środa, 25 lipca 2012

Rozdział 17

 Rozpoczął się maj. Jak co roku zaczęto organizować wycieczki do Dronwood. Co prawda uczniowie od czwartej klasy mogli chodzić tam kiedy zechcą, jednak i tak wszyscy zawsze chcieli iść. W sobotę o godzinie dwunastej każdy uczeń stał przez budynkiem Akademii i czekał aż przyjdzie wychowawca. Ja z moimi przyjaciółkami siedziałyśmy na murku, czekając na panią Been, która, niestety, opiekowała się trzecią klasą. Czekaliśmy krótko, bo Been zazwyczaj jest punktualna. Kiedy przyszła wstałyśmy z murku i razem z innymi trzecioklasistami poszliśmy w kierunku Dronwood. Jest to wioska zamieszkiwana przez czarodziejów, ale także przez śmiertelników. Zawsze trzeba tam uważać, żeby nie pomylić sklepu magicznego ze zwykłym. Mi na razie się to zdarzyło, ale Maddy opowiadała, że dziewczyna z klasy jej brata zaczęła krzyczeć coś o magicznej gumie do żucia w normalnym sklepie. 
 Po kilkunastu minutach doszliśmy do wioski. Odszukałam Jacksona i poszliśmy razem w kierunku jakiegoś sklepu. 
- Twoje przyjaciółki pewnie są złe, że spędzasz większość czasu ze mną, a nie z nimi- powiedział Jackson.
- Wcale nie- zaprzeczyłam.- One też mają chłopków, więc spędzają czas z nimi. Gdzie idziemy?
- Do tamtego sklepu- odparł, wskazując szary budynek z czerwonym dachem. Szliśmy powoli. Mieliśmy sporo czasu, bo zbiórka była o siedemnastej. Weszliśmy do sklepu. W środku było  mnóstwo biżuterii.
- Tutaj kupiłem ci ten nieszczęsny pierścionek- oznajmił Jackson. - Pomyślałem, że skoro tamten oddałem, to powinienem kupić ci coś innego.
- Jackson, to miłe z twojej strony- powiedziałam- ale naprawdę nie musisz mi niczego kupować. 
Jackson zdawał się nie słyszeć moich słów. Zamiast tego mrukną:
- Uważam, że powinnaś sama coś wybrać.
- Jackson, naprawdę...
- Może jeden z tych pierścionków- mówił chłopak, nie zwracają na mnie uwagi. 
- Jackson, proszę!
Chłopak popatrzył na mnie. Staliśmy chwilę w milczeniu. Ciszę przerwał Jackson:
- To ja proszę ciebie, Sarito. Naprawdę głupio się czuję z powodu tego pierścionka.
- Jak kupisz mi inny to poczujesz się lepiej?- zapytałam. Jackson przytaknął. Zaczęłam rozglądać się za pierścionkiem. W końcu znalazłam jeden, który uznałam za najlepszy. Był srebrny, miał na środku niebieskie serduszko. Najważniejsze było jednak, że był najtańszy. Jackson zapłacił za niego i od razu włożyłam go na palec. Dzięki Bogu, nie był przeklęty. 

 Szliśmy chodnikiem wstępując co jakiś czas do jakiegoś sklepu. W końcu byłam tak zmęczona, że poszliśmy do baru w samym centrum wioski. Był to bar czarodziejów i tylko oni mogli do niego wejść. Siedzieliśmy przy stoliku, pijąc jakiś napój, który Jackson zmówił.
- Wiesz, że po wakacjach nie wrócimy do Akademii?- zapytał Jackson.
- Wiem- odparłam.- I dziwnie się z tym czuję. Pojedziemy do innej szkoły, z innymi uczniami, innymi przedmiotami, innymi nauczycielami. Nie to, żebym naszych lubiła, ale swój to swój.
Jackson uśmiechną się.
- Ale bez innej dziewczyny- powiedział.
- No ja mam nadzieję!- zaśmiałam się. 
Rozmawialiśmy jeszcze długo, aż stwierdziłam , że muszę wyjść do łazienki. Odeszłam od stolika i poszłam w kierunku toalet. Otworzyłam drzwi. To co tam zobaczyłam porządnie mną wstrząsnęło. Profesor McDower całował profesor Been, której bluzka miała stanowczo więcej rozpiętych guziczków niż normalnie. 
- O mój Boże!- krzyknęłam. Nauczyciele oderwali się od siebie i popatrzyli na mnie z przerażeniem. - Ja przepraszam. Myślałam, że nikogo tu nie ma, bo drzwi były otwarte. Naprawdę bardzo przepraszam!
Po tych słowach uciekłam z powrotem do stolika. Wzdrygnęłam się na myśl, co by było, gdybym weszła dwie minuty później. Usiadłam na moim krześle. Przez chwilę dochodziłam do siebie. Nie mogłam w to uwierzyć.Profesor Been i profesor McDower. To było tak strasznie nienormalne. Chociaż w sumie, dlaczego nie? Oboje byli po trzydziestce i oboje nie mieli partnera. Dlaczego mnie to tak dziwiło? Może dlatego, że to nauczyciele...
- Coś się stało?- zapytał Jackson. Zaczęłam mu o wszystkim opowiadać, uważając, aby nikt oprócz niego mnie nie usłyszał. Naprawdę nie chciałam, żeby ktoś niewłaściwy się o tym dowiedział. Miałam zamiar powiedzieć to Jacksonowi, moim współlokatorkom i siostrą, ale miałam nadzieję, że nikt spoza naszej siódemki się o tym nie dowie. 

