czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział 57

  Minęło parę tygodni zanim Cole zaczął znowu normalnie się zachowywać. Wiedziałam jednak, że wciąż nie jest zadowolony z powodu mojej ciąży. Nie bardzo mogłam liczyć na jego pomoc. Na szczęście miałam cudowne siostry i przyjaciół. A jeśli o przyjaciołach mowa to i Kate zaszła w ciążę. Will jednak w odróżnieniu od Cole' a był tym faktem ogromnie ucieszony. Ale ja nie narzekałam. Nie było najgorzej. Powoli przyzwyczajałam się do monotonii mojego życia.

  Wszystko zmieniło się pod koniec maja. Obudziłam się jak zwykle niewyspana i spojrzałam na zegarek. Zamarłam. Ósma trzydzieści pięć. W pracy miałam być za niecałe pół godziny, a sam dojazd zajmie mi co najmniej piętnaście minut. Zerwałam się z łóżka i w tępię natychmiastowym umyłam się, ubrałam i uczesałam. Nie zdążyłam nawet zjeść śniadania, czego będę pewnie później bardzo żałować. W ostatniej chwili przypomniałam sobie, że muszę jeszcze wziąć teczkę z projektami, które ostatnio dała mi szefowa. Pobiegłam do biurka i wzięłam pierwszą teczkę, która rzuciła mi się w oczy. Wybiegłam z mieszkania i wsiadłam do taksówki, po którą wcześniej zadzwoniłam.
  Na szczęście nie spóźniłam się do pracy, byłam punktualnie. Usiadłam przy swoim biurku i od razu wykonałam parę telefonów. Po chwili w gabinecie pojawiła się Ella.
- O, dobrze że jesteś! Masz teczkę?
- Oczywiście.
  Szefowa wzięła ją ode mnie i wyszła. Ja w tym czasie odebrałam kilka telefonów, a nawet udało mi się zjeść jakąś drożdżówkę. Po jakiś dwudziestu minutach do gabinetu znów weszła Ella.
- Saro, to nie są te projekty - powiedziała dość spokojnie.
- Jak to nie? Wzięłam je ze swojego...
  Poczułam uderzenie gorąca. Na biurku leżały dwie teczki. Jedna zawierała projekty, które dała mi szefowa. Druga moje projekty.
  Zbladłam. Musiałam przynieść tę drugą teczkę. Jaka byłam głupia! Tamte projekty na pewno były bardzo ważne, a ja ich nie wzięłam. Zamiast nich przyniosłam jakieś swoje bazgroły.
- Boże, proszę pani, ja...
  Ella dała mi znak, żebym milczała. W całkowitej ciszy przeglądała moje projekty. Jej wyraz twarzy nie zdradzał tego, co czuła. Z sekundy na sekundę robiłam się jeszcze bardziej zestresowana.
- Kto wykonał te projekty? - zapytała w końcu.
- Te? Ja, ale to nieważne. Zaraz pojadę po tamte i...
- Ty je wykonałaś? - Ella spojrzała na mnie z zaskoczeniem. Kiwnęłam głową. - Nigdzie nie jedź. Te projekty są genialne! Czegoś takiego właśnie potrzebowaliśmy! Są o niebo lepsze od tych, które zostawiłaś w domu. Dlaczego nigdy nie powiedziałaś, że projektujesz?
- Ja... sama nie wiem. Nie myślałam, że to ważne...
- Dziewczyno, masz ogromny talent! Cała komisja się ze mną zgodziła. Chcemy wykorzystać twoje projekty, o ile się zgodzisz.
  Serce zaczęło mi bić szybciej. Odkąd pierwszy raz namalowałam jakieś ubranie (a mogłam mieć wtedy jakieś osiem lat), marzyłam o karierze projektantki mody. Dlatego tak bardzo zależało mi na tej pracy. Chciałam być blisko prawdziwych projektantów z nadzieją, że kiedyś mnie odkryją. I stało się. Moja szefowa właśnie uznała moje projekty za genialne. 
- Oczywiście, że się zgadzam.
- To świetnie! A tak przy okazji, zwalniam cię.
  Mój dobry humor prysł jak mydlana bańka.
- Co? Dlaczego?
- Nie możesz się marnować jako moja asystentka. Od dziś zostajesz jedną z projektantów. 

  Ze szczęścia ledwo stałam na nogach. Chwiejnym krokiem weszłam do mieszkania. Cole już był, siedział w salonie i czytał jakąś gazetę. 
- Hej - powiedziałam. - Muszę ci coś opowiedzieć. 
  Kiedy skończyłam mówić, nie byłam pewna czy Cole się cieszy razem ze mną, czy też nie. Uśmiechnął się tylko raz i powiedział, że mi gratuluje, a później od razu poszedł do sojego gabinetu. 
  Na szczęście moje siostry i znajomi zareagowali zupełnie inaczej. Bardzo cię ucieszyli i chcieli nawet ze mną to oblać, ale ja oczywiście nie mogłam się na to zgodzić ze względu na dziecko. 
  Następne kilka miesięcy były dla mnie po prostu niesamowite. To po prostu cudowne, kiedy twoje marzenia się spełniają. Mogłam projektować i moje projekty były doceniane. To było wspaniałe.
  
  Na początku września musiałam iść na urlop macierzyński. Moje dziecko urodziło się dwudziestego drugiego września. Była to śliczna dziewczyna o zielonych oczkach, bladej skórze i jasnych włoskach. Moje siostry od razu uznały, że do złudzenia mnie przypomina. Była naprawdę przepiękna. Zakochałam się w niej, gdy tylko ją zobaczyłam. Kiedy tylko położono ją na mojej piersi, wiedziałam, że to najcudowniejszy dzień w moim życiu. Nigdy nie byłam taka szczęśliwa. Kiedy spotykałam się z Jacksonem. Kiedy poznała Cole' a. Kiedy mi się oświadczył. Kiedy wzięliśmy ślub. Kiedy zostałam projektantką. Żadne z tych wspomnień nie jest tak szczęśliwe, jak moment, gdy na moim sercu leżała moja maleńka córka. Dałam jej na imię Suzanne.

