień ostatniego egzaminu, na obiedzie siedziałam Maddy, Kate i Samantą. Dziewczyny rozmawiały o tym, jak im poszło, ja jednak w milczeniu jadłam zupę. Naglę wstał dyrektor i zaczął przemawiać:
- Drodzy uczniowie! Dzisiaj napisaliście ostatni egzamin. Jak co roku po egzaminach w naszej szkole odbędzie się dyskoteka, na którą przyjadą zeszłoroczni absolwenci. Nasi goście zjawią się jutro około szesnastej. Dyskoteka odbędzie się w sobotę o dziewiętnastej.
  Usiadł.
  Całkowicie o tym zapomniałam. Dyskoteka była urządzana od trzech lat i zawsze była wielkim wydarzeniem w szkole. Tym razem jednak najchętniej bym na nią nie szła. Niestety nie było takiej opcji, bo musiałabym wymyślić jakąś genialną wymówkę, a na to nie miałam siły.
  Wieczorem siedziałam w pokoju bliźniaczek razem z Is. Jessica gdzieś poszła z jakąś koleżanką. Moja siostra była okropnie podekscytowana, ponieważ na dyskotekę przyjeżdżał też Kevin. Siedząc na jej łóżku, słuchałam jej monologu na temat tego, jak bardzo jest szczęśliwa.
- Boże, tak dawno go wiedziałam. Tak się cieszę, że na tę dyskotekę przyjeżdżają też absolwenci, bo inaczej nie wiem z kim bym poszła. - Spojrzała na mnie. - A ty, Saro, umówiłaś się z kimś?
  Spuściłam wzrok.
- Znaczy nie - westchnęła Isabell. - Nie rozumiem ciebie. Przecież łatwo mogłaś znaleźć chłopaka. Jesteś śliczna i nie powinno ci to sprawić trudności. Na dodatek odegrałabyś się na Jacksonie.
  Wzdrygnęłam się na dźwięk jego imienia.
- Odegrać się?
- No tak. Gdyby dowiedział się, że się z kimś umówiłaś, że radzisz sobie lepiej od niego po zerwaniu...
  Poczułam w brzuchu dziwne ukłucie.
- Myślisz, że byłby niezadowolony? Że mógłby być... zazdrosny?
  Isabell prychnęła.
- No pewnie. Nie widzisz go codziennie, Saro, nie wiesz jak bardzo sobie nie radzi. Gdyby dowiedział się, że ktoś inny ci się podoba...
  Poczułam uderzenie gorąca. Chciałam tego. Najbardziej na świcie chciałam, żeby Jackson cierpiał. Żeby poczuł się tak jak ja, po tym co mi zrobił. Obudziła się we mnie żądza zemsty, która powoli przejmowała kontrolę nad każdą częścią mojego organizmu. Szybko wstałam z łóżka.
- Lecę kogoś znaleźć!
  Niestety, nie okazało się to takie proste, jak wydawało się Is. Większość chłopaków była już zajęta. Zostali tylko tacy, którzy nie byli dość przystojni, żeby zbudzić zazdrość Jacksona. Po godzinie poszukiwań, wróciłam do swojej sypialni.

