sobota, 29 czerwca 2013

Rozdział 45

 - Idiota! - wrzasnęła Samanta, wchodząc do pokoju i z głośnym trzaskiem zamykając drzwi. Usiadła na łóżku i wzięła do ręki poduszkę. Wpatrywała się w nią chwilę, po czym rzuciła ją w stronę drzwi. 
- Sam? - zapytała nieśmiało Maddy. - Wszystko w porządku?
  Samanta rzuciła jej wściekłe spojrzenie, mówiące że nic nie jest w porządku.
- Że niby JA za mało czasu mu poświęcam. Że to JA siedzę cały czas w książkach lub z przyjaciółkami. Pewnie! Bo on wcale mnie nie olewał przez ostatni miesiąc. Wcale! I nigdy nie zapominał o mnie przy swoich kolegach.
  Upadła na łóżko i ukryła twarz w kołdrze. Z jej ust wydobywały się różne krzyki, których nie dało się zrozumieć, ale jestem prawie pewna, że nie używała ładnych słów.
  Niepewnym krokiem podeszłam do jej łóżka. 
- Samanta, o co chodzi? 
  Podniosła się. 
- Zerwał ze mną! - krzyknęła trochę za głośno. - Matthew ze mną zerwał!
- Boże, Sam. - Usiadłam obok niej i lekko ją przytuliłam. - Tak mi przykro.
- Tobie jest przykro? A co ja mam powiedzieć?!
  Znów położyła się twarzą na łóżku. Wymieniłyśmy z dziewczynami znaczące spojrzenia.
- Chcesz zostać sama? - spytała Kate. Sam przytaknęła, więc wyszłyśmy z pokoju.

- Jest nieźle wkurzona, co? - odezwała się Maddy, kiedy już byłyśmy na korytarzu.
- Nieźle to mało powiedziane. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Ale może lepiej, żeby się wściekała, niż żeby całymi dniami płakała przez tego palanta. Swoją drogą to już od dłuższego czasu się kłócili.
- Ale zawsze się jakoś dogadywali. Myślałam, że wytrzymają przynajmniej do końca roku szkolnego.
  Weszłyśmy do jadalni i usiadłyśmy przy jednym ze stolików. Obiad zjadłyśmy w milczeniu.
- Może pójdę do niej, co? - zaproponowałam, bo pierwsza zjadłam posiłek. Dziewczyny kiwnęły głowami. Poszłam do naszej sypialni.

  Sam leżała pod kołdrą całkowicie nią przykryta. Usiadłam na jej łóżku. Usłyszałam, że cichutko pociąga nosem, co oznaczało, że przeszła jej faza złości i zaczęła się rozpacz.
- Hej, Sam.
  Szturchnęłam ją lekko. Wystawiła głowę spod kołdry.
- Idź sobie, Saro. Nie chcę z nikim rozmawiać, zwłaszcza z tobą.
  Równie dobrze mogłaby mnie spoliczkować. Poczułam się okropnie zdradzona.
- Zwłaszcza ze mną?
  Samanta podniosła się.
- Tak, Saro, zwłaszcza z tobą, bo nie masz zielonego pojęcia jak teraz się czuję. Jesteś okropną szczęściarą jeśli chodzi o związki. Ty i Jackson chyba nigdy się nie kłóciliście. Jesteście niesamowicie w sobie zakochani i nie wiem co by musiało się stać, żebyście się rozstali.
  Miała rację. Jackson naprawdę był cudownym chłopakiem i nie miałam pojęcia jak ona się czuła.
- Czekaj. Kate też ma chłopaka i jest szczęśliwa, ale powiedziałaś, że zwłaszcza mnie.
- Oj, wiesz jak było z Kate. Na początku miała wiele problemów z tym związkiem, a ty i Jackson od początku byliście szczęśliwi.
  Znów mówiła prawdę. Nie wiedziałam już, co mogłabym jej jeszcze powiedzieć. Położyłam się jedynie obok niej i leżałyśmy tak przez chwilę w milczeniu.
- Ty też kiedyś kogoś znajdziesz, Sam. Matthew po prostu nie był ci przeznaczony. Gdzieś jest chłopak, który będzie twoją drugą połówką, więc nie powinnaś się smucić, że to nie Matt, tylko cieszyć się, że jesteś o jednego bliżej do tego właściwego.
  Sam uśmiechnęła się.
- Może jednak pogadajmy.