środa, 28 sierpnia 2013

Rozdział 56

  Następne parę miesięcy były najcudowniejszym czasem odkąd skończyłam szkołę. Mój związek z Cole' em po prostu rozkwitał. Po prostu wiedziałam, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Wszystko toczyło się bardzo szybko. Już w listopadzie Cole mi się oświadczył, a w styczniu wzięliśmy ślub. Tępo naszego związku nie bardzo podobało się mojej siostrze, która uważała, że pół roku to za mało czasu, żeby wiedzieć, że chce się z tą osobą spędzić całe życie. Ale kiedy ja w i e d z i a ł a m, że Cole to ten jedyny. Odkąd zerwałam z Jacksonem, nie sądziłam, że będę w stanie kiedykolwiek kogoś tak pokochać, a jednak mi się to udało. Byliśmy swoimi bratnimi duszami. Jedyna sprawa, w której się nie zgadzaliśmy, to dzieci. Cole nie chciał ich mieć, a ja wręcz odwrotnie. Stwierdziłam jednak, że na razie nie mam co sobie tym głowy zawracać. 

  Oczywiście się myliłam. 

  Był marzec, kiedy zdałam sobie z tego sprawę. Byłam tak przerażona, że kiedy tylko Cole wrócił z pracy do naszego mieszkania, zaczęłam płakać. Na początku starał się mnie pocieszyć, a później próbował ze mnie wyciągnąć, co się stało. W końcu zebrałam się na odwagę i wyjawiłam mu prawdę. 
  I nic. 
  Nie odezwał się. Po prostu poszedł do swojego gabinetu, milcząc. Nie powiedział do mnie ani jednego słowa. Już bym wolała, gdyby się zdenerwował. Jego obojętność mnie przerażała. 
  Następnego dnia postanowiłam pogadać z Isabell. Nie wiedziałam dlaczego akurat z nią, ale czułam ogromną potrzebę właśnie jej się zwierzyć. Była sobota, więc nie pracowałam. Cole wyjechał gdzieś z samego rana, nie mówiąc mi gdzie się wybiera. Z tego co wiedziałam, to moja siostra miała dzisiaj próbę ze swoim zespołem. Wyszłam z mieszkania i wsiadłam do taksówki.
  Na miejsce dojechałam w dziesięć minut. Mieli próbę w studiu na obrzeżach miasta. Zapłaciłam taksówkarzowi i podeszłam do wejścia. Chyba bałam się jeszcze bardziej niż wczoraj. Zdawałam sobie sprawę, że Is będzie na mnie zła. Miałam dopiero dwadzieścia lat, a już zaszłam w ciążę. Niepewnie otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Przeszłam kawałek, zanim dotarłam do sali, w której mieli próby. Akurat w tej chwili nie grali. W środku siedzieli tylko moja siostra i Percy.
- Hej - powiedziałam, wchodząc. - Nie przeszkadzam?
  Odwrócili się i uśmiechnęli do mnie.
- O, Sara. Jasne, że nie. 
  Podeszłam do nich. Usiadłam naprzeciwko Isabell.
- Percy, mógłbyś nas na chwilę zostawić same? 
- Nie ma sprawy. Zakładam, że macie do obgadania jakieś babskie sprawy, więc się wynoszę.
  Posłał mi przyjazny uśmiech i odszedł. Przez chwilę siedziałyśmy w zupełnym milczeniu.
- O co chodzi? - zapytała w końcu moja siostra. 
  Spuściłam wzrok. Dłonie zaczęły mi drżeć.
- Ja... Nie wiem jak ci to powiedzieć.
- Najlepiej po angielsku.
  Strzepnęłam jakiś pyłek ze spodni. 
- Isabell... Ja... jestem w ciąży...
  Moja siostra na początku patrzyła na mnie z taką miną, jakby to był żart. Później jednak spoważniała i strasznie zbladła.
- Co?
- Jestem w ciąży - powtórzyłam.
- Ale chyba nie... nie z Cole' em?
  Przewróciłam oczami.
- A z kim jak nie z nim? - Pokazałam na obrączkę na serdecznym palcu lewej ręki. - On jest moim mężem. Jestem w ciąży z Cole' em.
  Sama nie wiem dlaczego w tym momencie spojrzałam na drzwi. Kiedy Percy wychodził, nie zamknął ich i teraz ktoś tam stał. Po chwili poznałam tę osobę. 
  J a c k s o n  W a r d.
  Zapewne słyszał każde moje słowo. 
  Poczułam jak coś mnie ściska w brzuchu. I to bardzo, bardzo mocno. Najchętniej bym teraz zwymiotowała i to nie miało nic wspólnego z tym, że byłam w ciąży. Moje oczy automatycznie się zaszkliły. Miałam ogromną ochotę zwinąć się w kłębek i ryczeć. 
  Tylko dlaczego? Dlaczego tak mi przeszkadzało, że Jackson dowiedział się, że jestem w ciąży? Przecież nie był już dla mnie nikim ważnym. A przynajmniej tak myślałam, zanim go zobaczyłam. Odkąd byłam z Cole' em byłam szczęśliwa i nie myślałam o nim. Ale teraz... Wszystko wróciło. Wszystkie wspomnienia, uczucia...
  Pierwszy raz go zobaczyłam. Patrzył na mnie, kiedy siedziałam na swojej pierwszej kolacji w Akademii Magii. 
  Nasza pierwsza długa rozmowa. Szlaban u Been. Długo gadaliśmy, bo szybko skończyliśmy pracę. Czułam, że mogłabym z nim rozmawiać bez końca.
  Pierwszy raz mnie pocałował. Początek przerwy świątecznej. Podbiegł do mnie, kiedy szukałam Kristin na przystanku. A potem życzył mi wesołych świąt.
  Pierwsza randka. Siedzieliśmy w kapsule niewidzialności przy małym stoliku. Było okropnie romantycznie.
  Moja ucieczka z domu. Oczywiście do niego. Był dla mnie wtedy taki opiekuńczy. Troszczył się o mnie. 
   Nasze urodziny. Odwiedził mnie wtedy w domu i... Po prostu byliśmy ze sobą.
   Wszystkie spotkania, rozmowy, radości, smutki. Naglę w głowie zaczęła mi latać piosenka Nirvany "Something in the way", pierwsza piosenka przy której razem tańczyliśmy. Mój Boże, tyle razem przeżyliśmy...
  Nasze spojrzenia się spotkały. Przez kilka sekund wpatrywałam się w jego czekoladowe oczy. Byłam pewna, że widzi moje łzy. I wtedy sobie uświadomiłam, że go kocham. Kochałam Jacksona Warda. Mimo że zerwaliśmy kilka lat temu. Mimo że miałam już męża i byłam w ciąży. Mimo że Jackson mnie tak mocno zranił. Kochałam go. I nic tego nie zmieni.
  Jackson odwrócił wzrok i odszedł. Spojrzałam na podłogę.
- Ziemia do Sary! - Isabell szturchnęła mnie lekko. - Hej, jesteś?
- Co? Aaa... jestem. Coś mówiłaś?
- Czy już mu mówiłaś?
- Komu?
- Cole' owi! A komu innemu? 
- A, no tak. Przepraszam, zamyśliłam się.  Wie, ale niezbyt się ucieszył.
- On na ciebie na zasługuje, Saro.
- A kto zasługuje? 
  Jeszcze chwilę rozmawiałyśmy, aż do sali wszedł Will, mówiąc, że za chwilę zaczynają próbę. Zaproponował, żebym została, ale nie mogłam tego zrobić. Nie była w stanie patrzeć prze jakąś godzinę na Jacksona. Wyszłam, a w drzwiach minęłam się z Wardem. Wiedziałam, że na mnie patrzy, ale specjalnie odwróciłam wzrok. Pojechałam do domu. 