  Następny dzień mijał bardzo szybko. Zanim się obejrzałam, była już siedemnasta i do szkoły wkroczyli absolwenci. Isabell zerwała się z ławki, na której siedziałyśmy i pobiegła szukać swojego chłopaka. Ja nie ruszyłam się z miejsca. Byłam w bardzo złym humorze, bo nie znalazłam chłopaka na dyskotekę. Chęć zemszczenia się na Jacksonie była tak ogromna, że ciągle myślałam tylko o tym. Nic więcej się dla mnie nie liczyło.
- Cześć, Saro - usłyszałam nagle męski głos.
  Podniosłam wzrok i ujrzałam Kevina, chłopaka Isabell.
- Cześć.
  Isabell wyglądała na bardzo szczęśliwą, idąc z nim za rękę do swojego pokoju. W głębi serca bardzo jej tego zazdrościłam. Wiele bym dała, żeby być szczęśliwą.
  Wieczorem siedziałam sama w pokoju. Leżałam na łóżku i słuchałam muzyki. Piosenka była powolna. Delikatny sopran wokalistki roznosił się po pokoju, a jego kojące brzmienie uspokajało moją duszę. Westchnęłam. Tak bardzo chciałam, żeby Jackson czuł się tak jak ja teraz.
  Podniosłam się i wyszłam z pokoju. Muszę się zemścić, myślałam. Muszę, muszę, po prostu muszę.
  Szłam szybkim krokiem po szkole, mając ogromną nadzieję, że zobaczę jakiegoś wolnego chłopaka. Oczywiście nic z tego. Po drodze spotkałam jedynie Is i Kevina.
- Hej, Saro. Gdzie się tak spieszysz? - spytała moja siostra.
- Ja? Nie, tak po prostu sobie chodzę.
- A to dobrze, bo możesz iść z Kevinem do jego sypialni. Zostawił tam bransoletkę dla ciebie.
  Niechętnie się  się zgodziłam. Poszliśmy na ostatnie piętro. Kevin próbował jakoś ze mną rozmawiać, ale ja nie bardzo miałam ochotę, więc po paru próbach ciągnięcia mnie za język, poddał się. Resztę drogi przeszliśmy w milczeniu. Zatrzymaliśmy się przy drzwiach jego pokoju. Chłopak zaczął szukać klucza. 
  Rozejrzałam się dookoła. Na korytarzu oprócz nas był jeszcze tylko jeden chłopak. Od razu go poznałam. Był do Sean Victrors, chłopak, który jest w pierwszej klasie i ciągle podlizuje się Jacksonowi, sama nie wiem po co. Serce zabiło mi mocniej. Gdybym coś teraz zrobiła i on by to zauważył, Jackson dowiedziałby się o tym. Nikt inny. Tylko Jackson. To było zbyt kuszące. Nie myślałam racjonalnie. Pragnienie zemsty przejęło kontrolę nad moim mózgiem.
  I wtedy zrobiłam coś głupiego.
  Pocałowałam Kevina.
  Myślałam tylko o zemście i Jacksonie, który będzie cierpiał.
  A potem usłyszałam okrzyk wściekłości. 
  Głos sprowadził mnie na ziemię. Wiem, że należy do Isabell. Szybko oderwałam się od jej chłopaka i spojrzałam na nią. Wyglądała na okropnie zaskoczoną. Po chwili jednak przerodziło się to w złość. 
- Jak możesz?! - wrzasnęła na Kevina. 
- Nie, Is, to nie tak...
- A jak?! Sama się nie ciebie rzuciła?!
- Eee.. Tak jakby masz rację - wtrąciłam się. 
- Zamknij się, Saro! Nie z tobą teraz rozmawiam! Na razie na niego wrzeszczę, ale nie myśl, że ci się upiecze! Jak wy w ogóle mogliście mi to zrobić?!
  Kevin próbował ją uspokoić, ale się nie dawała. Dopiero teraz dotarło do mnie, co zrobiłam. Rumieniec oblał całe moje policzki. Jak mogłam? Jestem naprawdę aż tak chora? Ważniejsze było dla mnie zemszczenie się na Jacksonie niż szczęście siostry. 
  Isabell uciekła. Kevin pobiegł za nią. Ja, czerwona ze wstydu, wróciłam do pokoju i położyłam się na łóżku.

  Jestem najobrzydliwszą istotą jaka chodziła po ziemi. 
  Jestem wredną, zdradziecką siostrą.
  Jestem paskudną osobą.
  Jestem idiotką.
  Jestem chora umysłowo.
  Mam poważne problemy z głową.
  Powinno się mnie ukarać.
  Nie powinnam żyć. 

  Wyszłam z pokoju. Chciałam znaleźć Is i wszystko jej wyjaśnić. Poszłam do jej pokoju, jadalni, biblioteki... Nigdzie jej nie było. Przeszukałam chyba całą szkołę, ale nie mogłam jej znaleźć. Może po prostu się przede mną ukrywała. Nie dziwiłam się jej. Sama bym siebie unikała.
  Zamiast niej spotkałam Kevina.
- Gadałeś z Is? - zapytałam.
- Nie chce mi wierzyć. 
  Nie był na mnie zły i to mnie dziwiło. Właśnie zniszczyłam mu życie, a on spokojnie ze mną rozmawiał. 
- Przepraszam.
  Przez chwilę trwała cisza.
- A właściwie dlaczego to zrobiłaś?
  Zaczęłam mu opowiadać o wszystkim. O tym jak zerwaliśmy z Jacksonem. O tym jaka byłam załamana. O tym jak Is powiedziała, żebym się na nim zemściła. O tym jak pragnienie zemsty przejęło nade mną kontrolę.
  W połowie tej historii zaczęłam płakać.
- Saro, spokojnie - powiedział Kevin, podając mi chusteczkę. - Wszystko się ułoży, zobaczysz. 
  Wytarłam sobie twarz. 
- Tak strasznie cię przepraszam.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Rozdział 47

  Kolejne dwa tygodnie były dla mnie mordęgą. Nie potrafiłam się pozbierać po rozstaniu z Jacksonem. Dziewczyny musiały mnie ciągnąć na lekcje i posiłki, bo najchętniej nie wychodziłabym z łóżka Tak też zresztą robiłam w weekendy. Bardzo cię więc ucieszyłam, kiedy po ostatniej lekcji w piątek poszłam do swojej sypialni. Położyłam się na łóżku i, mimo wielu próśb moich przyjaciółek, nie miałam zamiaru wstawiać.
  To było takie niesprawiedliwe! Życie i tak dało mi już mocno w kość. I kiedy już myślałam, że mi to wynagrodziło, moje wynagrodzenie całuję się z Penelopą. Moje całe życie straciło sens. No dobra, miała przyjaciółki, ale niedługo skończymy szkołę i każda z nas będzie musiała żyć własnym życiem. Tylko że ja nie miałam żadnego życia!
  Miałam ogromną ochotę czymś sobie przywalić. 
  Nagle spadła mi poduszka. Podniosłam ją i niechcący spojrzałam na wewnętrzną stronę nadgarstka. Widniał tam czarny tatuaż, napis Jackson. Bardzo dobrze pamiętam, kiedy go zrobiłam.