  Parę godzin później postanowiłam spotkać się z Jacksonem. Nie wiedziałam go cały dzień, a miałam wielką ochotę z nim pogadać. Niestety nie było go w jego pokoju. Szłam więc powoli korytarzami Akademii, rozglądając się za nim. Po drodze myślałam o tym, co powiedziała Sam. Byliśmy razem od ponad dwóch lat i byliśmy w sobie zakochani. Może nie miałam szczęścia jeśli chodzi o rodzinę i wiele innych spraw, ale w tej jednej sprawie mi się poszczęściło.
  Szłam już jakieś piętnaście minut, ale nadal go nie widziałam. Zaczęłam się denerwować. 
  Jest po prostu u jakiegoś swojego kolegi, wmawiałam sobie. Spokojnie, Saro. Wracaj do swojej sypialni, może sam cię odwiedzi. 
  Odwróciłam się i poszłam z powrotem do swojego pokoju. Byłam jednak na drugim końcu szkoły, więc trochę musiałam przejść. Po drodze minęłam parę znajomych, ale oczywiście nie Jacksona. Trochę było mi szkoda, że się z nim dzisiaj nie widziałam. 
  Przechodziłam właśnie obok klasy zaklęć, kiedy stanęłam jak wryta. Przez głowę przebiegły mi słowa Samanty: "Jesteście niesamowicie w sobie zakochani i nie wiem co by musiało się stać, żebyście się rozstali."
  Ja już wiedziałam.
  Jackson całował się z Penelopą.

piątek, 21 czerwca 2013

Rozdział 44

  Dla mojej kompetentnej Andromedy.

~*~*~

Pierwszego dnia w Akademii czekała na nas niespodzianka. O wszystkim dowiedzieliśmy się siedząc na powitalnej kolacji. Rozmawiałam sobie właśnie z Maddy, kiedy dyrektor wstał.
- Drodzy uczniowie! - zawołał. - Mam dla was pewną informację. Z przykrością muszę stwierdzić, że wasza nauczycielka eliksirów, pani profesor McDower, poszła na urlop macierzyński i wróci dopiero w następnym roku. Na szczęście tę posadę zgodził się przyjąć profesor Adam Roberts.
  W tym momencie wstał bardzo młody mężczyzna. Mógł mieć jakieś dwadzieścia pięć lat. Był wysoki, miał ciemne włosy. Ogólnie wyglądał jakby był modelem a nie nauczycielem. Uśmiechnął się do uczniów i usiadł. Wiele dziewczyn zaczęło szeptać. Na mnie jednak nie zrobił najmniejszego wrażenia. Odwróciłam się do Maddy i znów zaczęłam jej coś opowiadać. 
  Trochę zdziwiło mnie, że wcześniej nie zauważyłam nieobecności Been (nie mogłam się przyzwyczaić do mówienia na nią McDower). Na samym początku rozejrzałam się po sali i zobaczyłam samego McDowera, ale nie zastanawiałam się, gdzie jest jego żona. 
  Po kolacji poszłyśmy do do swojej sypialni.
- Jak myślicie, jaki on jest? - spytała Sam, kiedy byłyśmy w środku.
- Kto?
- Ten Roberts.
- Zobaczymy jutro. Mamy dwie godziny eliksirów.

  Następny dzień mijał bardzo szybko. W końcu zaczęła się przedostatnia lekcja. Siedziałyśmy z Kate w ławce i czekałyśmy na Robertsa. Przyszedł prawie dziesięć minut po dzwonku. 
- Otwórzcie książki na stronie czterdziestej piątej.
  Zrobiliśmy, co kazał. Eliksir usypiający. 
- Przeczytajcie instrukcje i zabierzcie cię do roboty. 
  Zaczęliśmy czytać. Kiedy skończyliśmy, spojrzeliśmy na nauczyciela. Been zawsze daje nam wskazówki od siebie i wtedy zaczynamy pracę. 
- Nic pan nie doda? - zdziwiła się Amelia Unterwill.
- A co mam dodać? Wszystko już przeczytaliście. - Mówiąc to, jego spojrzenie wędrowało w stronę biustu Amelii, która miała dzisiaj dość duży dekolt.
- Ale profesor Been...
- Przecież przeczytaliście.
  Zabraliśmy się do roboty. Eliksir był bardzo skomplikowany, więc ledwo dawałam radę nie doprowadzić do jakiejś eksplozji. Niektórzy nie mieli tyle szczęści. Philip dodał tylko trochę za dużo krwi tarantuli, ale to wystarczyło, żeby cały jego kociołek wybuchł. 
- Co ty wyprawiasz?! - zawołał Robert.
- To nie moja wina...
- A może moja?!
- Właściwie gdyby wspomniał pan, że jedna kropla krwi za dużo to spowoduje, nikt by tego nie zrobił - wtrąciła Kate.
- Może mam jeszcze za was robić eliksir?
- Nie, ale trzeba było dać nam jakieś instrukcję, których nie ma w książce. Czasami taka mała pomyłka nic nie zmienia, a czasami dzieje się właśnie to.
- Jak się nazywasz?
- Katherina Simpson.
- Nikt cię nie pytał o zdanie, panno Simpson. 
- Ale to chyba oczywiste, że jako nasz nauczyciel powinien nas pan uprzedzić o czymś takim.
- Nie sądzę, żeby to coś zmieniło. Krew tarantuli prowadzi do takiego efektu jedynie w eliksirze paraliżu. Kolega musiał zrobić coś innego.
- Nieprawda! - zawołała moja przyjaciółka. - Właśnie w tym eliksirze. profesor Been kiedyś coś wspominała. 
- Widocznie się myliła. Tak bywa tylko w eliksirze paraliżu
- To chyba pan jest jakiś niekompetentny! 
  Roberts zrobił się czerwony jak burak. Zacisnął pięści i spojrzał na Kate z nienawiścią. 
- Coś ty powiedziała?!
- Że jesteś cholernym idiotą! 
  W tym momencie przesadziła, nawet ja to wiedziałam. Spiorunowałam ją wzrokiem, ale ona nie zwróciła na to uwagi. Widziałam, że chce zniszczyć nowego profesora.
- Dość tego! Wyjdź z klasy!
  Kate wstała.
- Zanim wyjdę muszę ci coś udowodnić. - Wzięła buteleczkę z krwią tarantuli. - Patrz, debilu. - Wlała wszystko. Wybuch nastąpił od razu.
- Wyjdź z klasy! I masz przez cały tydzień szlaban!
- Fajnie. Mogę w ramach szlabanu udzielić ci korepetycji. 
- WYJDŹ Z KLASY! 
  Reszta lekcji minęła w kompletnej ciszy.