niedziela, 25 sierpnia 2013

Rozdział 55

- W tej wyglądasz jak prostytutka - skomentowała Isabell, kiedy pokazałam jej krótką, czerwoną sukienkę. 
- Nie ma to jak szczera siostra - prychnęłam.
- Ja staram się ci tylko pomóc. - Posłała mi słodki uśmiech. - Ta też nie! Jest zbyt dziecinna.
  Kolejna sukienka wylądowała na kupie ubrań, których kategorycznie nie mogłam nałożyć. Szykowałam się właśnie na pierwszą oficjalną randkę z Cole' em, a Isabell mi pomagała, bo, jak stwierdziła, ja sama sobie nie poradzę. I właściwie miała rację. Nie miałam zielonego pojęcia co na siebie włożyć. 
- Ale ta jest ładna...
- Nie, Saro. Masz wyglądać p o w a ż n i e. Ten koleś jest grubo starszy. Nie może to wyglądać, jakbyś była jego sporo młodszą siostrą.
- Dobra, to może zamiast mnie krytykować, sama mi coś wybierzesz? 
  Isabell podeszła do mojej szafy i wyciągnęła z niej czarną, koronkową sukienkę. Była dość elegancka, ale równocześnie jak najbardziej nadawała się na pierwszą randkę. Wzięłam ją do ręki i natychmiast poszłam do łazienki się przebrać. Chwilę później weszła Isabell i podała mi czarne kolczyki. Następnie zaczęła mnie malować tak, żebym wyglądała poważnie. Zajęło to nam jakieś dwadzieścia minut. 
  Stanęłam przed lustrem. Wyglądałam całkiem dobrze, co oczywiście zawdzięczałam mojej siostrze. Poczułam motylki w brzuchu. Boże, tak dawno byłam na randce. Odkąd skończyłam szkołę, spotykałam się może z trzema facetami. Zwłaszcza że przeprowadziłam się na inny kontynent i nie znałam tu prawie nikogo.
- Wyglądasz ślicznie - powiedziała Is. 
- Dzięki. Ale tak w ogóle, to kiedy ty będziesz się zbierała na randki?
  Isabell uśmiechnęła się łobuzersko.
- Skąd wiesz, że już się z kimś nie umawiam?
  Zatkało mnie.
- Dlaczego mi o niczym nie powiedziałaś?! Wszystko przede mną  ukrywasz!
- Więc już nie będę i powiem ci jeszcze, że Jessica też sobie kogoś znalazła. A właściwie razem ich znalazłyśmy. To bracia. Mój nazywa się Justin i jest superprzystojny. Jej to Andy. Mają też brata przyrodniego, którego jeszcze nie poznałam, więc jak ci nie wyjdzie z Cole' em to może cię z nim zeswatam.
- Na razie planuję, że wyjdzie mi z Cole' em.
  I wtedy usłyszałyśmy dźwięk dzwonka. Poczułam jak coś ściska mnie w brzuchu. Isabell uśmiechnęła się i powiedziała:
- Lepiej idź otwórz.
  Zrobiłam, co mi kazała. Oczywiście za drzwiami stał Cole. Dzisiaj wyglądał wyjątkowo ładnie. Miał na sobie koszulę w kratę i ciemne dżinsy.
- Wow - powiedział, przyglądając się mi. - Wyglądasz ślicznie. 
  Lekko się zaczerwieniłam. 
- Dziękuję.
  Cole podał mi czerwoną różę. Wzięłam ją i podziękowałam. Włożyłam ją do flakonu, który już wcześniej przygotowałam
- Gotowa?
- Oczywiście.

  Pół godziny później siedzieliśmy w jakiejś bardzo romantycznej restauracji. Kelnerka podeszła do nas i podała menu, a ja czułam motylki w brzuchu. Cole zamówił jakieś mięso, a ja czułam motylki w brzuchu. Ja zamówiłam jakieś danie wegetariańskie, czując motylki w brzuchu. Ogólnie, trochę się stresowałam.
- I butelkę czerwonego wina - powiedział Cole.
  Kelnerka odeszła, zostawiając nas samych. Przez chwilę panowała cisza, ale zaraz znaleźliśmy jakiś temat do rozmów. Oczekiwanie na posiłek minęło nam bardzo szybko. Spojrzałam na kolację Cole' a. Mięso. Zrobiło mi się słabo.
- Nie jesz mięsa? - zapytał.
- Jestem wegetarianką. 
- Przepraszam. Nie wiedziałem.
- Nie szkodzi. 
  Obok nas przeszła jakaś para. Mężczyzna miał na ręku wytatuowane imię  Jacqueline, zapewne tak się nazywała jego dziewczyna. Kiedy tylko odeszli z pola widzenia, Cole się odezwał:
- To strasznie głupie.
- Co?
- Robienie sobie tatuaży z imieniem swojego partnera. To takie dziecinne. Zresztą nie wiadomo, czy zostanie się z tą osobą na zawsze. 
  Automatycznie zakryłam nadgarstek swojej prawej ręki. Widniał na nim napis Jackson. Na pewno nie spodobałby się Cole' owi. 