~*~*~

  W połowie stycznia zorganizowano wypad do Dronwood. Ja oczywiście umówiłam się z Jacksonem. Kiedy tylko dotarliśmy na miejsce, odnalazłam go w tłumie uczniów i razem wyruszyliśmy na spacer.
- Masz jakiś pomysł, gdzie moglibyśmy pójść? - spytałam.
- Chyba mam.
- Jaki?
- Zobaczysz.
  Szliśmy powoli, mijając znajomych ze szkoły. Nagle Jackson zatrzymał się przed jakimś budynkiem. Spojrzałam na szyld: "Studio tatuaży". Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Żartujesz?
- Nie - odpowiedział najspokojniej na świecie.
- Jackson, proszę. Chodźmy stąd.
- A może lepiej wejdźmy? - Uśmiechnął się do mnie łobuzersko. - Saro, przecież to tylko tatuaż.
- Tylko tatuaż? Aż tatuaż! Matka mnie zabije.
- Nie musisz jej pokazywać. 
- To Kristin mnie zabije. Zresztą to strasznie boli...
- Nie tutaj. To nie jest zwykłe studio. Należy do czarodzieja. Te tatuaże nie są prawdziwe. To znaczy są. Nie da się ich usunąć, ale ich wykonanie nic nie boli.
  Tym mnie trochę przekonał. Spojrzałam niepewnie na drzwi.
- Co mielibyśmy sobie wytatuować?
- Swoje imiona - odpowiedział bez zastanowienia.
- Jak długo o tym myślałeś?
- Trochę. Ale to nieistotnie. Wchodzimy?
  Przemyślałam to wszystko jeszcze raz. W sumie sama nie wiem dlaczego, ale podeszłam do drzwi, otworzyłam je i weszłam do środka. Nie było tam zbyt dużo ludzi, ale musieliśmy trochę poczekać. Usiedliśmy na starych, zniszczonych fotelach. Cały czas zastanawiałam się czy to na pewno dobry pomysł.
- Jackson? - odezwałam się po chwili milczenia.
- Tak?
- A co jeśli ze sobą zerwiemy? Tych tatuaży nie będzie mogli się pozbyć.
- Ale my ze sobą nie zerwiemy.
- Teraz tak mówisz. Jesteśmy młodzi. Jeszcze tyle przed nami...
- Saro, nie zerwiemy. - Spojrzał mi w oczy. - Kocham cię i nic tego nie zmieni. Rozumiesz?
  Kiwnęłam głową i byłam już przekonana.

  Usiadłam na miękkim fotelu i wyciągnęłam prawą rękę. Oznajmiłam, że chcę mieć swój tatuaż na nadgarstku, tak jak się umówiliśmy z Jacksonem. Odwróciłam głowę, żeby nie patrzeć, jak mężczyzna robi mi tatuaż. Jackson miał rację, nic nie bolało.
  Spotkaliśmy się przy starych, zniszczonych fotelach. Jackson uśmiechnął się do mnie. Pokazał swój tatuaż, napis Sarita.
- Ładny?
- Bardzo.
  Pokazałam mu swój.
- Twój też. Idziemy coś zjeść?
- Jasne.

~*~*~

Leżałam na łóżku, gapiąc się na swój nadgarstek. Nie zerwiemy. Tak powiedział Jackson. No cóż, nie powiedział tylko, że się nie zdradzimy. Znów zaczęłam płakać.

niedziela, 30 czerwca 2013

Rozdział 46

  Kiedy miałam pięć lat wpadłam do rzeki.
  Było to gdzieś w sierpniu. Siedziałam sobie nad rzeką i rzucałam piłką. Nagle poleciała mi w stronę wody. Pobiegłam za nią, pośliznęłam się i wpadłam do rzeki. Już wtedy panicznie się jej bałam, więc strasznie się spięłam, co tylko przyśpieszyłoby utonięcie. Do tej pory pamiętam to uczucie. Nie mogłam nabrać powietrza, czułam jak coś mnie ściska w piersiach...
  Na szczęście pojawił się Will, który mnie wyciągnął, za co jestem mu dozgonnie wdzięczna.
  Tak właśnie się czułam, kiedy patrzyłam jak mój chłopak całuję się z inną dziewczyną. Tym razem jednak nikt mnie nie uratował. 
  Do oczu napłynęły mi łzy. Nie potrafiłam ich zatrzymać. W sumie nawet nie chciałam. Pozwoliłam im spokojnie spływać po moich bladych policzkach. Nie mogłam długo patrzeć na tę scenę. Pobiegłam do swojego pokoju. W środku były wszystkie moje przyjaciółki. Spojrzały na mnie ze zdziwieniem. Rzuciłam się na łóżko.
- Sara, coś się stało? - spytała Sam, która już otrząsnęła się po rozstaniu.
  Nie odpowiedziałam. Nie miałam siły nic mówić. Mogłam tylko łkać w poduszkę. 
  Sam położyła się koło mnie i lekko mnie przytuliła. Nie musiała nic mówić. Sama jej obecność bardzo mi pomogła. Po jakichś dwudziestu minutach spojrzałam na nią i wyjąkałam:
- Jackson całował się z Penelopą.
  Po czym znów zaczęłam ryczeć.
- CO?! - zawołały wszystkie trzy, ale ja nie miałam siły powtarzać.  Ryczałam jeszcze bardziej.
- Sara, żartujesz, prawda? - spytała Maddy. Pokręciłam głową.
- O mój Boże. Tak mi przykro.
  Kate i Maddy też do mnie podeszły. Jakimś cudem zmieściłyśmy się wszystkie na łóżku. Co chwilę jadna z nich próbowała mnie pocieszyć. Sam przytuliła mnie mocno i delikatnie pocałowała w czoło.
- Nie płacz. Wszyscy chłopcy są frajerami i nie zasługują na nas. Może umrzyjmy jako cztery szczęśliwe singielki?
  Kate chrząknęła.
- Oj, sorry Kate. Zapomniałam, że jedna z nas jest jeszcze w związku.
- Nie ważne - mruknęła moja przyjaciółka i zaczęła mnie pocieszać.