- Gdzie Kate? - spytała Isabell, siadając koło mnie podczas kolacji.
- U Robertsa. Ma szlaban.
- To tak jak Jessica. Zresztą pół klasy dzisiaj je dostała. Ja też byłam blisko, ale kiedy już miał mi coś mówić, zadzwonił dzwonek i wybiegłam z klasy.
- Nie spodziewałam się, że będzie aż taki zły - wtrąciła Samanta. - Musiał przecież skończyć jakieś studia.
- Swoją drogą to Been mnie wkurzała, ale przynajmniej znała się na rzeczy - powiedziałam. - Chyba zacznę za nią tęsknić.

piątek, 14 czerwca 2013

Rozdział 43

    Rozdział dedykowany Andromedzie i Carmen.
  
~*~*~

Kilka miesięcy minęło mi bardzo szybko. Miałam bardzo dużo nauki, a Jackson jeszcze bardziej. Mimo to staraliśmy się spotykać jak najczęściej.
  W końcu nadeszły święta. Oczywiście musiałam wrócić do domu. Moja matka i Josh jak zwykle się mną wysługiwali. Tym razem matka zagroziła, że jeżeli ucieknę z domu, to nie mam co się więcej tam pokazywać. No i była Kristin. Właściwie tylko dzięki niej wytrzymywałam to wszystko. 
  Dwudziestego piątego grudnia obudziły mnie bliźniaczki. Złożyły mi życzenia z okazji urodzin i wręczyły prezent - śliczną spódnicę. Podziękowałam im i razem zeszłyśmy na śniadanie. Było dopiero po ósmej, więc w kuchni była jedynie Kristin. 
- Wszystkiego najlepszego, Saro - powiedziała, gdy tylko mnie zobaczyła.
- Dziękuję.
- Mam dla ciebie prezent. 
 Podała mi małą paczuszkę. W środku były perfumy. Szybko zaniosłam je do swojej sypialni i wróciłam do kuchni. Na śniadanie były tosty.

  Jak można się było spodziewać, matka nawet nie zauważyła, że są moje urodziny. Zrobiła nam awanturę, że nie kupiłyśmy jej i Joshowi prezentów na Boże Narodzenie. Dopiero Kristin ją jakoś przebłagała i matka się uspokoiła. 
  O godzinie dwudziestej zasiedliśmy do świątecznej kolacji. Atmosfera była jednak mało świąteczna. Josh co chwilę wydzierała się na mnie, Isabell, Jesikę lub Kristin. Matka ciągle narzekała na to, że nie pojechaliśmy do Hiszpanii jak dwa lata temu. Bliźniaczki rozmawiały ze sobą cicho. Ledwo wytrzymałam przy stole pół godziny. Później matka stwierdziła, że chce pooglądać telewizję, więc razem z Joshem udali się do salonu. Ja pomogłam Kristin sprzątać. Zajęło to nam jakąś godzinę. Dużo bardziej jednak wolałam pracować w kuchni niż siedzieć z matką. 
- To jak tam ci idzie w szkole? - zagadnęła Kristin.
- Dużo nauki, ale jakoś daję radę. Chociaż chciałabym więcej czasu spędzać z przyjaciółmi. No i z Jacksonem.
  Kristin uśmiechnęła się.
- Jesteście już długo ze sobą, prawda?
- Mniej więcej dwa lata.
- To dobrze, że znalazłaś chłopaka, któremu naprawdę na tobie zależy.
- Też się z tego powodu cieszę. 
  Naglę usłyszałam głos matki.
- Sarita, przynieś coś do picia!
  Nalałam do szklanki wody gazowanej i poszłam jej zanieść. 
- Dlaczego nie sok? - spytała z niezadowoleniem.
- Nie mówiłaś, że chcesz...
- Mogłaś się domyślić.
  Wróciłam do kuchni, wylałam wodę i nalałam soku. Zaniosłam go matce.
- Dlaczego nie przyniosłaś Joshowi?
- Nie mówi....
- Domyśl się!
  Znów poszłam do kuchni. Nalałam soku do szklanki i wróciłam do salonu.
- Josh wolałby wodę.
- Co?
- Wodę.
- Nie mogłaś mi wcześniej powiedzieć?
- Nie mogłaś się domyślić? Idź i przynieś mu wodę! 
  Chwilę stałam w milczeniu, ale w końcu nie wytrzymałam:
- Sama rusz tyłek i weź to co będziesz chciała, a nie ciągle marudzisz!
  Po tych słowach pobiegłam do swojego pokoju, nie zwracając uwagi na wrzaski matki. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na zegarek. W pół do jedenastej. 
  Przez długi czas leżałam na łóżku rozmyślając nad tym wszystkim. Czym sobie zasłużyłam na taką rodzinę? Nie mogłam się urodzić w szczęśliwym domu? Mieć normalną matkę, mieszkać z ojcem... Ale oczywiście mi musiało się trafić to piekło. 
  