  Reszta randki minęła naprawdę dobrze. O godzinie dwudziestej drugiej, Cole zaproponował, że podwiezie mnie do domu. Kiedy weszłam do mieszkania, rzuciłam się na łóżko. Miałam ochotę skakać z radości. Już dawno nie byłam taka szczęśliwa. Ostatnio chyba, kiedy...
  Kiedy jeszcze byłam z Jacksonem.

sobota, 24 sierpnia 2013

Rozdział 54

  Minął kolejny rok. W międzyczasie wyprowadziłam się od matki. Razem z siostrami przeprowadziłyśmy się do Los Angeles. Zamieszkałam w małym mieszkanku w centrum miasta, a moje siostry mieszkały parę przecznic dalej. Zaczęłam pracę w jednym z bardziej znanych domów mody jako asystentka dyrektorki firmy - Elli Harington. Do moich obowiązków należało odbieranie telefonów, umawianie na rozmowy, a także robienie szefowej kawy. Zawsze to jednak jakiś początek. Najważniejsze że mogłam się obracać w towarzystwie projektantów. Może kiedyś, kto wie, zostanę zauważona i będę mogła projektować.
  Isabell rozstała się z Jacksonem z nieznanych mi powodów. Mimo to nadal się przyjaźnili. Moja siostra tak jak zawsze marzyła, założyła zespół razem z Willem, Percym i Jacksonem. Zespół nazwali Tabernakulum. Grali naprawdę świetnie: Percy na perkusji, Will na basie, Jackson na gitarze, a Isabell oczywiście była wokalistką, chociaż czasami też grała na gitarze. W ciągu paru miesięcy zdobyli już niezłą sławę.
  Jessica została dziennikarką. Zaczęła pracować w redakcji, a jej kolumna szybko zyskała ogromną popularność. Pisała naprawdę dobrze, a ja nigdy wcześniej nie wiedziałam o jej talencie. Nie miałam pojęcia, że chciała być dziennikarką. W każdym bądź razie została nią i radzi sobie doskonale.
  Kate zaręczyła się z Willem. Zamieszkali razem i zaczęli planować ślub. Są bardzo szczęśliwi, co widać od razu, gdy się na nich spojrzy. Kate została menadżerem zespoły jej narzeczonego.
  Maddy poznała chłopaka o imieniu Cody. Zaczęli się spotykać i jak na razie dobrze im się układało. Maddy zaczęły nagrywać jakieś filmy. Mówiła, że chce zostać reżyserem. 
  Najbardziej jednak zadziwiła mnie Samanta, która znalazła sobie nowego chłopaka. Sam ten fakt nie był dziwny, bo Sam była śliczną i inteligentną dziewczyną. Dziwne było to, że tym chłopakiem był Jason Simpson, starszy brat Katheriny. Nigdy wcześniej nie zauważyłam, żeby jakoś specjalnie się kolegowali, a tu proszę. Ale to nie ważne. Cieszę się, że są razem szczęśliwi i że im się tak dobrze układa. Sam została makijażystką, ale nie taką zwyczajną. Malowała aktorów, piosenkarzy, dziennikarzy. Zawsze była w tym niesamowicie dobra, więc nic dziwnego, że się tym zajęła. 
 
  We wtorek jak zwykle zjawiłam się o dziewiątej w gabinecie mojej szefowej. Usiadłam przy swoim biurku i wykonałam kilka telefonów. Następnie udałam się załatwić jedną sprawę z jakąś tam projektantką. Kiedy wróciłam, od razu dostałam nową robotę.
- O, Sandra, dobrze, że jesteś.
- Sara.
- Nieważne. Pojedź teraz do sądu i znajdź mi prokuratora Cole' a Toya. On da ci dla mnie jakieś papiery. 
  Spojrzałam na nią ze zdziwieniem, ale jej wzrok mówił, że nie mogę zadawać żadnych pytań. 
- Dobrze, proszę pani.
- Nie musisz się spieszyć. Będę potrzebowała tej teczki dopiero o jedenastej trzydzieści. Możesz mi ją przywieść nawet chwilę przed tą godziną.
- Dobrze, proszę pani - powiedziałam, wychodząc.
  Wsiadłam do taksówki i pojechałam w stronę sądu. Podróż trwała jakieś piętnaście minut. Wyszłam z samochodu, zapłaciłam i weszłam do budynku. 
- Przepraszam? - zaczepiłam jakąś kobietę. - Gdzie mogę znaleźć Cole' a Toya? 
  Kobieta szybko udzieliła mi instrukcji, jak dojść do jego gabinetu. Kierując się jej wskazówkami, poszłam na pierwsze piętro, skierowałam się w lewo i podeszłam pod trzecie drzwi. Zapukałam i weszłam do środka.
  W gabinecie siedział przy biurku wysoki, bardzo przystojny mężczyzna o ciemnych włosach i lekkim zaroście. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Nieśmiało uśmiechnęłam się do niego.
- Dzień dobry - przywitałam się. - Szukam Cole' a Toya.
- To ja.
- Przysłała mnie Ella Harington.
- Ach, rozumiem. - Podniósł jakąś kopertę. Wstał i podał mi ją. - To dla niej.
- Dziękuję - powiedziałam, odwracając się. Już miałam się pożegnać, kiedy ona się odezwał:
- Może cię odprowadzić?
  Spojrzałam na niego, zaskoczona. 
- Nie trzeba. Na pewno jest pan bardzo zajęty...
- Tak się składa, że nieszczególnie. Nalegam.
- Jeżeli tak, to muszę się zgodzić. 
  Uśmiechnął się do mnie i razem wyszliśmy z jego gabinetu. Przeszliśmy kawałek w milczeniu.
- Coś tu jest nie tak - powiedział w końcu Cole.
- Co?
- Ty wiesz jak ja się nazywam, a ja nie mam pojęcia jak ty.
  Zarumieniłam się.
- Przepraszam, powinnam się przedstawić. Sara Linares. 
  Resztę drogi przeszliśmy, cały czas rozmawiając. Naprawdę dobrze się z nim dogadywałam i bardzo żałowałam, że doszliśmy do wyjścia. Stanęliśmy na schodach. Spojrzałam na zegarek. Dziesiąta piętnaście. 
- A może... - zaczął Cole, ale przez chwilę się zawahał.
- Tak?
- Może masz ochotę na kawę?
  Naprawdę zdziwiła mnie ta propozycja. Praktycznie się nie znaliśmy, a on ot tak zaprosił mnie na kawę. Ale co tu ukrywać, facet bardzo mi się podobał i chciałam spędzić z nim trochę więcej czasu. 
- Tak, mam ochotę na kawę.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Rozdział 53