  Przestałam płakać gdzieś koło dwudziestej. Nie chciałam jednak iść na kolację. Dobra Kate poświęciła się i została ze mną. Siedziałyśmy sobie w pokoju, kiedy ktoś zapukał do drzwi. 
- Ja otworzę - powiedziałam.
  Wstałam i podeszłam do drzwi. otworzyłam je i zobaczyłam...
- Jackson? - Poczułam jak coś mnie dusi. - Co ty tu w ogóle robisz?
  Chłopak uśmiechał się i patrzył mi prosto w oczy.
- Jak to co? Nie wiedzieliśmy się cały dzień. Chciałem cię po prostu zobaczyć.
  Poczułam ogromną chęć rozwalenia czegoś.
- NIE WYSTARCZYŁO CI SPOTKANIE Z PENELOPĄ?!
  Jackson przyglądał mi się ze zdziwieniem. Miałam ochotę go zamordować.
- O czym ty mówisz?
- O CZYM JA MÓWIĘ?! Bardzo dobrze wiesz o czym! Nie mogę zrozumieć, że masz jeszcze czelność do mnie przychodzić! Byłabym wdzięczna gdybyś się mi więcej na oczy nie pokazywał! NIGDY!
  Wyglądał, jakbym mu zadała fizyczny ból.
- Saro, o co chodzi? Ja nie rozumie...
- WYJDŹ Z MOJEJ SYPIALNI!
- Nie wyjdę dopóki mi nie wyjaśnisz.
- Wyjdź!
- Nie.
  Podeszła do nas Kate.
- O co chodzi?
- Nie chce stąd wyjść.
  Kate zmierzyła Jacksona wzrokiem.
- Sara chyba wyraziła się wystarczająco jasno. Wyjdź.
- Ale...
- Mam cię odprowadzić?! Wyjdź! 
  Jackson spojrzał na mnie ostatni raz. I wyszedł.
  Rzuciłam się na łóżko i znów zaczęłam płakać.

sobota, 29 czerwca 2013

Rozdział 45

 - Idiota! - wrzasnęła Samanta, wchodząc do pokoju i z głośnym trzaskiem zamykając drzwi. Usiadła na łóżku i wzięła do ręki poduszkę. Wpatrywała się w nią chwilę, po czym rzuciła ją w stronę drzwi. 
- Sam? - zapytała nieśmiało Maddy. - Wszystko w porządku?
  Samanta rzuciła jej wściekłe spojrzenie, mówiące że nic nie jest w porządku.
- Że niby JA za mało czasu mu poświęcam. Że to JA siedzę cały czas w książkach lub z przyjaciółkami. Pewnie! Bo on wcale mnie nie olewał przez ostatni miesiąc. Wcale! I nigdy nie zapominał o mnie przy swoich kolegach.
  Upadła na łóżko i ukryła twarz w kołdrze. Z jej ust wydobywały się różne krzyki, których nie dało się zrozumieć, ale jestem prawie pewna, że nie używała ładnych słów.
  Niepewnym krokiem podeszłam do jej łóżka. 
- Samanta, o co chodzi? 
  Podniosła się. 
- Zerwał ze mną! - krzyknęła trochę za głośno. - Matthew ze mną zerwał!
- Boże, Sam. - Usiadłam obok niej i lekko ją przytuliłam. - Tak mi przykro.
- Tobie jest przykro? A co ja mam powiedzieć?!
  Znów położyła się twarzą na łóżku. Wymieniłyśmy z dziewczynami znaczące spojrzenia.
- Chcesz zostać sama? - spytała Kate. Sam przytaknęła, więc wyszłyśmy z pokoju.

- Jest nieźle wkurzona, co? - odezwała się Maddy, kiedy już byłyśmy na korytarzu.
- Nieźle to mało powiedziane. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Ale może lepiej, żeby się wściekała, niż żeby całymi dniami płakała przez tego palanta. Swoją drogą to już od dłuższego czasu się kłócili.
- Ale zawsze się jakoś dogadywali. Myślałam, że wytrzymają przynajmniej do końca roku szkolnego.
  Weszłyśmy do jadalni i usiadłyśmy przy jednym ze stolików. Obiad zjadłyśmy w milczeniu.
- Może pójdę do niej, co? - zaproponowałam, bo pierwsza zjadłam posiłek. Dziewczyny kiwnęły głowami. Poszłam do naszej sypialni.