~*~*~

- Na serio nie żartujesz?- zapytała się po raz ósmy Samanta. 
- Na serio- odpowiedziałam. - Widziałam ich jak się całują .
- Co zrobili jak cię zobaczyli?- spytała Madeline.
- Nie wiem, uciekłam zaraz po tym jak ich przeprosiłam. Nie czekałam na odpowiedź.
Siedziałyśmy w naszej sypialni. Opowiedziałam im co stało się w Dronwood. Dziewczyny były równie zadziwione jak ja.
- I co teraz zrobisz?- zapytała Kate.
- Nic- odparłam. - Po prostu poczekam, aż albo ich związek się rozpadnie, albo naszą wychowawczynią nie będzie pani profesor Been tylko pani profesor McDower.
 Wszystkie się zaśmiałyśmy.

wtorek, 24 lipca 2012

Rozdział 16

 Przez święta nic ciekawego się nie wydarzyło, oprócz tego, że chłopak mojej matki się do nas wprowadził. Okazał się jeszcze gorszy niż sądziłam. Strasznie się rządzi, rozkazuje mi i bliźniaczkom i wkurza na tysiące innych sposobów. 
 Oprócz tego nic się nie działo. Przetrwałam te kilka dni i wróciłam do Akademii. Dwa pierwsze dni minęły bardzo zwyczajnie. Dopiero w piątek coś się wydarzyło.
 Siedziałam w jadalni przy stoliku z Jacksonem, Maddy, Kate, Sam i ich chłopakami. Jadłam właśnie płatki owsiane, kiedy nasz dyrektor, Antonio Vitos, wstał i przemówił:
- Drodzy uczniowie! - Wszyscy przestali jeść i popatrzyli się w stronę Vitosa. Nikt się nie odzywał.- Mam dla was ważną wiadomość. Nasza szkoła wraz ze Szkołą Magii i Czarodziejstwa Owlneed urządza wymianę uczniów. Z każdej klasy od pierwszej do szóstej Akademii zostanie wylosowanych pięć osób i pojedzie do Owlneed. Uczniowie tamtej szkoły odwiedzą nas. Wyniki losowania będą wywieszone na tablicy ogłoszeń dnia 12 kwietnia. Dziękuję za uwagę.
 Usiadła i na sali zapanował chaos. Wszyscy zaczęli gadać o wymianie z wielkim podekscytowaniem. 
- Myślicie, że ktoś z nas pojedzie?- zapytała Sam. 
- Myślę, że nie- odparła Kate.- Jeżeli mają wybrać pięć osób z dwudziestu pięciu, to małe jest prawdo...
- A ja myślę, że tak- przerwała jej Maddy.- I myślę, że będzie to Sara. Ona zawsze ma szczęście.
- A kto powiedział, że chce tam jechać?- zapytałam. Dziewczyny popatrzyły na mnie jak na wariatkę.
- Nie chcesz?- zdziwiła się Samanta.- Ja zawsze marzyłam, żeby odwiedzić i tamtą szkołę. Wiesz, że mają tam dużo zupełnie innych przedmiotów szkolnych?
 Szczerze mówiąc, to mnie to nie interesowało. Oczywiście, że byłoby naprawdę ciekawie zobaczyć tamtą szkołę, poznać innych czarodziejów, ale jakie były szanse, że wybiorą mnie, Sam, Madeline, Katherinę, Jacksona i moje siostry? Bardzo małe. Wolałam zostać tutaj z nimi niż być tam sama. 

Dni mijały bardzo szybko. Nic się nie działo. Zrobiło się tak nudno, że nie tylko miałam systematycznie odrobione prace domowe, ale na dodatek, zaczęłam czytać tematy lekcji, czego wcześniej prawie nigdy nie robiłam. Z niecierpliwością czekałam na 14 kwietnia i w końcu się doczekałam. Była to sobota, więc nie trzeba było wcześnie wstać. Żadna z nas jednak nie spała długo. O siódmej wszystkie byłyśmy ubrane i uczesane. Wyszłyśmy z sypialni i poszłyśmy w kierunku tablicy ogłoszeń. Mimo, że było tak wcześnie, przy tablicy roiło się od uczniów. Dostrzegłam wśród nich Jacksona. Podeszłam do niego.
- Hej- przywitałam się.
- O cześć- odpowiedział. - Denerwujesz się?
- No co ty? Wylosowali mnie? Dobrze. Nie wylosowali? Też dobrze.
- Naprawdę ci nie zależy?- zapytał.
- Zależy mi tylko na tym, żeby albo wylosowali nas oboje, albo nie wylosowali nas oboje.
 Jackson uśmiechną się i pocałował mnie w policzek. W końcu dotarliśmy do tablicy. Wisiała na niej długa kartka. Podeszliśmy jeszcze bliżej. Na kartce było napisane:
 Uczniowie wylosowani do wymiany:
Owlneed:                               Akademia Magiczna
Klasa pierwsza:
Melinda Black                   Louis Halt
Thomas Badneen              Bruce Plen
Olivia Falen                     Agnes Buggy
Luisa Riddel                    Beryl Fragile
Tony Heart                      Anna Louis

Klasa druga
Abigail Longriver          Alberta Joint
Carrie Pun                    Tracy Store
Terry Street                  Cora Scrath
Rick Leave                   Stuart Numeral
Carla Refill                 Garry Hammer

Klasa trzecia
Sylvester Pun                Montague Perfect
Adele Outline               Marrion Coward
Richard Leash             Gladys Dunnel
Valentine Stolen          Herbert Manual
Keith Night                 Edgar Frame

Klasa czwarta 
Howard Urban           Vance Crease
Miles Turnpike          Velma Cover
Mabel Tuxendo          Stela Fetal 
Hazel Cradle             Pamela Insult
Linda Fertile             Albert Watt 

Klasa piąta
Julia Rover                Sarita Linares
Rogger Longriver     Leland Woddy
Leslie Charcoal        Joyce Thing
Harriet Flingrow     Penelopa Krum*
Kevin Filling            Letitia Screw
Klasa szósta
Gloria Bone              Isabell Linares 
Frank Debt               Larry Symbolize 
Nicholas Rapture     Elmer Fervour  
Artur Rover             Jackson Ward
Maxwell Permit       Jessica Linares
* Uczennica została wylosowana przez przypadek jako szósty szóstoklasista, a z powodu niemożliwości odrzucenia losu, została przydzielona do młodszej klasy.

 Przeczytałam to i uśmiechnęłam się. Nie było tak źle. Ja, Jackson i bliźniaczki zostaliśmy wylosowani. Przynajmniej nie będę sama. Szkoda tylko, że nie wylosowano żadnej mojej przyjaciółki. No i na dodatek wybrano Penelopę. 
- I co o tym sądzisz?- zapytał Jackson. 
- Miałam tylko jedną prośbę i ją spełniono. Nie mogę narzekać.
 Chłopak złapał mnie za rękę i poszliśmy do jadalni.