  Nagle usłyszałam pukanie i to wcale nie do drzwi. Do okna. Podeszłam do niego, rozsunęłam zasłonkę i stanęłam jak wryta.
  Na parapecie z drugiej strony siedział Jackson.
  Szybko otworzyłam okno i wpuściłam go do środka.
- Co ty tu robisz?
- Jak mógłbym nie przyjść na twoje urodziny?
  Podał mi małe pudełko w kształcie serca. W środku był naszyjnik.
- Boże, Jackson dziękuję. - Pocałowałam go w policzek. - Ale jak ty się tu dostałeś?
- Jestem czarodziejem, geniuszu.
- No tak. Usiądź. - Wskazałam mu łóżko, a sama na wszelki wypadek zamknęłam drzwi na klucz.
  Usiadłam obok Jacksona.
- Jak tam święta? - spytał.
- Okropnie - wyznałam i zaczęłam mu o wszystkim opowiadać. Chyba jego najlepszą cechą było to, że tak dobrze potrafi słuchać, a na dodatek zawsze umie pocieszyć.

  Leżeliśmy obok siebie na moim łóżku. Spojrzałam na zegarek. Za pięć północ.
- Zdajesz sobie sprawę jak długo już ze sobą jesteśmy? - zapytał Jackson.
- Tak. Ciągle pamiętam jak byłam w tobie zakochana na zabój, a ty zdawałeś się mnie nie zauważać.
- Tyle się zmieniło od tamtego czasu. Teraz jesteś najważniejszą osobą w moim życiu.
- A ja nadal jestem w tobie zakochana na zabój.
  Spojrzałam na zegarek. Północ.
- Jackson? - odezwałam się, siadając.
- Tak? - odpowiedział, również siadając. 
  Spojrzałam mu w oczy. 
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
  Przybliżyłam się do niego i pocałowałam go w usta. Jeszcze nigdy nie całowaliśmy się w ten sposób. Pocałunek był dużo bardziej namiętny od wszystkich innych. Jackson przyciągnął mnie do siebie i powoli zaczął rozpinać moją bluzkę.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Rozdział 42

Szłam powoli korytarzem Akademii, trzymając Jacksona za rękę. Kierowaliśmy się do jadalni, gdzie miała się odbyć uroczysta kolacja. W środku siedzieli już Percy, Kate i Samanta z Matthew. Przysiedliśmy się do nich. 
- Gdzie Maddy? - spytałam.
- Nadal mnie nienawidzi - odparła Kate.
  Spojrzałam na nią ze współczuciem. Kate lekko się uśmiechnęła.
  Przemówienie dyrektora było jak zwykle niesamowicie długie i nudne. W końcu jednak skończył i mogliśmy się najeść. Nałożyłam na talerz jakąś sałatkę, a Sam zaczęła opowiadać o swoich wakacjach.
  Godzinę później poszłyśmy z dziewczynami do sypialni. W środku na swoim łóżku siedziała Madeline.
- Cześć - przywitałam się.
- Hej - powiedziała, ale nie zwróciła na mnie większej uwagi. Gapiła się na Kate. - Możemy pogadać?
- Jasne.
  Wyszły z sypialni. Spojrzałam na Samantę.
- Pogodzą się?
- Mam nadzieję.
  Zaczęłyśmy się rozpakowywać. Dziewczyny wróciły po jakiejś godzinie, obydwie bardzo szczęśliwe. Znów wszystkie się przyjaźniłyśmy.

  Pierwszą lekcją we wtorek była magiczna biologia. Minęła dość szybko. Niestety następna była teoria magiczna, która z reguły bardzo się dłuży. Później były zaklęcia, wróżbiarstwo i dwie godziny eliksirów. Wielu nauczycieli zmieniło się trochę po wakacjach, ale niewątpliwie to profesor Been (właściwie McDower) zmieniła się najbardziej. Jej brzuch był dwa razy większy niż kiedy ją ostatni widziałam. Oczywiście nie przytyła, tylko jest w ciąży. Wielu uczniów było naprawdę zdziwionych tym faktem, bo właściwie nawet nie wiedzieli, że ona i profesor McDower są małżeństwem.
- Poczekajcie tylko aż zaczną jej hormony buzować - mruknęła do nas Katherina po eliksirach. - Zapewne będzie jeszcze przyjemniejsza niż zwykle.