  Sam leżała pod kołdrą całkowicie nią przykryta. Usiadłam na jej łóżku. Usłyszałam, że cichutko pociąga nosem, co oznaczało, że przeszła jej faza złości i zaczęła się rozpacz.
- Hej, Sam.
  Szturchnęłam ją lekko. Wystawiła głowę spod kołdry.
- Idź sobie, Saro. Nie chcę z nikim rozmawiać, zwłaszcza z tobą.
  Równie dobrze mogłaby mnie spoliczkować. Poczułam się okropnie zdradzona.
- Zwłaszcza ze mną?
  Samanta podniosła się.
- Tak, Saro, zwłaszcza z tobą, bo nie masz zielonego pojęcia jak teraz się czuję. Jesteś okropną szczęściarą jeśli chodzi o związki. Ty i Jackson chyba nigdy się nie kłóciliście. Jesteście niesamowicie w sobie zakochani i nie wiem co by musiało się stać, żebyście się rozstali.
  Miała rację. Jackson naprawdę był cudownym chłopakiem i nie miałam pojęcia jak ona się czuła.
- Czekaj. Kate też ma chłopaka i jest szczęśliwa, ale powiedziałaś, że zwłaszcza mnie.
- Oj, wiesz jak było z Kate. Na początku miała wiele problemów z tym związkiem, a ty i Jackson od początku byliście szczęśliwi.
  Znów mówiła prawdę. Nie wiedziałam już, co mogłabym jej jeszcze powiedzieć. Położyłam się jedynie obok niej i leżałyśmy tak przez chwilę w milczeniu.
- Ty też kiedyś kogoś znajdziesz, Sam. Matthew po prostu nie był ci przeznaczony. Gdzieś jest chłopak, który będzie twoją drugą połówką, więc nie powinnaś się smucić, że to nie Matt, tylko cieszyć się, że jesteś o jednego bliżej do tego właściwego.
  Sam uśmiechnęła się.
- Może jednak pogadajmy.

  Parę godzin później postanowiłam spotkać się z Jacksonem. Nie wiedziałam go cały dzień, a miałam wielką ochotę z nim pogadać. Niestety nie było go w jego pokoju. Szłam więc powoli korytarzami Akademii, rozglądając się za nim. Po drodze myślałam o tym, co powiedziała Sam. Byliśmy razem od ponad dwóch lat i byliśmy w sobie zakochani. Może nie miałam szczęścia jeśli chodzi o rodzinę i wiele innych spraw, ale w tej jednej sprawie mi się poszczęściło.
  Szłam już jakieś piętnaście minut, ale nadal go nie widziałam. Zaczęłam się denerwować. 
  Jest po prostu u jakiegoś swojego kolegi, wmawiałam sobie. Spokojnie, Saro. Wracaj do swojej sypialni, może sam cię odwiedzi. 
  Odwróciłam się i poszłam z powrotem do swojego pokoju. Byłam jednak na drugim końcu szkoły, więc trochę musiałam przejść. Po drodze minęłam parę znajomych, ale oczywiście nie Jacksona. Trochę było mi szkoda, że się z nim dzisiaj nie widziałam. 
  Przechodziłam właśnie obok klasy zaklęć, kiedy stanęłam jak wryta. Przez głowę przebiegły mi słowa Samanty: "Jesteście niesamowicie w sobie zakochani i nie wiem co by musiało się stać, żebyście się rozstali."
  Ja już wiedziałam.
  Jackson całował się z Penelopą.

piątek, 21 czerwca 2013

Rozdział 44

  Dla mojej kompetentnej Andromedy.

~*~*~

Pierwszego dnia w Akademii czekała na nas niespodzianka. O wszystkim dowiedzieliśmy się siedząc na powitalnej kolacji. Rozmawiałam sobie właśnie z Maddy, kiedy dyrektor wstał.
- Drodzy uczniowie! - zawołał. - Mam dla was pewną informację. Z przykrością muszę stwierdzić, że wasza nauczycielka eliksirów, pani profesor McDower, poszła na urlop macierzyński i wróci dopiero w następnym roku. Na szczęście tę posadę zgodził się przyjąć profesor Adam Roberts.
  W tym momencie wstał bardzo młody mężczyzna. Mógł mieć jakieś dwadzieścia pięć lat. Był wysoki, miał ciemne włosy. Ogólnie wyglądał jakby był modelem a nie nauczycielem. Uśmiechnął się do uczniów i usiadł. Wiele dziewczyn zaczęło szeptać. Na mnie jednak nie zrobił najmniejszego wrażenia. Odwróciłam się do Maddy i znów zaczęłam jej coś opowiadać. 
  Trochę zdziwiło mnie, że wcześniej nie zauważyłam nieobecności Been (nie mogłam się przyzwyczaić do mówienia na nią McDower). Na samym początku rozejrzałam się po sali i zobaczyłam samego McDowera, ale nie zastanawiałam się, gdzie jest jego żona. 
  Po kolacji poszłyśmy do do swojej sypialni.
- Jak myślicie, jaki on jest? - spytała Sam, kiedy byłyśmy w środku.
- Kto?
- Ten Roberts.
- Zobaczymy jutro. Mamy dwie godziny eliksirów.