czwartek, 19 lipca 2012

Rozdział 15

 Kończył się marzec i za kilka dni zaczynają się ferie świąteczne. Chciałam zostać w szkole, ale wszyscy znajomi wyjeżdżają. Dlatego też stałam właśnie na przystanku obok Jacksona, moich współlokatorek, ich chłopaków,moich sióstr i ich chłopków. Po paru minutach nadjechał autobus. Szybko zostawiłam walizkę w bagażniku i, razem z Jacksonem, zajęliśmy miejsce. Po kilkunastu minutach autobus wzbił się w powietrze. Rozmawialiśmy z Jacksonem o planach na święta. Nagle zapadło milczenie. Siedzieliśmy chwilę cicho. W końcu Jackson się odezwał:
- Uwierzysz, że jesteśmy razem już trzy miesiące?
- Nadal mi się wydaje, że to tylko piękny sen- westchnęłam. 
Jackson uśmiechnął się i pocałował mnie w policzek. Popatrzyłam na niego. Nagle uświadomiłam sobie, że muszę mu zadać jedno pytanie. Nie wytrzymam, jeśli tego nie zrobię.
- Jackson- zaczęłam.- Mogę ci zadać jedno pytanie?
- Jasne- odparł chłopak. 
- Co cię skłoniło do tego, żeby mnie pocałować?
 Chłopak przez chwilę milczał, a była to dość długa chwila. Wreszcie się odezwał:
- Miałem wrażenie, że ci się podobam. Ty też według mnie byłaś, to znaczy jesteś, ładna. Pomyślałem, że warto spróbować.
 Zaszokowało mnie to. 
- Czyli pocałowałeś mnie tylko dlatego, że nie wyglądam jak kosmita?!- oburzyłam się.
- Przykro mi, Saro, ale taka jest prawda. Powiedz, czy ty przypadkiem nie byłaś zakochana we mnie ze względu na wygląd?
 Zaczerwieniłam się. Niestety, miał racje. 
- Nie masz pojęcia, jak bardzo jestem na siebie zły, za to, że nie pocałowałem cię wcześniej. Jak bardzo mi wstyd, że widziałem w tobie tylko ładną dziewczynę, że nie dostrzegałem jaką cudowną masz osobowość. Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że teraz nie jesteś tylko moją dziewczyną, ale także przyjaciółką. 
Uśmiechnęłam się i powiedziałam:
- To było miłe.
Pocałowałam go w policzek.

~*~*~

 Szliśmy chodnikiem w kierunku małego sklepiku z czerwonym dachem, gdzie miała czekać na mnie i moje siostry Kristin. Samanta, Maddy i Kate poszły do swoich rodziców, a bliźniaczki szły gdzieś z tyłu. Ja i Jackson maszerowaliśmy w stronę sklepu, rozmawiając. No jakimś czasie chłopak dostrzegł swoją matkę. 
- Będę musiał już iść- oznajmił.
- Szkoda- mruknęłam.
Jackson staną na przeciwko mnie. Patrzyłam w jego czekoladowe oczy. Staliśmy tak przez kilka sekund.
- Będę za tobą bardzo tęsknił- szepnął.
- Ja za tobą jeszcze bardziej- odszepnęłam. Jackson przybliżył swoją twarz do mojej i zaczął całować. Odwzajemniłam pocałunek. Kiedy skończyliśmy, Jackson się zaśmiał:
- Będę musiał się z tego tłumaczyć mojej mamie.
- A ja swojej gosposi.
 Odwróciłam się od niego i przeszłam parę kroków. Zaraz jednak usłyszałam krzyk Jacksona:
- Kocham cię, Saro!
Odwróciłam się. 
- Ja ciebie też kocham!- zawołałam. Uśmiechnęliśmy się do siebie i poszliśmy, każdy w swoją stronę. Doszłam do sklepiku. Od razu zobaczyłam Kristin. Rzuciłam się jej na szyję.
- Tęskniłam - wyszeptałam.
- Ja też.
 Stałyśmy w ciszy przez chwilę. Kristin bacznie mi się przyglądała. 
- No co?- zapytałam.
- Nic- odpowiedziała, jednak wiedziałam, że coś.

~*~*~

 Leżałam na łóżku Kristin, wpatrzona na ekran malutkiego telewizora. Oglądałam Przyjaciół. Kristin siedziała obok mnie. Kiedy skończył się odcinek,odezwała się:
- Jeżeli myślisz, że nie musisz się zwierzać ze swojego życia osobistego gosposi, to się grubo mylisz.
Zaśmiałam się.
- Wcale tak nie myślę.
 Kristin popatrzyła na mnie.
- No to opowiadaj!- rozkazała.
Zaczęłam mówić jej o wszystkim, co się wydarzyło w szkole. Kristin słuchała mnie z wyraźnym zaciekawieniem. Kiedy skończyłam moją opowieść było po północy. Kristin wygoniła mnie do łóżka. Położyłam się i zasnęłam.