  Pierwszy tydzień minął dość szybko. W sobotę wybrałam się z Jacksonem nad jezioro. Usiedliśmy pod jednym z drzew. Długo trwała cisza. W końcu przerwał ją Jackson.
-Jak tam ci mija pierwszy tydzień nauki?
- W miarę. Oczywiście nadal tęsknię za wakacjami. A tobie?
- Nie narzekam. Właściwie to wczo....
  Nie skończył. Przerwała mu piłka, która gwałtownie spadła na jego kolana. Po chwili podbiegła do nas jakaś dziewczyna.
- Cześć, Jackson. Przepraszam to było niechcący. A może chcesz z nami zagrać? 
  Spiorunowałam ja wzrokiem. Nie zwróciła na to uwagi.
- Nie, jestem zajęty.
  Dziewczyna odeszła z niezbyt zadowoloną miną. Spojrzałam na Jacksona.
- Chyba muszę bardziej się o ciebie starać, bo mam konkurencję. I to nie tylko Penelopę.
  Mój chłopak uśmiechnął się.
- A co myślałaś, że tylko tobie się podobam? - zaśmiał się. - jestem przecież bardzo atrakcyjny. Lepiej mnie pilnuj.
  Nachyliłam się nad nim i pocałowałam go w policzek. 
- Na pewno będę.

  Kiedy  przyszłam do pokoju, była w nim tylko Samanta. Była jednak w tak złym humorze, że wydawało się jakby było tam dużo więcej osób. Sam pokłóciła się z Mattem i wyżywała się na swojej poduszce. Coś mnie podkusiło, żeby zapytać się jej o szczegóły i to był wielki błąd. Zaczęła głośno i nerwowo opowiadać co się stało, obrażając przy tym swojego chłopaka najokropniejszymi przymiotnikami jakie kiedykolwiek słyszałam.  Dopiero gdy wróciła Maddy, Sam uspokoiła się i postanowiła na spokojnie porozmawiać z Matthew. 
  Czy tylko u mnie nic ciekawego się nie dzieje? - zastanowiłam się. - Maddy i Kate się pogodziły, Sam kłóci się z chłopakiem, jakieś gówniary podrywają Jacksona, Been jest w ciąży... Tylko moje życie się nie zmieniało. Było nudne. No ale cóż, nie mogłam nic na to poradzić.

piątek, 15 marca 2013

Rozdział 41

  Siedziałam w jednej z londyńskich kawiarni ubrana w turkusową sukienkę, którą dostałam na urodziny od Kristin, w czarnych czółenkach na niezbyt wysokim obcasie i z dużym bukietem w ręku. Czekałam na Jacksona, który, jak to mężczyźni mają w zwyczaju, się spóźniał. W końcu drzwi kawiarni otworzyły się i do środka wszedł mój chłopak ubrany w ciemny garnitur. Popatrzyłam na niego, zniecierpliwiona.
- Cześć, lizusie - uśmiechnął się do mnie. 
  Pokręciłam głową.
- Nie jestem lizusem! 
- Nie wcale - zaśmiał się. - Bo przecież wszyscy uczniowie są zapraszani na ślub nauczycieli.
  Podeszłam do niego.
- Może lepiej już chodźmy zanim się rozmyślę i znajdę inną osobę towarzyszącą. 
  Złapałam go za rękę i wyszliśmy na zewnątrz. Odeszliśmy w miejsce, gdzie nikt nas nie widział. Jackson wyjął z kieszeni malutką fiolkę z eliksirem i rzucił ją pod nogi. Zamknęłam oczy. Czułam, jak wszystko dookoła wiruje. Zrobiło mi się niedobrze, ale, dzięki Bogu, się zatrzymaliśmy. Otworzyłam oczy. Staliśmy przed kościołem świętego Marcina. Niedaleko nas stało wiele ludzi ubranych w piękne stroje. Wśród zgromadzonych dostrzegłam dyrektora Akademii, profesor Parker - nauczycielkę magicznej biologii i profesora Jenkinsa od dziejów magii. Oczywiście ja i Jackson byliśmy jedynymi uczniami. 
- Może wejdźmy już do środka - zaproponował Jackson, a ja kiwnęłam głową.
  Zajęliśmy miejsce gdzieś z tyłu. W milczeniu czekaliśmy, aż wszyscy zajmą miejsca. Trochę to trwało, ale w końcu rozległy się pierwsze dźwięki "Marszu Weselnego" Mendelsona. Do kościoła weszła profesor Been, prowadzona przez jakiegoś starszego mężczyznę. Wyglądała nadzwyczajnie pięknie. Miała na sobie idealnie białą suknię bez ramiączek. Jej rudawe włosy były kręcone i upięte w koczek. Na jej twarzy malował się duży uśmiech, a jej oczy wręcz promieniowały szczęściem. Podeszła do profesora McDowera i stanęła koło niego. Kapłan zaczął swoją mowę i po chwili moi nauczyciele już wypowiadali słowa przysięgi małżeńskiej.
  Dyskretnie spojrzałam na Jacksona, który znudzonymi oczami przyglądał się tej scenie. Przez moją głowę przebiegło tysiące myśli i obrazów. Mój ślub z Jacksonem. Zobaczyłam siebie na miejscu Been i Jacksona na miejscu McDowera. Przysięgaliśmy sobie wieczną miłość, wkładaliśmy sobie obrączki... Może jeszcze za wcześnie na takie myślenie, ale dziewczyna przecież może sobie pomarzyć.
  W końcu cała ceremonia się skończyła. Wyszliśmy z kościoła i ustawiliśmy się w kolejce do składanie życzeń nowożeńcom. Trochę czekaliśmy, zanim przyszła nasza kolej. Daliśmy naszym nauczycielom prezent i złożyliśmy jakieś życzenia. Odeszliśmy od nich i wsiedliśmy do autobusu, który miał zawieść gości na wesele. 