  Następny dzień mijał bardzo szybko. W końcu zaczęła się przedostatnia lekcja. Siedziałyśmy z Kate w ławce i czekałyśmy na Robertsa. Przyszedł prawie dziesięć minut po dzwonku. 
- Otwórzcie książki na stronie czterdziestej piątej.
  Zrobiliśmy, co kazał. Eliksir usypiający. 
- Przeczytajcie instrukcje i zabierzcie cię do roboty. 
  Zaczęliśmy czytać. Kiedy skończyliśmy, spojrzeliśmy na nauczyciela. Been zawsze daje nam wskazówki od siebie i wtedy zaczynamy pracę. 
- Nic pan nie doda? - zdziwiła się Amelia Unterwill.
- A co mam dodać? Wszystko już przeczytaliście. - Mówiąc to, jego spojrzenie wędrowało w stronę biustu Amelii, która miała dzisiaj dość duży dekolt.
- Ale profesor Been...
- Przecież przeczytaliście.
  Zabraliśmy się do roboty. Eliksir był bardzo skomplikowany, więc ledwo dawałam radę nie doprowadzić do jakiejś eksplozji. Niektórzy nie mieli tyle szczęści. Philip dodał tylko trochę za dużo krwi tarantuli, ale to wystarczyło, żeby cały jego kociołek wybuchł. 
- Co ty wyprawiasz?! - zawołał Robert.
- To nie moja wina...
- A może moja?!
- Właściwie gdyby wspomniał pan, że jedna kropla krwi za dużo to spowoduje, nikt by tego nie zrobił - wtrąciła Kate.
- Może mam jeszcze za was robić eliksir?
- Nie, ale trzeba było dać nam jakieś instrukcję, których nie ma w książce. Czasami taka mała pomyłka nic nie zmienia, a czasami dzieje się właśnie to.
- Jak się nazywasz?
- Katherina Simpson.
- Nikt cię nie pytał o zdanie, panno Simpson. 
- Ale to chyba oczywiste, że jako nasz nauczyciel powinien nas pan uprzedzić o czymś takim.
- Nie sądzę, żeby to coś zmieniło. Krew tarantuli prowadzi do takiego efektu jedynie w eliksirze paraliżu. Kolega musiał zrobić coś innego.
- Nieprawda! - zawołała moja przyjaciółka. - Właśnie w tym eliksirze. profesor Been kiedyś coś wspominała. 
- Widocznie się myliła. Tak bywa tylko w eliksirze paraliżu
- To chyba pan jest jakiś niekompetentny! 
  Roberts zrobił się czerwony jak burak. Zacisnął pięści i spojrzał na Kate z nienawiścią. 
- Coś ty powiedziała?!
- Że jesteś cholernym idiotą! 
  W tym momencie przesadziła, nawet ja to wiedziałam. Spiorunowałam ją wzrokiem, ale ona nie zwróciła na to uwagi. Widziałam, że chce zniszczyć nowego profesora.
- Dość tego! Wyjdź z klasy!
  Kate wstała.
- Zanim wyjdę muszę ci coś udowodnić. - Wzięła buteleczkę z krwią tarantuli. - Patrz, debilu. - Wlała wszystko. Wybuch nastąpił od razu.
- Wyjdź z klasy! I masz przez cały tydzień szlaban!
- Fajnie. Mogę w ramach szlabanu udzielić ci korepetycji. 
- WYJDŹ Z KLASY! 
  Reszta lekcji minęła w kompletnej ciszy.

- Gdzie Kate? - spytała Isabell, siadając koło mnie podczas kolacji.
- U Robertsa. Ma szlaban.
- To tak jak Jessica. Zresztą pół klasy dzisiaj je dostała. Ja też byłam blisko, ale kiedy już miał mi coś mówić, zadzwonił dzwonek i wybiegłam z klasy.
- Nie spodziewałam się, że będzie aż taki zły - wtrąciła Samanta. - Musiał przecież skończyć jakieś studia.
- Swoją drogą to Been mnie wkurzała, ale przynajmniej znała się na rzeczy - powiedziałam. - Chyba zacznę za nią tęsknić.

piątek, 14 czerwca 2013

Rozdział 43

    Rozdział dedykowany Andromedzie i Carmen.
  