niedziela, 15 lipca 2012

Rozdział 14

  Już od kilku dni trwał marzec. Pogoda była przygnębiająca. Cały czas kropił deszcz, a śnieg zaczynał się topić, więc wszędzie było mokro. Okropnie mokro i brudno. Kilka dni temu były urodziny mojej matki, jednak wszystkie trzy zignorowałyśmy ten fakt. Dzisiaj była sobota, a ja umówiłam się na randkę z Jacksonem. Ubrałam się więc w coś ładnego i poszłam pod jadalnie. Jacksona jeszcze nie było. Usiadłam na ławce i czekałam. Minęło około pięciu minut, kiedy pojawił się mój chłopak.
- Cześć- powiedział, całując mnie w policzek.- Przepraszam za spóźnienie.
- Nie ma sprawy- odrzekłam, wstając. Jackson chwycił mnie za rękę. Poszliśmy w stronę wyjścia. Stała tam moja ulubiona profesor Been z profesorem McDower, nauczyciel teorii magicznej. Ominęliśmy ich, mówiąc "dzień dobry". Po jakimś czasie doszliśmy do małej ławeczki niedaleko jeziora. Usiedliśmy na niej. 
- Saro- zaczął Jackson. Nie wiem dlaczego, ale był jakiś zdenerwowany.- Ostatnio byłem w Dronwood( wioska niedaleko Akademii) i zauważyłem w sklepie jedną rzecz. Stwierdziłem, że ci się spodoba.
 Sięgną do kieszeni i wyją z niego srebrny pierścionek. Podał go  mi.
- O mój Boże- szepnęłam.- Jest śliczny. Dziękuję.
 Jackson nadal wydawał się być zdenerwowany. Po chwili powiedział:
- Saro, uważam, że...
 I w tej chwili nałożyłam pierścionek. Poczułam ogromne ciepło, jakby coś mnie paliło od środka. Zauważyłam, że zaczyna się pojawiać obok mnie dym. Po chwili nic oprócz niego nie widziałam. Nie mogłam już znieść gorąca. Zacisnęłam pięści i zamknęłam oczy, czekając, kiedy ten ból minie. Na szczęście nie trwało to zbyt długo. Po chwili już nie czułam ciepła, a dym zaczął znikać. Kiedy już go nie było, Jackson zawołał:
- O Boże!
 Coś zmusiło mnie do popatrzenia w dół. Ku mojemu przerażeniu nie miałam już na sobie niebieskiej spódnicy i białej bluzki. Ubrana byłam w jakąś okropną sukienkę ze średniowiecza. 
- Co się stało?- zapytałam. Jackson patrzył na mnie ze zdziwieniem.
- Nie mam pojęcia- odpowiedział.- Lepiej zdejmij ten pierścionek.
 Spróbowałam wypełnić jego rozkaz, jednak pierścionek nie miał zamiaru zejść.
- Nie mogę!- krzyknęłam z paniką w głosie. 
- Powinniśmy iść do zamku- zaproponował Jackson.- Może Samanta będzie wiedziała coś na ten temat.
 Poszliśmy do szkoły. Czułam na sobie spojrzenia ludzi. Nie za bardzo mi się to podobało. W końcu doszliśmy do mojej sypialni. Kiedy weszłam do środka, usłyszałam głos Maddy:
- Co ty za panny tu sprowadzasz, Jackson?- zaśmiała się.
- Maddy, to ja, Sara!
 Dziewczyna wrzasnęła. Popatrzyłam na Katherinę. Wyglądała na zaszokowaną, podobnie jak Sam. Poszłam do łazienki i popatrzyłam w lustro. To co tam zobaczyłam naprawdę mnie przestraszyło. To nie była moja twarz. Odbicie miało brzoskwiniową skórę, błękitne oczy i wyglądało na jakieś dwadzieścia lat.Na dodatek miało rude włosy.
- Mam rude włosy!- wrzasnęłam.- Czy ktoś może mi powiedzieć DLACZEGO mam rude włosy?!
- Co się tu w ogóle dzieje- zapytała Samanta. Zaczęliśmy jej wyjaśniać co się wydarzyło. Moje przyjaciółki słuchały tego z niedowierzaniem. Kiedy skończyłam, Kate zapytała:
- Ale jak to możliwe?
- Żyjesz w świecie magi!- odparłam.- Tu WSZYSTKO jest możliwe!
 Samanta przez chwilę cię zastanawiała, aż w końcu oznajmiła:
- Myślę, że zamieniłaś się w poprzednią właścicielkę tego pierścienia.
- Jak mam to naprawić?- zapytałam.
- Jeszcze nie wiem. Może powinnam, chociaż nie...
- Samanto, wymyśl coś szybko, bo ja już nie chcę mieć rudych włosów!- Czułam jak wszystko się we mnie gotowało. Nie wiedziałam dlaczego, przecież, to nie było aż takie straszne, a już na pewno nie była to wina Sam, jednak nie potrafiłam zapanować nad gniewem. Nagle książka leżąca na jej łóżku stanęła w płomieniach. Kate szybko ją zgasiła.
- Co to było?- zapytała.- Kto to zrobił?
- Myślę, że Sara- odrzekł Jackson.
- Ja?!- zdenerwowałam się.
- Saro spokojnie- powiedział do mnie.- Myślę, że to moc poprzedniej właścicielki pierścienia, pirokineza. 
- To by się zgadzało- mruknęła Sam. - Zaraz pójdziemy do biblioteki, poszukamy kto to mógł być, ale najpierw się przebież.
 Chciałam zdjąć tę okropną sukienkę, jednak, podobnie jak pierścień, nie chciała zejść. Oznajmiłam to. Samanta podeszła do swojej szafki nocnej. Zaczęła w niej grzebać. Po jakiejś minucie wyciągnęła jakąś kartkę i przeczytała:
- Mnie nie śmieszy już ta gra, niech każdy wygląd swój znów ma.
 Poczułam lekkie szczypnięcie, jednak nie była w stanie ustalić gdzie. Znów popatrzyłam w dół i z wielką ulgą stwierdziłam, że to moje własne ciuchy. Pobiegłam do lustra. Znów wyglądałam jak ja.
- Dziękuję Samanto!- zawołałam.
- Na twoim miejscu bym się tak nie cieszyła. Masz tylko swój wygląd, ona nadal w tobie siedzi, zdolność pirokinezy też. 
 Znów poczułam falę gniewu. Tym razem zapaliła się poduszka. Kate znów ugasiła pożar.
- Chodźmy do biblioteki- zaproponowała Maddy.
 Wszyscy wyszliśmy z pokoju. Szliśmy korytarzem, aż dotarliśmy do celu. Kate kazała mi usiąść przy stoliku. Poczułam złość, ale, dzięki Bogu, niczego nie spaliłam. Wszyscy, oprócz mnie, poszli szukać książki, w której mogliby coś znaleźć. Po jakiejś godzinie Jackson zawołał:
- Chyba znalazłem!
 Wszyscy podeszli do mnie. Jackson pokazał nam rysunek jakiejś kobiet. Obok był opis. Kate zaczęła czytać:
- Josephina Hampstead. Czarownica żyjąca w XII w. Pochodziła z Anglii. Miała dar pirokinezy, nad którym nie potrafiła zapanować. Zdolność ta była przyczyną wszystkich tragedii, jakie uczyniła. Josephina za każdym razem kiedy się denerwowała, podpalała coś. Kiedy miała piętnaście lat podpaliła człowieka, który nie chciał jej pomóc. Po jakimś czasie jej ofiar było coraz więcej. W wieku dwudziestu dwóch lat jej narzeczony stwierdził, że nie może żyć z mordercą. Josephina podpaliła go. Wydarzenie to tak nią wstrząsnęło, że postanowiła się ukarać. Ponad sto razy podpalała samą siebie tylko po to, aby po chwili zgasić ogień i zrobić to ponownie następnego dnia. Podczas jednego razu, nie dała rady zgasić ognia. Spłonęła żywcem, podobnie jak wszystkie jej ofiary. Istniej legenda, że jej pierścień znajduje się gdzieś w Anglii, a kto go założy stanie się Josephiną.
  Stałam przez chwilę w milczeniu. Po chwili jednak nie wytrzymałam i wybiegłam z biblioteki. Pobiegłam do sypialni. 