  Usiedliśmy przy stoliku. Mimo że jechaliśmy niezbyt długo, w ciągu tej podróży bardzo zgłodniałam. W szybkim tempie pochłonęłam zupę, którą podano chwilę po naszym przybyciu. Oczywiście gorzej było z drugim daniem, bo nawet nie spojrzałam na talerz z jakimś tam kotletem. Musiałam się więc zadowolić ciastkami i innymi przekąskami.
  Trochę czasu minęło, zanim odeszliśmy od stołu. Poszliśmy z Jacksonem do drugiej sali, w której goście tańczono. Było tam dużo osób, więc trudno było znaleźć kawałek wolnego parkietu. Kiedy wreszcie się to nam udało, zaczęliśmy z Jacksonem tańczyć w rytm wolnej, spokojnej muzyki.
  Po wielu piosenkach poczuliśmy się zmęczeni. Wróciliśmy do stolika. Usiedliśmy obok siebie i w milczeniu przyglądaliśmy się osobom siedzącym na przeciwko nas. 
- Tamten chłopak pożera cię wzrokiem - szepnął mi do uch Jackson, wskazując chłopaka siedzącego trochę dalej. Spojrzałam na niego i stwierdziłam, że mój chłopak ma rację. 
- Jesteś zazdrosny?
- A powinienem?
- No nie wiem. On wygląda całkiem fajnie...
- A ja?
- Nie jestem pewna.
  Jackson nachylił się i pocałował mnie w policzek.
- Nadal nie jesteś pewna?
- Nie do końca...
  Pocałował mnie w usta. 
- A teraz?
- Oj, niech ci bę...
  Moje słowa przerwało trzaskanie drzwi. Spojrzałam w ich stronę i zobaczyłam, że stał w nich profesor Clark. Jakoś wcześniej nie zauważyłam, że go nie ma. Wydawał się niezbyt zadowolony. Patrzył prosto na profesor Been, a właściwie już McDower. Wymieniliśmy z Jacksonem spojrzenia.
  Trochę potrwało, zanim moja nauczycielka dostrzegła nowego gościa. Na jej twarzy pojawiło się najpierw zaskoczenie, a potem grymas, którego znaczenia nie potrafiłam odgadnąć. Złapała za rękę swojego męża. McDower niezbyt ucieszył się na widok Clarka. Wydawał się być jeszcze bardziej zły niż nauczyciel wróżbiarstwa. Szepnął coś Been i podszedł do niego szybkim krokiem. Kiedy był już przy nim Clark powiedział:
- Lepiej załatwmy to na zewnątrz, McDower.
  Wyszli.
  Spojrzałam na Jacksona. Był równie zdziwiony jak ja.
- Jak myślisz, o co chodzi? - spytałam.
- Nie mam pojęcia.
  Spojrzałam na Been, która stała w tym samym miejscu, w którym zostawił ją mąż. Minęło kilkanaście minut, zanim McDower wrócił. Clarka z nim nie było. Po chwili wszyscy zachowywali się jak gdyby nigdy nic.
- Chodź, może jeszcze potańczymy - zaproponował Jackson.

  Przed trzecią staliśmy już przed moim domem. Przed chwilą się tu przeteleportowaliśmy,  a teraz Jackson miał mnie zostawić i wrócić do siebie.
- Dzięki, że ze mną poszedłeś - powiedziałam.
- Dzięki, że mnie zaprosiłaś.
  Pocałowałam go w policzek.
- Do zobaczenia w szkole - mówiąc to, rzucił eliksir pod nogi. Po chwili już go nie było.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Rozdział 40