~*~*~

Kilka miesięcy minęło mi bardzo szybko. Miałam bardzo dużo nauki, a Jackson jeszcze bardziej. Mimo to staraliśmy się spotykać jak najczęściej.
  W końcu nadeszły święta. Oczywiście musiałam wrócić do domu. Moja matka i Josh jak zwykle się mną wysługiwali. Tym razem matka zagroziła, że jeżeli ucieknę z domu, to nie mam co się więcej tam pokazywać. No i była Kristin. Właściwie tylko dzięki niej wytrzymywałam to wszystko. 
  Dwudziestego piątego grudnia obudziły mnie bliźniaczki. Złożyły mi życzenia z okazji urodzin i wręczyły prezent - śliczną spódnicę. Podziękowałam im i razem zeszłyśmy na śniadanie. Było dopiero po ósmej, więc w kuchni była jedynie Kristin. 
- Wszystkiego najlepszego, Saro - powiedziała, gdy tylko mnie zobaczyła.
- Dziękuję.
- Mam dla ciebie prezent. 
 Podała mi małą paczuszkę. W środku były perfumy. Szybko zaniosłam je do swojej sypialni i wróciłam do kuchni. Na śniadanie były tosty.

  Jak można się było spodziewać, matka nawet nie zauważyła, że są moje urodziny. Zrobiła nam awanturę, że nie kupiłyśmy jej i Joshowi prezentów na Boże Narodzenie. Dopiero Kristin ją jakoś przebłagała i matka się uspokoiła. 
  O godzinie dwudziestej zasiedliśmy do świątecznej kolacji. Atmosfera była jednak mało świąteczna. Josh co chwilę wydzierała się na mnie, Isabell, Jesikę lub Kristin. Matka ciągle narzekała na to, że nie pojechaliśmy do Hiszpanii jak dwa lata temu. Bliźniaczki rozmawiały ze sobą cicho. Ledwo wytrzymałam przy stole pół godziny. Później matka stwierdziła, że chce pooglądać telewizję, więc razem z Joshem udali się do salonu. Ja pomogłam Kristin sprzątać. Zajęło to nam jakąś godzinę. Dużo bardziej jednak wolałam pracować w kuchni niż siedzieć z matką. 
- To jak tam ci idzie w szkole? - zagadnęła Kristin.
- Dużo nauki, ale jakoś daję radę. Chociaż chciałabym więcej czasu spędzać z przyjaciółmi. No i z Jacksonem.
  Kristin uśmiechnęła się.
- Jesteście już długo ze sobą, prawda?
- Mniej więcej dwa lata.
- To dobrze, że znalazłaś chłopaka, któremu naprawdę na tobie zależy.
- Też się z tego powodu cieszę. 
  Naglę usłyszałam głos matki.
- Sarita, przynieś coś do picia!
  Nalałam do szklanki wody gazowanej i poszłam jej zanieść. 
- Dlaczego nie sok? - spytała z niezadowoleniem.
- Nie mówiłaś, że chcesz...
- Mogłaś się domyślić.
  Wróciłam do kuchni, wylałam wodę i nalałam soku. Zaniosłam go matce.
- Dlaczego nie przyniosłaś Joshowi?
- Nie mówi....
- Domyśl się!
  Znów poszłam do kuchni. Nalałam soku do szklanki i wróciłam do salonu.
- Josh wolałby wodę.
- Co?
- Wodę.
- Nie mogłaś mi wcześniej powiedzieć?
- Nie mogłaś się domyślić? Idź i przynieś mu wodę! 
  Chwilę stałam w milczeniu, ale w końcu nie wytrzymałam:
- Sama rusz tyłek i weź to co będziesz chciała, a nie ciągle marudzisz!
  Po tych słowach pobiegłam do swojego pokoju, nie zwracając uwagi na wrzaski matki. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na zegarek. W pół do jedenastej. 
  Przez długi czas leżałam na łóżku rozmyślając nad tym wszystkim. Czym sobie zasłużyłam na taką rodzinę? Nie mogłam się urodzić w szczęśliwym domu? Mieć normalną matkę, mieszkać z ojcem... Ale oczywiście mi musiało się trafić to piekło. 
  
  Nagle usłyszałam pukanie i to wcale nie do drzwi. Do okna. Podeszłam do niego, rozsunęłam zasłonkę i stanęłam jak wryta.
  Na parapecie z drugiej strony siedział Jackson.
  Szybko otworzyłam okno i wpuściłam go do środka.
- Co ty tu robisz?
- Jak mógłbym nie przyjść na twoje urodziny?
  Podał mi małe pudełko w kształcie serca. W środku był naszyjnik.
- Boże, Jackson dziękuję. - Pocałowałam go w policzek. - Ale jak ty się tu dostałeś?
- Jestem czarodziejem, geniuszu.
- No tak. Usiądź. - Wskazałam mu łóżko, a sama na wszelki wypadek zamknęłam drzwi na klucz.
  Usiadłam obok Jacksona.
- Jak tam święta? - spytał.
- Okropnie - wyznałam i zaczęłam mu o wszystkim opowiadać. Chyba jego najlepszą cechą było to, że tak dobrze potrafi słuchać, a na dodatek zawsze umie pocieszyć.