 Do godziny dwudziestej pierwszej nie wychodziłam ze swojego pokoju. Dziewczyny i Jackson były ze mną w pokoju, jednak rzadko się odzywały, co nie zmieniało faktu , że co chwilę się denerwowałam i wzniecałam pożar. O dwudziestej pięćdziesiąt dwie przesadziłam. Rozpaliłam poduszkę obok której siedziała Maddy. Dzięki Bogu nic się jej nie stało.
- Jackson- powiedziałam.- Chodź ze mną na korytarz.
- Nie wiem czy to...
- Chodź ze mną na korytarz!- wrzasnęłam i podpaliłam butelkę, leżącą na podłodze. Chłopak wstał i wyszedł, a ja za nim. Szłam szybkim krokiem. Zatrzymałam się przy sali do magicznej biologii.
- Otwórz ją- rozkazałam. Jackson wymamrotał coś i pojawiły się drzwi. Otworzyłam je i pobiegłam na górę. - I nie waż się za mną iść!- zawołałam.

 Siedziałam w kapsule już chyba dwadzieścia godzin, z czego około dwanaście przespałam. Siedziałam z nogami przyciśniętymi do piersi. Głowę opartą miałam na kolanach. Po policzkach płynęły mi łzy. Nie radziłam sobie z tym co się wydarzyło. Przerastało mnie to. Fakt, że mogłam kogoś zabić, doprowadzał mnie do rozpaczy. Nie miałam innego wyjścia, jak zginąć tu z braku wody. Ewentualnie mogłam podpalić samą siebie. 
  Było już całkiem ciemno, kiedy do kapsuły przyszedł Jackson.
- Nie zbliżaj się!- ostrzegłam. On jednak nie miał zamiaru mnie słuchać.
- Odejdź!- wrzasnęłam. On nadal szedł w moim kierunku.
- Nie rozumiesz, że mogę ci zrobić krzywdę?!
 Jackson stał już nade mną. Patrzył mi się w oczy. Po chwili usiadł i powiedział:
- Sarito Linares, chciałem ci to powiedzieć już wczoraj, ale nie było okazji.- Patrzyłam mu w oczy. Przez chwilę panowało milczenie. Przerwał je Jackson:- Kocham cię, Sarito Linares.
 Poczułam ogromny chłód. Kiedy zrobiło mi się trochę cieplej, pierścionek sam zsunął się z mojego palca. Nie przejmowałam się tym. Patrzyłam w oczy mojego chłopaka, nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa. Po jakimś czasie szepnęłam:
- Ja ciebie też kocham, Jacksonie Wardzie.
 Jackson zbliżył się do mnie i zaczął całować. Kiedy przestaliśmy, zaczęłam intensywnie wpatrywać się w jego bluzę. Ku mojej wielkiej radości dostrzegłam pod nią niebieską bluzkę. Znów widziałam przez ściany, ubrania i takie tam. 
- Co zrobimy z tym pierścionkiem?- zapytał Jackson.
- Oddamy dyrektorowi- odpowiedziałam.- Może da je do jakiegoś muzeum.
 Wstaliśmy i zeszliśmy na dół. 

piątek, 13 lipca 2012

Rozdział 13

  Minęło kilka tygodni. Czas ten wystarczył Katherinie, aby stała się jedną z najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Teraz mało który chłopak nie miałby ochoty wyjść z nią na randkę, więc zazwyczaj nie ma jej z nami. Ostatnim szczęśliwcem był Peter McDonald, rok starszy od nas. Katherninie chyba się podoba, bo umówiła się z nim już na trzy randki, co rzadko się jej zdarza. 
 Niestety moja popularność nieubłaganie spadała. Powodem tego był fakt, że nie byłam już singielką. Teraz, kiedy jestem zajęta, dla chłopców przystała być atrakcyjna. Niestety to nie koniec. Cały wolny czas spędzałam z Jacksonem, ewentualnie z przyjaciółkami czy siostrami. Nie spotykałam się z nikim innym, a nawet nie rozmawiałam z nikim innym. Większość społeczności szkoły po prostu przestała się mną interesować. Prawdę mówiąc, nie przeszkadzało mi to ani trochę. 

- No i w tedy on powiedział, że nie ma ochoty na randki- westchnęła Isabell. Siedziałyśmy w jej sypialni razem z Jesicą, próbując ignorować Penelopę, która całowała zdjęcia Jacksona. Plotkowałyśmy o Willu, najlepszym przyjacielu bliźniaczek i równocześnie bracie Maddy, który ostatnio chodził jakiś przygnębiony. 
- On tak cały czas się zachowuje- dodała Jesica.- Od naszego zerwania nie spotkał się z żadną dziewczyną.
  Jes i Will chodzili ze sobą kilka miesięcy temu, jednak po paru tygodniach coś się popsuło i wrócili do przyjaźni. Wielka szkoda, bo byli świetną parą. 
- Może trzeba mu znaleźć jakąś dziewczynę?- zaproponowałam, a po chwili ziewnęłam. Is popatrzyła na zegarek.
- O mój Boże- powiedziała.- Już w pół do jedenastej. Lepiej idź, Saro, bo jak ktoś zobaczy, że nie jesteś w sypialni, to raczej się to nie skończy. 
- Okej- oznajmiłam, wstając z łóżka. - Jutro też przyjdę. No to na razie.
 Wyszłam i poszłam w stronę swojego pokoju. Szłam jak najciszej. Dlaczego to ja nie mogłam mieć dary niewidzialności? Na co mi głupie patrzenie przez ściany? Mało przydatny dar. W ogóle wszyscy moi znajomi mają lepszy. Isabell czyta w myślach, Jes widzi przyszłość, Jackson jest niewidzialny. To takie niesprawiedliwe. Rozmyślałam tak prze długi czas, aż nagle usłyszałam za sobą niski głos:
- A tobie, Linares, nie powiedziano, że nie spaceruje się po ciszy nocnej?- Głos należał do nauczyciela wróżbiarstwa, profesora Clarka. Stałam, nie ruszając się, aż po kilkunastu sekundach, odwróciłam się i stanęłam z nim twarzą w twarz.
- Co za bezczelność lekceważyć zasady naszej szkoły!- warknął Clark. Już chciałam coś powiedzieć, jednak przypomniałam sobie, że u Clarka lepiej milczeć niż próbować się bronić.
- Przyjdziesz do mojego gabinety jutro po lekcjach- oznajmił profesor.- Zrozumiano?
 Przytaknęłam.
- Możesz iść Linares.
 Szybkim krokiem powędrowałam do sypialni. Kiedy weszłam do środka, dziewczyny jeszcze nie spały. Maddy gadała z Kate, a Sam czytała książkę.
- Dostałam szlaban- pochwaliłam się. Dziewczyny popatrzyły na mnie. Samanta westchnęła:
- Znowu?
- Tamten był już dawno. Lepiej zgadnijcie od kogo.
- Od Been- odpowiedziała Madeline bez zastanowienia. 
- A właśnie, że nie, bo Clark- oznajmiłam z dumą.
- Wow. Pierwszy raz dostałaś szlaban od kogoś innego. Myślałam, że to niemożliwe- powiedziałam Sam.
 To prawda. Miałam na koncie wiele szlabanów. Wszystkie były od Been. 
 Poszłam do łazienki, umyłam się, przebrałam w piżamę i poszłam spać.