  Był sierpień. Siedziałyśmy z bliźniaczkami w salonie, oglądając telewizję. Dziewczyny już zaczęły ze mną rozmawiać, jednak nie byłyśmy znów ze sobą tak blisko jak wcześniej. Nagle do pokoju weszła Diana. Uśmiechnęła się do nas przyjaźnie, czego nigdy wcześniej nie robiła i powiedziała:
- Mamy gościa!
  Wymieniłyśmy znaczące spojrzenia. Kto mógłby nas odwiedzić? Ojciec? Nie, wtedy matka by się tak nie cieszyła. Nikt inny nie przychodził mi do głowy.
  I wtedy w progu stanęła najokropniejsza dziewczyna jaką w życiu widziałam. Była średniego wzrostu, miała oliwkową cerę i jasne włosy. Ubrana była cała na różowo, a na twarzy miała chyba tonę makijażu. Gdy tylko ją ujrzałam, pożałowałam, że wcześniej zjadłam ciastka. 
- To wasza siostra Lola.
  Nasza siostra... Jezu, kiedy ja ostatnio widziałam którąś z sióstr, mieszkających z ojcem. Chyba jakieś dwa lata temu. Alice. A Lola? Szczerze mówiąc nawet nie pamiętałam jej z dzieciństwa. Alice kiedyś wspominała, że inne siostry są słodkimi laleczkami, ale nie sądziłam, że aż tak. Spojrzałam na bliźniaczki. Chyba myślały o tym samym, co ja. 
- Cieszycie się, prawda? - zawołała Diana. - Żebyście się do siebie zbliżyły, przygotowałam wam wspólny pokój na czas pobytu u nas Loli. Na strychu. Zaprowadźcie swoją siostrę na górę.
  Nie chciałyśmy z nią dyskutować, więc w milczeniu poszłyśmy na strych. Kiedy tylko się tam znalazłam, stanęłam jak wryta. 
  To już nie był zwykły strych. To królestwo różowej laleczki Barbie. Wszystko tu było różowe. Ściany, podłoga, meble. Jessica wydała głośny jęk. Isabell podeszła do swojego łóżka. Z zazdrością spojrzałam na kilka plakatów z jej ulubionymi zespołami, które zakrywały tę paskudną ścianę. Przy moim łóżku był tylko jeden plakat. Johnny Depp.
- Gdzie jest mój plakat z Davem? - wrzasnęła Jessica. 
- Z tym długowłosym chłopakiem? - zapytała Lola, a moja siostra kiwnęła głową. - Kazałam go schować, bo się go bałam.
  Jessica wpadła w szał. Nikt nie miał prawa dotykać jej plakatów, nawet Isabell. A jeżeli dotknęła go Lola, to jej życie niedługo się zakończy. 
 
  Po trzech dniach z tą lalunią, czułam się jak po praniu mózgu. Kiedy tylko wyszła ze strychu, Isabell szepnęła:
- Wynośmy się stąd.
  Westchnęłam.
- Niby dokąd? Nie mamy gdzie...
- Do Jacksona.
  Czułam się, jakby mnie oblała lodowatą wodą. Nie dość, że chodziła z moim byłym, to jeszcze teraz mówi, żebyśmy wszystkie trzy do niego uciekły. Okej, wiem, że chciała dobrze, ale to jest bardzo skomplikowane. Chyba zauważyła, że nie jestem przekonana, bo zapytała:
- Masz lepszy pomysł?
- Nie...
- No właśnie. Albo się zgodzisz, albo zostaniesz z tą Barbie. Decyduj.
  No to mi dała wybór. Nie było innego wyjścia, tylko się zgodzić. 