  Leżeliśmy obok siebie na moim łóżku. Spojrzałam na zegarek. Za pięć północ.
- Zdajesz sobie sprawę jak długo już ze sobą jesteśmy? - zapytał Jackson.
- Tak. Ciągle pamiętam jak byłam w tobie zakochana na zabój, a ty zdawałeś się mnie nie zauważać.
- Tyle się zmieniło od tamtego czasu. Teraz jesteś najważniejszą osobą w moim życiu.
- A ja nadal jestem w tobie zakochana na zabój.
  Spojrzałam na zegarek. Północ.
- Jackson? - odezwałam się, siadając.
- Tak? - odpowiedział, również siadając. 
  Spojrzałam mu w oczy. 
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
  Przybliżyłam się do niego i pocałowałam go w usta. Jeszcze nigdy nie całowaliśmy się w ten sposób. Pocałunek był dużo bardziej namiętny od wszystkich innych. Jackson przyciągnął mnie do siebie i powoli zaczął rozpinać moją bluzkę.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Rozdział 42

Szłam powoli korytarzem Akademii, trzymając Jacksona za rękę. Kierowaliśmy się do jadalni, gdzie miała się odbyć uroczysta kolacja. W środku siedzieli już Percy, Kate i Samanta z Matthew. Przysiedliśmy się do nich. 
- Gdzie Maddy? - spytałam.
- Nadal mnie nienawidzi - odparła Kate.
  Spojrzałam na nią ze współczuciem. Kate lekko się uśmiechnęła.
  Przemówienie dyrektora było jak zwykle niesamowicie długie i nudne. W końcu jednak skończył i mogliśmy się najeść. Nałożyłam na talerz jakąś sałatkę, a Sam zaczęła opowiadać o swoich wakacjach.
  Godzinę później poszłyśmy z dziewczynami do sypialni. W środku na swoim łóżku siedziała Madeline.
- Cześć - przywitałam się.
- Hej - powiedziała, ale nie zwróciła na mnie większej uwagi. Gapiła się na Kate. - Możemy pogadać?
- Jasne.
  Wyszły z sypialni. Spojrzałam na Samantę.
- Pogodzą się?
- Mam nadzieję.
  Zaczęłyśmy się rozpakowywać. Dziewczyny wróciły po jakiejś godzinie, obydwie bardzo szczęśliwe. Znów wszystkie się przyjaźniłyśmy.

  Pierwszą lekcją we wtorek była magiczna biologia. Minęła dość szybko. Niestety następna była teoria magiczna, która z reguły bardzo się dłuży. Później były zaklęcia, wróżbiarstwo i dwie godziny eliksirów. Wielu nauczycieli zmieniło się trochę po wakacjach, ale niewątpliwie to profesor Been (właściwie McDower) zmieniła się najbardziej. Jej brzuch był dwa razy większy niż kiedy ją ostatni widziałam. Oczywiście nie przytyła, tylko jest w ciąży. Wielu uczniów było naprawdę zdziwionych tym faktem, bo właściwie nawet nie wiedzieli, że ona i profesor McDower są małżeństwem.
- Poczekajcie tylko aż zaczną jej hormony buzować - mruknęła do nas Katherina po eliksirach. - Zapewne będzie jeszcze przyjemniejsza niż zwykle.

  Pierwszy tydzień minął dość szybko. W sobotę wybrałam się z Jacksonem nad jezioro. Usiedliśmy pod jednym z drzew. Długo trwała cisza. W końcu przerwał ją Jackson.
-Jak tam ci mija pierwszy tydzień nauki?
- W miarę. Oczywiście nadal tęsknię za wakacjami. A tobie?
- Nie narzekam. Właściwie to wczo....
  Nie skończył. Przerwała mu piłka, która gwałtownie spadła na jego kolana. Po chwili podbiegła do nas jakaś dziewczyna.
- Cześć, Jackson. Przepraszam to było niechcący. A może chcesz z nami zagrać? 
  Spiorunowałam ja wzrokiem. Nie zwróciła na to uwagi.
- Nie, jestem zajęty.
  Dziewczyna odeszła z niezbyt zadowoloną miną. Spojrzałam na Jacksona.
- Chyba muszę bardziej się o ciebie starać, bo mam konkurencję. I to nie tylko Penelopę.
  Mój chłopak uśmiechnął się.
- A co myślałaś, że tylko tobie się podobam? - zaśmiał się. - jestem przecież bardzo atrakcyjny. Lepiej mnie pilnuj.
  Nachyliłam się nad nim i pocałowałam go w policzek. 
- Na pewno będę.

  Kiedy  przyszłam do pokoju, była w nim tylko Samanta. Była jednak w tak złym humorze, że wydawało się jakby było tam dużo więcej osób. Sam pokłóciła się z Mattem i wyżywała się na swojej poduszce. Coś mnie podkusiło, żeby zapytać się jej o szczegóły i to był wielki błąd. Zaczęła głośno i nerwowo opowiadać co się stało, obrażając przy tym swojego chłopaka najokropniejszymi przymiotnikami jakie kiedykolwiek słyszałam.  Dopiero gdy wróciła Maddy, Sam uspokoiła się i postanowiła na spokojnie porozmawiać z Matthew. 
  Czy tylko u mnie nic ciekawego się nie dzieje? - zastanowiłam się. - Maddy i Kate się pogodziły, Sam kłóci się z chłopakiem, jakieś gówniary podrywają Jacksona, Been jest w ciąży... Tylko moje życie się nie zmieniało. Było nudne. No ale cóż, nie mogłam nic na to poradzić.