  Rok szkolny minął bardzo szybko. Zaczęły się wakacje i praktycznie każdą wolną chwilę spędzałam nad rzeką razem z siostrami i Willem oraz Percym. Maddy nadal się do nas wszystkich nie odzywała za to, że nie powiedzieliśmy jej o związku jej brata. Oczywiście biednemu Willowi oberwało się najbardziej.
  Siedziałam na trawie obok Jessici, wijąc wianek ze stokrotek. Moja siostra opalała swoje i tak opalone, w porównaniu z moim, ciało. Cała reszta pływała. Po jakiś trzydziestu minutach, Will wyszedł z wody i usiadł koło nas. Podałam mu ręcznik, a on wytarł się nim. 
- Jak myślisz, kiedy Madeline przejdzie? - zapytał.
- Nie mam pojęcia - westchnęłam. - Mam nadzieję, że niedługo. Nie może przecież być obrażona przez całe życie, prawda?
- Mam nadzieję. Właściwie nie spodziewałem się, że tak zareaguje. Przecież my nie robimy nic złego.
- Tak, ale Maddy po prostu nie może się do tego przyzwyczaić. W końcu to duża zmiana dla nas wszystkich.
  Przez chwilę siedzieliśmy cicho. Po kilku minutach Percy i Isabell wyszli z rzeki i przysiedli się do nas. Nad wodą spędziliśmy dwie godziny. W końcu uznaliśmy, że trzeba coś zjeść i poszliśmy do domów.

- Sara, przynieś coś do picia! Natychmiast! - Josh znów zaczął się wydzierać, co ja jak zwykle ignorowałam. 
  Siedziałam w salonie z Kristin, która także nic nie robiła sobie z wrzasków chłopaka mojej matki. Oglądałyśmy jakiś film, ale tak naprawdę nie bardzo zwracałyśmy na niego uwagę. Kristin wypytywała mnie o mojej, jak to ona nazwała, sprawy sercowe. Chciała wiedzieć wszystko o ucieczce z domu w święta (za co w sumie nieźle mi się dostało od matki) i o wszystkim co działo się w szkole. Co chwilę przerywały nam krzyki matki lub Josha, ale cały czas ich ignorowałyśmy. Po jakimś czasie do pokoju weszły bliźniaczki i Kristin zaczęła rozmawiać z nimi. Minęło kilka minut i do pokoju wbiegła zdenerwowana matka.
- Czy w końcu mógłby przynieść nam coś do picia?! - wrzasnęła. - Wołamy od dwudziestu minut.
  Josh mógł podnieść swój tłusty tyłeczek z kanapy i sam przynieść, pomyślałam, ale wolałam nie mówić tego na głos.
- Przecież mogłybyście czasem pomóc swojej biednej matce! - zawołała, piorunując wzrokiem mnie i moje siostry. - A ty - zwróciła się do Kristin. - Tobie przecież płacę! 
- Oczywiście, proszę pani - westchnęła gosposia. - Zaraz coś przyniosę. 
  Matka poszła do swojego pokoju, a Kristin do kuchni. Nie chciało mi się siedzieć w domu, więc postanowiłam przejść się na spacer. 
   
  Szłam powoli, rozkoszując się ciepłem, które panowało na dworze. Dzisiejsza pogoda była naprawdę wspaniała. Było ciepło, świeciło słońce, jednak lekki wiatr nie pozwalał, żeby było za gorąco. Kiedy nogi zaczęły mnie boleć, skierowałam się z powrotem w stronę domu. Po chwili byłam na miejsc. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Od razu podeszła do mnie Kristin. Trzymała w ręku białą kopertę.
- List do ciebie przyszedł - powiedziała, wręczając mi go. 
  Zdjęłam buty i poszłam do swojego pokoju. Nie wiem dlaczego, ale chciałam otworzyć kopertę w samotności. Nie miałam pojęcia co tam jest.
  W środku było zaproszenie. Chwilę się mu przyglądałam i stwierdziłam, że musi być ono na ślub. Otworzyłam je i przeczytałam:

Serdecznie zapraszamy 

Sz. P. Saritę Linares z osobą towarzyszącą

na uroczystość zawarcia sakramentalnego 
Związku Małżeńskiego pomiędzy:

Violett Been 
i
Robertem McDowerem   

Uroczystość ta odbędzie się
 w Kościele św. Marcina w Canterbury
dnia 7 lipca o godz. 16.00

  Przeczytałam zaproszenie kilka razy nadal nie wierząc w to, że je dostałam.W życiu nie spodziewałam się, że będę na weselu u swoich nauczycieli, a szczególnie na weselu profesor Been. Co prawda pomogłam jej kilkakrotnie ukryć ten związek, ale nie sądziłam, że zaproszą mnie na swój ślub.
  Przeczytałam jeszcze raz. "Z osobą towarzyszącą". Czyli musiałam kogoś zaprosić. Oczywisty był fakt, że będzie to Jackson. Wzięłam do ręki telefon i zadzwoniłam do niego.