~*~ *~

Zapukałam do drzwi.
- Proszę- rozległ się zimny głos profesora Clarka.. Weszłam do środka i, co mnie zdziwiło, profesor nie był tam sam. Przed jego biurkiem stał jakiś chłopak, chyba z klasy Jacksona. Stanęłam koło niego.
- Dobrze, ze już jesteś, Linares. Razem z kolegą będziesz dzisiaj pomagała w kuchni.
- Żartuje pan?- wypaliłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. 
- Nie, Linares- odpowiedział spokojnie nauczyciel. - Macie pójść do kuchni. Pani Miller się wami zajmie.
 Posłusznie wyszliśmy i udaliśmy się w stronę kuchni. 
- Hej- odezwałam się.- Jestem Sara Linares, a ty?
- Jason Simpson- odpowiedział.
- Jesteś bratem Kate?- spytałam.
- Tak. Chodzisz z nią do klasy?
- Owszem i mam z nią pokój.
- Nie chwaliła się, że ma takie ładne współlokatorki- zaśmiał się. 
- Ani, że ma takiego fajnego brata.
 Zaśmialiśmy się.  Po chwili dotarliśmy do celu. Jason zapukał do drzwi. Otworzyła jakaś kobieta. 
- Profesor Clark was przysłał?- zapytała, a kiedy przytaknęliśmy, dodała:- No w końcu, bo za chwilę spóźnię się na mój ulubiony serial.
 Wymieniliśmy z Jasonem spojrzenia, idąc za kobietą. Doszliśmy do jakiegoś stołu, na którym leżało jakieś mięso. Zrobiło mi się słabo na ten widok.
- Macie zrobić kotlety na dzisiejszy obiad- oznajmiła kobieta. 
- Jestem wegetarianką- wtrąciłam.- Nie dotknęłabym tego, choćby mieli mnie wyrzucić ze szkoły. 
 Kobieta przez chwilę stała w milczeniu. Po jakieś minucie poszła w kierunku innego stołu. Szliśmy za nią. Kiedy się zatrzymała, powiedziała:
- Będziecie robić surówki na dzisiejszy obiad. Muszę już iść, bo mi się serial zacznie.- To powiedziawszy, odeszła, a my zabraliśmy się do roboty. Po chwili Jason zapytał:
- Naprawdę jesteś wegetarianką?
- Tak- potwierdziłam.- Dlaczego pytasz?
- Po prostu nie znałem wcześniej wegetarianki.
  Obierałam, kroiłam, siekałam,  wrzucałam do miski, mieszałam warzywa przez jakieś półgodziny, rozmawiając z Jasonem. Kiedy w końcu skończyliśmy, udaliśmy się do pani Miller. Kobieta po obejrzeniu surówek, wypuściła nas z kuchni. Wracałam z Jasonem korytarzem pełnym ludzi, nadal gadając. Kiedy dotarłam do swojego pokoju, powiedziałam:
- Cieszę się, że dostałam ten szlaban.
- Bo, straciłaś prawie całą godzinę swojego życia na robieniu surówek?- zapytała zdziwiony chłopak.
- Nie, geniuszu- zaśmiałam się.- Bo uświadomiłam sobie, że muszę czasem pogadać z kimś innym niż mój chłopak, przyjaciółki czy siostry. 
- Miło mi, że ci to uświadomiłem- powiedział nagle jakiś przygnębiony. Pożegnał się ze mną i poszedł.

~*~*~

 Siedziałam w bibliotece z grupką dziewczyn. Wśród nich były oczywiście moje przyjaciółki. Wszystkie razem odrabiałyśmy lekcje. Co chwilę jakaś z dziewczyn zaczynała o czymś opowiadać. Długo tak słuchałyśmy się siebie nawzajem. W końcu pewna dziewczyna, Melinda Brown, odezwała się do mnie:
- Jakoś rzadko tu ostatnio przychodziłaś.
- Wiem. Prawie cały czas siedziałam z chłopakiem.
- No tak, odstaw koleżanki, bo masz chłopaka- zaśmiała się.
- Obiecuję, że już się to więcej nie powtórzy.
 Nagle poczułam, że moja popularność znów wzrasta.

środa, 27 czerwca 2012

Rozdział 12

 - Myślę, że powinnaś włożyć tę czerwoną sukienkę- oznajmiła Katherina. Cała nasza czwórka siedziała w sypialni. Dziewczyny pomagały mi się przygotować do randki z Jacksonem. Dyskutowałyśmy właśnie na temat odpowiedniego stroju. Każda z nas miała inny pogląd: Maddy uważała, że powinnam ubrać się normalnie, w dżinsy i jakąś ładniejszą bluzkę; Sam twierdziła, że najlepiej będzie jak założę spódnicę, a Katherina upierała się przy sukience. Ja sama nie wiedziałam co mam robić. Nie wiem dlaczego, ale byłam tak ze stresowana, że nie mogłam myśleć. Przecież to nie było nasze pierwsze wspólne wyjście- byliśmy na balu sylwestrowym, jednak moje zdenerwowanie było nadzwyczaj ogromne. 
- Nie, Kat- zaprotestowała Sam i zaczęła grzebać mi w szafie. W końcu wyjęła falbaniastą spódnicę w kwiaty.- To powinnaś założyć!
- Wcale, że nie!- zawołała Madeline.- Masz wyglądać NATURALNIE!
 Po chwili wszystkie trzy zaczęły się kłócić. Siedziałam na łóżku, przyglądając się im, aż w końcu się odezwałam:
- Wcale nie pomagacie. Właściwie to sama powinnam coś wybrać.
 Podeszłam do szafy i zaczęłam w niej szukać czegoś odpowiedniego. Przez te głupie ubrania zestresowałam się jeszcze bardziej. Próbowałam się uspokoić, ale mi się nie udało. Dopiero, kiedy odnalazłam idealny strój, poczułam się lepiej. Wyciągnęłam z szafy beżową sukienkę w kwiatki. Dziewczyny nie były do końca przekonane co do mojego wyboru, ale nie zwracałam na nie uwagi. Poszłam do łazienki ją nałożyć. Kiedy wróciłam, założyłam szary sweterek i jasnoróżowe czółenka na platformie. Popatrzyłam na zegarek. Była za pięć osiemnasta. 
- Chyba już pójdę - stwierdziłam. 
- Powodzenia - powiedziały jednocześnie dziewczyny. Uśmiechnęłam się i wyszłam, mówiąc:
- Nie dziękuję!