  Pod dom Jackson dojechałyśmy autostopem. Isabell zadzwoniła do drzwi. Otworzył po jakiejś minucie. Na nasz widok chyba bardzo się zdziwił. Zwłaszcza na mój widok. Chwilę patrzył się na mnie, ale ja od razu odwróciłam wzrok. 
- Co się stało?
  Isabell mu wszystko wytłumaczyła. Oczywiście zaprosił nas do środka. Usiadłyśmy w kuchni, a Jackson zrobił nam herbatę. Przez chwilę rozmawialiśmy (to znaczy oni rozmawiali, ja siedziałam cicho, starając się nie patrzeć na swojego byłego chłopaka), a później Jackson zaprowadził bliźniaczki do pokoi, w których miały spać. Następnie poszedł ze mną do jednej z sypialni. Dobrze wiedziałam co to za pokój. W nim spałam, kiedy uciekłam z domu po raz pierwszy. Sypialnia Jacksona. Nie miałam pojęcia, dlaczego przydzielił mi właśnie ten pokój. 
  Długo leżałam, nie mogąc zasnąć. To wszystko mnie przerastało. Kiedy ostatni raz spałam w tym łóżku byłam szczęśliwie zakochana, a teraz... Śpię w łóżku chłopaka mojej siostry. Poczułam jak do oczu napływają mi łzy. Nie mogłam usiedzieć w pokoju, więc wyszłam i udałam się na balkon. Bardzo dobrze pamiętałam, jak do niego dojść. Było to moje ulubione miejsce w całym domu Jacksona. 
  Stanęłam przy barierce i spojrzałam w gwieździste niebo. Uwielbiałam to robić, kiedy byłam tu ostatnio, ale Jackson często mi na to nie pozwalał zbyt długo, bo byłam chora. Teraz mogłam stać tu do rana, bo nikt mi nie przeszkadza. A przynajmniej tak mi się wydawało.
- Nie jest ci zimno? - Usłyszałam za sobą męski głos. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, że to Jackson. 
- Trochę. 
  Podszedł do mnie i zdjął swoją bluzę. Podał mi ją.
- Dzięki - wymamrotałam, nakładając ją.
  Przez dłuższą chwilę trwała cisza. Oboje patrzyliśmy przed siebie, podziwiając gwiazdy. Poczułam gorąco. Jackson stał stanowczo za blisko.
- A gdzie twoja matka? - zapytałam nagle.
- Wyjechała do Polski. Zawsze chciała tam wrócić. Zostawiła mi dom, żebym się nim opiekował. Widzę, że jeszcze pamiętasz, co się gdzie znajduje.
- Byłam tu jakiś czas. A tak właściwie, dlaczego pozwoliłeś mi spać w swojej sypialni?
- Przeniosłem się do innej rok temu. A tamten pokój dałem ci dlatego, że... W sumie sam nie wiem dlaczego.
  Spojrzeliśmy sobie w oczy. Boże, jak ja za tym tęskniłam. Jego piękne czekoladowe tęczówki... Było mi gorąco, a on stał tak blisko. 
  Pocałuj go! odezwał się cichutki głosik w mojej głowie. Chcesz tego, Saro, bardziej niż czegokolwiek innego. Kochasz go. Po prostu mu to powiedz! On musi wiedzieć co czujesz!
  Patrzyłam na niego, zdając sobie sprawę, że oczywiście, chcę tego najbardziej na świecie. O niczym innym nie marzę, tylko o pocałowaniu go tutaj, na tym balkonie w tę cudowną gwieździstą noc. I żeby później mi powiedział, że on także nigdy nie przestał mnie kochać. 
  Nie. 
  Nie mogę tego zrobić. 
  Nie mogę tego zrobić znowu Isabell. 
  Już jednego chłopaka jej odbiłam, jak mogłabym to zrobić ponownie, kiedy w końcu mi wybaczyła? Tak, kochałam Jackson i pewnie nigdy nie przestanę kochać, ale zerwałam z nim. Teraz Isabell jest z nim jest. I są szczęśliwi. Kochają się i kto wie, może są sobie przeznaczeni, a ja tak po prostu bym to zepsuła.
  Odsunęłam się od Jacksona. 
- Chyba powinniśmy zostać przyjaciółmi - powiedział.
  Przyjaciółmi?! Równie dobrze mógłby mnie zrzucić z tego balkonu. Przyjaźń to ostatnie czego dla nas chciałam.
- Tak, masz rację. Chyba już pójdę spać. 
  Odeszłam i zobaczyłam, że przy drzwiach do balkonu stała Isabell.
- Dobranoc - powiedziałam i poszłam do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku i pozwoliłam łzom powoli spływać po moich bladych policzkach.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Rozdział 52

  Otworzyłam oczy, ale wciąż widziałam jedynie ciemność. Dopiero po paru sekundach zaczęłam cokolwiek widzieć, ale obraz nadal był niezbyt ostry. Byłam w jakimś białym pokoju. Czyżby w gabinecie pielęgniarki? Chyba tak. Naprzeciwko mnie stało krzesło, a na nim siedział jakiś chłopak. Nie wiedziałam kto to. Chciałam mu się lepiej przyjrzeć, ale kiedy próbowałam się skupić, strasznie bolała mnie głowa. Zamknęłam oczy.