niedziela, 10 lutego 2013

Rozdział 39

  Przez długi czas nic ciekawego się nie wydarzyło. Minęły trzy miesiące, w ciągu których jedynym ciekawym wydarzeniem było odkrycie przez moje siostry i Percy'ego związku Willa i Kate. Ja sama przez przypadek wygadałam się o tym Jacksonowi, a Isabell od razu powiedziała swojemu chłopakowi. Tak więc jedyną osobą, która nie miała o niczym zielonego pojęcia była Maddy.
  Siedzieliśmy w pokoju bliźniaczek. Nie było z nami Willa i Kate, którzy poszli na randkę, chociaż powiedzieli nam, że Will będzie pomagał mojej przyjaciółce napisać wypracowanie z magicznej biologii. Rozmawialiśmy sobie o czym się tylko dało. Opowiadałam właśnie Jesice, jak chowaliśmy się wczoraj z Jacksonem przed Clarkiem, kiedy mój chłopak odprowadzał mnie do sypialni po ciszy nocnej. Nagle obok nas usiadła Madeline.
- Ej, czy tylko ja zauważyłam, że mój brat i Kate coraz rzadziej z nami przesiadują? - zapytała. Wymieniłam z Jes znaczące spojrzenia. 
- Nie, nie zauważyłam - skłamałam. - Przecież zawsze z nami przesiadują. Tylko dzisiaj tak wyszło.
- Może mój brat nie lubi już naszego towarzystwa - zastanawiała się Maddy. - W końcu jest z nas najstarszy. Możemy wydawać mu się dziecinni. Ale o co chodzi Kate?
- Mówię ci, Maddy, wydaje ci się - zapewniła ją moja siostra. 
  Moja przyjaciółka nie wydawała się jednak być przekonana. Pokręciła głową i poszła pogadać z Sam.
  Minęły dwie godziny, kiedy postanowiliśmy wrócić do swoich pokoi. Wyszliśmy i kawałek przeszliśmy razem, ale w końcu musieliśmy się rozdzielić. Percy i Will poszli w jedną stronę, a ja, moje współlokatorki i Jackson w drugą. Szliśmy, starając się być cicho, bo było dawno po ciszy nocnej. W końcu dotarliśmy do naszej sypialni. 
- Dobranoc - powiedział Jackson, całując mnie w policzek. 
- Dobranoc - uśmiechnęłam się do niego.
  Otworzyłam drzwi, lecz szybko je zamknęłam. W środku byli Will i Kate, jedzący romantyczną kolację przy świecach. Spojrzałam z przerażeniem na Samantę. 
- O co chodzi? - spytała Maddy. 
- O nic. Po prostu nie możemy tam teraz wejść.
- Niby dlaczego?
  Rzuciłam Samancie spojrzenie z niemą prośbą o pomoc.
- To moja wina - powiedziała. -  Zostawiłam eliksir na stoliku i chyba wybuchł. Nie czujesz tego zapachu?
- Jakiego zapachu? O czym wy w ogóle mówicie?
  Samanta próbowała ją przekonać, a ja dyskretnie kopnęłam w drzwi tak, żeby Madeline tego nie zauważyła, ale żeby Will i Kate mnie usłyszeli. Byłam bowiem pewna, że nie widzieli, jak otwieram i zamykam drzwi, więc pewnie myślą, że nadal jesteśmy u bliźniaczek. 
- Okej, naprawdę was nie rozumiem. - Maddy podeszła do drzwi i już chciała je otworzyć, ale Sam pociągnęła ją za rękę.
- Nie, Maddy, nie możemy tam wejść Chodźmy jeszcze na chwilę do Isabell i Jesici. 
  Madeline wyrwała się z jej uścisku.
- O co wam chodzi? - zapytała i zanim zdążyłyśmy ją powstrzymać, otworzyła drzwi.
  Wrzasnęła.
  Weszłyśmy do środka, mijając nadal stojącą w progu Maddy. Jej oczy piorunowały Willa i Kate, którzy jeszcze przed chwilą się całowali.
- CO WY W OGÓLE ROBICIE?! - zawołała.
  Kate wstała z łóżka.
- Maddy, to nie tak...
- My tylko... - zaczął Will, ale chyba nie bardzo wiedział jak skończyć.
- Tylko się całowaliście, rozumiem - warknęła.
- Nie, Maddy, my właściwie... - zaczęła Katherina.
- Właściwie to my jesteśmy parą - skończył Will.
  Policzki mojej przyjaciółki zapłonęły. Miałam wrażenie, że zaraz wybuchnie. 
- PARĄ? PARĄ?! Co przez to rozumiecie? Chcecie mi powiedzieć, że spotykacie się ze sobą, a my nic o tym nie wiemy?!
  Spojrzała na mnie i Sam. Wymieniłyśmy spojrzenia. 
- Właściwie to, my wiedziałyśmy... 
- Wiedziałyście?! I nie powiedziałyście mi?! - Odwróciła się od nas i znów zaczęła wrzeszczeć na Willa i Kate. - Pewnie powiedzieliście wszystkim tylko nie mi, co? Oczywiście, bo ja jestem przecież tylko twoją siostrą i twoją przyjaciółką!
- Madeline, proszę...
  Ona jednak nie miała zamiaru nadal nas słuchać. Wybiegła z pokoju.
  Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Przerwał ją Will.
- Ja chyba już pójdę. 
  Wyszedł, a my z Sam podeszłyśmy do Kate, która wyglądała, jakby miała się za chwilę rozpłakać. Zaczęłyśmy ją pocieszać. W końcu się uspokoiła i poszła się umyć. My w tym czasie posprzątałyśmy zaklęciem jej kolację. 
  Było już nieźle po północy, kiedy położyłyśmy się spać. Madeline nadal nie było.