   Szłam w kierunku jadalni, gdzie mieliśmy się spotkać. Kiedy już dotarłam na miejsce, Jackson już tam był. Podszedł do mnie i wręczył mi bukiecik kwitów.
- Dziękuję- powiedziałam. Jackson złapał mnie za rękę i odpowiedział:
- Nie ma za co.
 Szliśmy korytarzem. Po drodze minęliśmy Penelopę, która zaczęła się na mnie wydzierać, że kradnę jej chłopaka. Przeszliśmy obok niej śmiejąc się jak głupi. Po paru minutach staliśmy przy sali od magicznej biologii.
- Znowu zabierasz mnie do kapsuły? - spytałam.
- Przepraszam, ale nic lepszego mi nie wpadło do głowy- wyjaśnił.
- Nic nie szkodzi- zaśmiałam się. - Lubię to miejsce, szczególnie w towarzystwie miłej osoby.
 Jackson pocałował mnie w policzek, a potem powiedział coś po cichu i drzwi się pojawiły. Otworzyłam je i weszliśmy do środka. Ku mojemu zdziwieniu kapsuła nie była pusta. Znajdował się tam stolik, a na nim naczynia, i dwa krzesła. Usiadłam na jednym z nich, a Jackson na drugim. Po chwili zorientowałam się, że na stole nie ma jedzenia.
- Jackson- zaczęłam. - Ja nie chcę być nieuprzejma, ale czy ty o czymś nie zapomniałeś?
 Chłopak uśmiechnął się, wyją z kieszeni różdżkę i powiedział jakieś dziwne zaklęcie. Na stole zaczęły pojawiać się różne ciastka. Popatrzyłam do swojej filiżanki. Naglę sama zaczęła zapełniać się rozpuszczalną kawą. 
- O mój Boże - szepnęłam. Wzięłam sobie na talerz jakieś ładnie wyglądające ciastko i zaczęłam je jeść. Smakowało nieziemsko. Nigdy wcześniej nie jadłam takich dobrych ciastek. 
  Siedzieliśmy przy stole, rozmawiając, żartując, śmiejąc się. Nagle przyszło mi do głowy jakieś pytanie. Bez namysłu je wypowiedziałam:
- Czy byłeś to już kiedyś z inną dziewczyną?
- Nie- odparł Jackson. - Ty jesteś pierwsza.
- A czymże sobie zasłużyłam na taki zaszczyt?- zapytałam. Jackson siedział po chwili cicho, a potem powiedział:
- Nie mam pojęcia.
 Zbliżył się do mnie i zaczął całować.

  Była godzina dwudziesta pierwsza, kiedy wracaliśmy z Jacksonem korytarzem, trzymając się za ręce. Szliśmy powoli, aby jak najdłużej być ze sobą. Czułam się tak wspaniale, jakby spełniały się moje największe marzenia. Czułam nieziemską radość, która przepełniała każdą komórkę mojego ciała. Byłam tak szczęśliwa, że mogłabym latać. Niestety w końcu doszliśmy do mojej sypialni i musieliśmy się rozstać.
- Dobranoc - powiedziałam.
- Dobranoc - odpowiedział Jackson. Staliśmy przez chwilę w milczeniu, aż w końcu odwróciłam się. Już miałam otwierać drzwi, jednak chłopak złapał mnie za ramię, gwałtownie odwrócił i pocałował.

wtorek, 26 czerwca 2012

Rozdział 11

Minęło kilka dni. Na dworze wszystko pokryte było białym śniegiem. Mój związek z Jacksonem po prostu rozkwitał, podobnie jak związek Maddy i Luke'a ( chłopak z dyskoteki), Isabell i Kevina oraz Jesicy i Jamesa. Nie wszyscy jednak mieli takie szczęście. Samanta nadal nie chciała spotykać się z Matthew'em, bo właśnie tak się nazywa. Mimo, że proszę ją, żeby dała mu szansę, to ona nadal się upiera, że to nie ma sensu.
  Siedziałyśmy z Sam i Katheriną w bibliotece. Do naszej sypialni Madeline zaprosiła Luke'a, więc my musiałyśmy się wynieść. Oczywiście ja i Samanta jak zwykle się kłóciłyśmy.
- Saro, ty zawsze myślisz, że wszystko jest czarne albo białe- skarżyła się Sam. 
- Wcale, że nie! - odparłam.- Ja po prostu nie rozumiem dziewczyn, które boją się umówić z chłopakiem!
- I kto to mówi!- zawołała trochę za głośno, bo bibliotekarka spiorunowała nas wzrokiem.- Chyba nie ja nie potrafiłam zagadać do chłopaka przez dwa lata!
- To co innego! Ja czekałam, aż Jackson zrobi pierwszy krok. Matthew już dawno go zrobił! A właściwie to zrobił nawet kilka pierwszych kroków!
 Samanta przygryzła wargę.Nie odpowiedziała nic, ale wiedziałam, że i tak się ze mną nie zgadza. Zapadło długie milczenie. Wpatrywałam się w swoją przyjaciółkę, ale ona zdawała się tego nie zauważać. Niezręczną ciszę przerwała Katherina:
- Może zejdziemy już na obiad?- zapytała.