  Kiedy się obudziłam, była już dziesiąta. Leżałam w łóżku, a obok mnie stała pielęgniarka. Rozejrzałam się wokoło, chcąc zobaczyć tego chłopaka, ale nikogo więcej tu nie było. 
- Linares, dobrze, że się obudziłaś. Jak się czujesz?
- Całkiem nieźle. Proszę pani, czy wcześniej był tu jakiś chłopak?
  Pielęgniarka przez chwilę milczała. 
- Nie, nikogo tu nie było - odpowiedziała w końcu, ale jej głos nie był zbyt pewny.
- Ale ktoś musiał mnie przynieść z lasu, prawda? Kto to był?
  Ale ona już wyszła. 
  Zaczęłam się zastanawiać nad tym wszystkim. Pamiętałam jak przez mgłę, że poszłam z Tomasem do lasu, a on tam mi zrobił awanturę. Później mnie uderzył. Upadłam i straciłam przytomność. A potem się obudziłam i widziałam tego chłopaka.
  A może się nie budziłam? Może to mi się przyśniło. Może wcale nie widziałam tego chłopaka. W sumie kto mógłby mnie odwiedzać? Tomas? On przecież mnie nienawidził. Mike? Nie wydaje mi się, ale może. Obiecałam sobie, że się go o to zapytam, jak tylko tu przyjdzie. 
  I właśnie w tej chwili wszedł do sali. Uśmiechnął się do mnie słodko i podszedł do łóżka, na którym leżałam. Przyniósł mi malutki bukiecik kwiatów. Postawił do w wazonie na szafce.
- Dzięki - powiedziałam.
- Nie ma sprawy. Jak się czujesz?
- W miarę dobrze. Nie jesteś na mnie zły, że cię wczoraj zostawiłam?
- Szczerze mówiąc, najpierw byłem. Ale później jak się dowiedziałem, co ci się stało, to mi przeszło. 
  Przez jakiś czas trwała cisza. Nagle przypomniałam sobie, o co miałam go spytać.
- Byłeś u mnie już wcześniej?
- Nie, dopiero teraz. A co?
- Nic, tak tylko pytam...
  Czyli to nie Mike. Więc kto? Oczywiście nadal pozostała możliwość, że to tylko sen, ale jakoś nie chciałam w to wierzyć.Coś mi mówiło, że to bardzo ważne, kto siedział wtedy na tym krześle. 
  Kiedy tylko Mike poszedł, do sali wpadły moje przyjaciółki. Były przestraszone, widać to było na pierwszy rzut oka. Maddy miała czerwone policzki, a Samancie lekko trzęsły się dłonie. Podeszły do mnie i zaczęły mnie ściskać. 
- Boże, Sara, nic ci nie jest? - zapytała Sam.
- Tak strasznie się martwiłam... - oznajmiła Maddy.
- Jak tylko zobaczę tego Tomasa, to go zamorduję. - Kate przytuliła mnie najmocniej z nich wszystkich. 
- Ej, już dobrze, uspokójcie się! - Uśmiechnęłam się do nich. - Wszystko jest okej. 
- Nie, Saro, nie jest! Ten Tomas jest jakiś psychiczny! Żeby uderzyć dziewczynę? Trzeba być kompletnym dupkiem! 
- To już nie ważne. Wiecie może, kto mnie tu przyniósł?
  Nastąpiła chwila ciszy. Maddy i Kate patrzyły na mnie i pokręciły głowami. Sam odwróciła się i spojrzała w okno. Nic nie mówiła. Po prostu gapiła się na  ptaka siedzącego na drzewie. Zlustrowałam ją wzrokiem.
- Sam?
  Nie zareagowała.
- Samanto?
  Znów nic. 
- Sam! Wiesz coś czy nie?!
  Moja przyjaciółka odwróciła się.
- Ja? 
  Świetnie, zaczęła udawać idiotkę, To znaczy, że na pewno coś ukrywa. 
- Samanto Silverstone, w tej chwili masz mi powiedzieć co wiesz!
  Nadal gapiła się na mnie, udając, że nie ma pojęcia, o czym mówię. 
- Ale ja nic nie wiem! Po prostu ten ptak był taki...
- SAM! 
  Ona tylko się uśmiechnęła.
- Nic nie mogę ci powiedzieć, Saro, naprawdę. Przykro mi, ale ode mnie się niczego nie dowiesz. Zresztą muszę już iść. Na razie!
  Wyszła z sali. Po minach Madeline i Kate wywnioskowałam, że są tak samo zdezorientowane jak ja. 

  Leżałam na łóżku, myśląc o tym wszystkim. Samanta nie powiedziała mi czegoś bardzo ważnego, byłam tego pewna. Może wiedziała, jaki chłopak siedział na tym krześle. Tylko dlaczego nie chciała mi nic powiedzieć? Przecież to nie ma sensu. Kto musiał to być, żeby moja przyjaciółka nie mogła mi zdradzić prawdy? Jedno jest pewne. Prędko się tego nie dowiem.

sobota, 10 sierpnia 2013

Rozdział 51

  Wakacje minęły bardzo szybko. Zaczął się rok szkolny. Inni uczniowie już zapomnieli, jak okropną jestem dziewczyną i znów stałam się jedną z najpopularniejszych osób w szkole. W końcu otrząsnęłam się po rozstaniu z Jacksonem i zaczęłam się spotykać z innymi chłopakami. Z żadnym jednak nie pochodziłam zbyt długo. Zwykle zrywałam z nimi po jakimś miesiącu. Moje życie stało się dość monotonne. Zajęcia, przyjaciółki, chłopak, nauka. Tej ostatniej był teraz sporo, bo to mój ostatni rok w Akademii i czekają mnie bardzo trudne egzaminy. Dni mijały mi zatem bardzo szybko i ani się obejrzałam i kończył się już maj. Ostatnich kilka dni poświęciłam zupełnie nauce. Kułam wszystko, mając nadzieję, że coś zapamiętałam. Moje współlokatorki robiły to samo. 
  Egzaminy rozpoczęły się w poniedziałek. Pierwszy był z dziejów magii i teorii magicznej. We wtorek był z eliksirów i zaklęć, środa wróżbiarstwo i magiczna biologia, a w czwartek każdy uczeń posiadający specjalny dar (a rzadko się zdarzało, żeby ktoś go nie miał) miał z niego indywidualny egzamin. W piątek chętni mogą zdawać z dodatkowych przedmiotów, takich jak na przykład wiedza o magicznych istotach. Oczywiście ja nie jestem chętna. Wydaje mi się, że, nie licząc pierwszego dnia, egzaminy poszły mi w miarę dobrze. 
  Jak nakazuje tradycja, w sobotę miała odbyć się dyskoteka, na którą mieli przyjechać absolwenci. Miałam  się na nią wybrać z Tomasem Greenem, ale kilka dni przed stwierdziłam, że wolę kogoś innego. Powiedziałam mu, że nie chcę iść z nim i chyba całkiem nieźle to przyjął. Umówiłam się z Mike' iem Smithem. 

  W sobotę o osiemnastej zaczęłam się zbierać. Dyskoteka zaczynała się za godzinę, a ja nawet nie wiedziałam, w co chcę się ubrać. Maddy miała ten sam problem. Kate i Sam już dawno wybrały sukienki, dlatego teraz pomagały nam w tym trudnym zadaniu. Po jakiś trzydziestu minutach zdecydowałyśmy, że najlepiej będę wyglądać w czarnej sukience na ramiączka, którą dostałam ostatnio na gwiazdkę od taty. Madeline nałożyła niebieską sukienkę w kwiatki. 
  O osiemnastej czterdzieści pięć przyszedł po mnie Mike. Wyszliśmy razem i poszliśmy do sali gimnastycznej, która jak zwykle na dyskotekach wyglądała zjawiskowo. W tym roku na czarnych ścianach znajdowały się jedynie zapalone świeczki. Poza nimi, nie było włączone żadne światło, więc w środku panował bardzo romantyczny nastrój. Dyskoteka się jeszcze nie zaczęła, więc usiedliśmy przy jednym ze stolików i czekaliśmy, aż przybędą wszyscy goście. Siedzieliśmy, rozmawiając spokojnie, kiedy drzwi do sali otworzyły się i weszło kilka osób. Jakaś piątoklasistka, pewien czwartoklasista ze swoją dziewczyną i kilka absolwentów. I nagle dostrzegłam kogoś, kogo próbowałam unikać odkąd tu się zjawił. 
  Jackson Ward stał w drzwiach. Był chyba jeszcze bardziej przystojny niż kiedy go widziałam ostatnio. Miał na sobie ciemne spodnie i koszulę w kratę. Jego włosy były nieco dłuższe niż ostatnio, a na jego twarzy widniał szczery uśmiech. Za rękę trzymał Isabell. 
  Jęknęłam, gdy tylko ją zobaczyłam. Nie rozmawiałyśmy ze sobą, odkąd powiedziała mi, że chodzi z Jacksonem. A teraz stała tu w sali gimnastycznej i wyglądała po prostu pięknie. Miała na sobie przepiękną sukienkę, granatową bez ramiączek. Swoje czarne jak węgiel włosy spięła w kok. Jej zielone oczy błyszczały i oczywiście uśmiechała się do swojego chłopaka. 
  