~*~*~

- Jesteś pewna, że to dobry pomysł?- spytała Maddy. Siedziałyśmy w swoim pokoju. Nie było z nami Samanty, a ja właśnie wyjaśniałam dziewczynom mój plan pomocy jej w zdobyciu chłopaka. Chciałam zaklęciem zmienić swój wygląd tak, abym wyglądała ja Sam. Potem pójdę do Matthew' a i powiem mu, że chcę z nim chodzić. On na pewno się zgodzi i potem zacznie się spotykać z prawdziwą Samantą. Jak dla mnie genialny pomysł, jednak moje współlokatorki były innego zdania. - A co jeśli on nie chce z nią być?
- Chce- powiedziałam bez namysłu. Byłam tego w stu procentach pewna.
- Dobra- odezwała się Katherina.- Ale jakby Sam się dowiedziała to my nie mamy z tym nic wspólnego.
- Niech wam będzie- oznajmiłam i podeszłam do małej szafki obok mojego łóżka. Wyjęłam z niej kartkę i długopis i zaczęłam wymyślać zaklęcia. Bardzo źle mi to wychodziło. Nigdy nie byłam w tym dobra. Świetnie radziłam sobie z  rzucaniem uroków, ale z ich ułożeniem było znacznie gorzej. Po wielu głupich pomysłach udało mi się napisać coś sensownego. Katherina popatrzyła na mnie, jakby chciała spytać, czy na pewno powinnam to zrobić. Uśmiechnęłam się do niej. Sięgnęłam po różdżkę, wzięłam głęboki wdech i przyczytałam:
- Skrzydło muchy gra w palanta, chcę mieć wygląd jak Silverstone Samanta!
  Usłyszałam wybuch i cały pokój wypełnił się szarym dymem. Kiedy zniknął dziewczyny popatrzyły na mnie z niedowierzaniem.
- O mój Boże- szepnęła Maddy. Uśmiechnęłam się i poszłam do łazienki. Stanęłam na przeciwko lustra, ale nie zobaczyłam własnego odbicia.Zobaczyłam Samantę.

 Szłam korytarzem, trzymając książkę pod pachą. Stwierdziłam, że to będzie bardzo wiarygodne. Co jakiś czas jakaś nieznajoma dla mnie osoba witała się ze mną. Byłam zdziwiona. Skąd ona zna tych ludzi? 
 Szłam powoli, rozglądając się za Matthew' em, co było bardzo trudne. Obeszłam już prawie całą szkołę, a jego nadal nie było widać. Po chwili ujrzałam Jacksona. Uśmiechnęłam się do niego.
- Hej- przywitałam się.
- O, cześć- powiedział.
- Gdzie idziesz?- zapytałam, nadal się uśmiechając.
- Szukam Sary.
 Dopiero po tych słowach przypomniałam sobie, że jestem teraz Samantą. Boże, pomyślałam. Dobrze, że nie zrobiłam czegoś głupiego.
- Aha, to nie przeszkadzam- oznajmiłam, oddalając się. Po chwili odwróciłam się i zawołałam: - Jackson!
- Tak?- chłopak popatrzył na mnie.
- Myślę, że powinieneś zaprosić Sarę na randkę- powiedziałam. Po chwili zrobiło mi się głupio, ale było już za późno. Zresztą, ja też coś muszę z tego mieć.
- Myślisz, że się zgodzi?- spytał.
- Jestem przekonana.- Po tych słowach poszłam w drugą stronę. Po kilkunastu minutach zobaczyłam Matthew'a.
- Hej Matt!- zawołałam. Chłopak odwrócił się i podszedł do mnie.- Możemy pogadać?
 Matt przytaknął i poszliśmy razem do jakiejś sali. Usiadłam na ławce i zapytałam:
- Co tam u ciebie?
 Chłopak przypatrywał się mi z zaskoczeniem. Uśmiechnęłam się, a on powiedział:
-  Nic ciekawego. Dlaczego chciałaś się ze mną spotkać?
- Myślałam, że to oczywiste- odparłam, mrugając do niego. Matt gapił się na mnie jak na głupią.
- Nie rozumiem- powiedział powoli. Zeszłam z ławki i podeszłam do niego, jak najbliżej się odważyłam.
- Nadal nie rozumiesz?- spytałam. Chłopak odsunął się ode mnie i zaczął się cofać. Zapadło milczenie. Przez jakiś czas wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem, aż w końcu on się odezwał:
- Ty nie jesteś Samantą.
 Otworzyłam szeroko oczy. Skąd on mógł to wiedzieć? Zaczęłam się zastanawiać, co teraz powinnam zrobić. Zdecydowałam się ujawnić prawdę.
- Masz rację- powiedziałam. Chłopak stał w milczeniu, przyglądając się mi. W myślach układałam zaklęcie, które przywróci mi prawdziwy wygląd. W końcu mi się udało:- Światło w jaskini, os groźnych rój, chcę mieć z powrotem wygląd swój.
 Tak jak ostatnio cały pokój wypełnił się dymem, który po chwili zniknął. Kiedy Matt mnie zobaczył, zapytał:
- Kim ty w ogóle jesteś?
- Jestem Sara, przyjaciółka Samanty- wyjaśniłam.- Chciałam ją udawać, żebyście zaczęli ze sobą chodzić. Wiem, że ją lubisz i że ona lubi ciebie. Wiem też, że Sam nigdy by się nie odważyła ci o tym powiedzieć. Przepraszam ze to przedstawienie. Po prostu chciałam, aby Sam była szczęśliwa.

~*~*~

 Wszystkie cztery stałyśmy na korytarzu. Samanta opowiadała o jakiejś książce, którą ostatnio czytała. Już wcześniej powiedziałam dziewczynom, że plan nie wypalił, ale Sam nadal nie miała o niczym pojęcia. Stałyśmy tak dobre parę minut, gdy nagle podszedł do nas Matthew, a właściwie nie do nas tylko do Samanty. Stanął przy niej, a po chwili już ją całował. Zadziwiona dziewczyna stała bez ruchu. Kiedy Matt skończył wziął ją za rękę i w milczeniu poszli gdzieś korytarzem. Po chwili chłopak odwrócił się i uśmiechną się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech. 

  Siedziałam w bibliotece, męcząc się ogromnie nad napisaniem wypracowania na temat eliksiru odmładzającego. Pisałam w samotności. Nie sądziłam, żeby ktoś się do mnie przyłączył. Myliłam się jednak. Po kilku minutach poczułam jak czyjeś dłonie zakrywają moje oczy. Przez chwilę się zastanawiałam, a potem zapytałam:
- Maddy?
- Pudło- usłyszałam głos mojego chłopaka. Zabrał dłonie. Odwróciłam się do niego i pocałowałam go w policzek.
- Jak mogłam się tak pomylić?- zaśmiałam się. Jackson usiadł koło mnie i po chwili powiedział:
- Jutro jest wolne. Może byśmy się spotkali?
- Masz na myśli randkę?- spytałam.
- Jeżeli się zgodzisz to tak.
 Uśmiechnęłam się.
- Tylko idiotka by się nie zgodziła- szepnęłam. Przybliżyłam się do jego twarzy i go pocałowałam.