  Chyba pękło mi serce.
  
  Mike popatrzył na mnie.
- Wszystko w porządku?
Szybko odwróciłam wzrok i spojrzałam na niego.
- Tak, po prostu się zamyśliłam.
  Cały czas myślałam tylko o tym, że moja siostra i mój były chłopak tańczą gdzieś razem, może się przytulają, może się całują... Nie potrafiłam się dobrze bawić. Nie potrafiłam się skupić jedynie na Mike' u. To wszystko był dla mnie za trudne. 
  Nagle podszedł do mnie Tomas. Uśmiechnął się krzywo i powiedział:
- Saro, moglibyśmy wyjść na chwilę.
Mike zmierzył go wzrokiem.
- Ona chyba jest teraz zajęta.
- Tylko na chwilę. Zaraz ci ją zwrócę. 
Mike niechętnie kiwnął głową. Ja też się zgodziłam, bo chętnie skorzystałam z okazji, żeby wyjść z tej sali i nie czuć obecności Isabell i Jacksona. Wyszliśmy na zewnątrz, ale nie zatrzymaliśmy się na korytarzu, Tomas szedł, milcząc. Wyszliśmy z budynku, ale on nadal nie stanął. Dopiero kiedy doszliśmy do lasu, gdzie nikt nas nie widział, zatrzymał się,
- O co chodzi? - spytałam.
- O co chodzi?! Nie wiesz o co chodzi?! 
  Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Naprawdę nie wiedziałam, o co chodzi.
- Powiedziałaś mi, że nie chcesz iść na dyskotekę! A teraz co?! Przychodzisz sobie z tym frajerem Mike 'iem. I myślisz, że ja ci to tak odpuszczę?!
- Powiedziałam, że nie chcę iść na dyskotekę z tobą, a nie że w ogóle nie chcę iść. Myślałam, że to zrozumiałeś.
- O czym ty, do cholery, mówisz?! Powiedziałaś, że nie chcesz iść! Myślisz, że możesz mnie tak zdradzać?! Jesteś zwykłą dziwką!
  Był wściekły. Widać było, że najchętniej by mnie udusił. Ja jednak zachowywałam spokój i starała się nie reagować na jego wyzwiska. Chociaż fakt, że nazwał mnie dziwką niezbyt mi się spodobał. 
- Tomas, po prostu się nie zrozumieliśmy. Ja z tobą zerwałam. Nie pasowaliśmy do siebie...
- Jak to nie pasowaliśmy?! Jesteśmy sobie przeznaczeni!
  Przewróciłam oczami. Ten facet był jakiś psychiczny.
- Nie, nie jesteśmy. Szczerze mówić, to lepiej dogaduję się z Mike 'iem.
 Ostatnio tak zrywałam z każdym chłopakiem, więc była to już moja stara śpiewka Tomasowi się jednak nie spodobała. 
- On na ciebie nie zasługuję! Ja na ciebie zasługuję!
  Boże, co za psychol. 
- Wiesz co, ja chyba już muszę iść...
- Nigdzie nie pójdziesz! -wrzasnął. A potem zobaczyłam jak podnosi rękę.
  Ostatnie co pamiętam to nagły ból. Później była tylko ciemność. 

piątek, 9 sierpnia 2013

Rozdział 50

  Rok szkolny skończył się szybko. Zaczęły się wakacje, więc pojechałyśmy do Hiszpanii. Tak jak się spodziewałam, było jeszcze gorzej niż zeszłym razem, bo nie dość, że matka i babcia doprowadzały mnie do szaleństwa, to jeszcze bliźniaczki się do mnie nie odzywały. Na dodatek z niewiadomych powodów tym razem babcia kazała nam spać w jednym pokoju, co oznaczało, że musiałyśmy przebywać w swoim towarzystwie bardzo dużo czasu. Nie wiem, która z nas bardziej cierpiała, ja czy Is.
  Piątego dnia pobytu u babci i nie wytrzymałam siedzenia w ciszy, więc poszłam się przejść po Barcelonie. Szłam sobie spokojnie po La Rambla, obserwując ulicznych artystów. Przystanęłam przy jednym z mimów i przez chwilę oglądałam jego występ. Facet był naprawdę dobry. Przyglądałam się mu z uśmiechem na twarzy, kiedy wpadł na mnie jakiś chłopak.
- Uważaj! -warknęłam.
- Och, przepraszam.
  Spojrzałam na niego. Na pierwszy rzut oka było widać, że stąd pochodzi. Był bardzo opalony, miał czarne długie włosy i ciemne oczy. Był dobrze zbudowany. Wyglądał na jakieś dziewiętnaście lat. No po prostu był cudowny.
- Nie, nic się nie stało. - Posłałam mu słodki uśmiech. 
- Jesteś tu na wakacjach?
  Kiwnęłam głową. 
- To pewnie nie widziałaś jeszcze wszystkiego. Może dasz się zaprosić na mały spacer?
  Tak, to trochę dziwne, że nieznajomy Hiszpan proponuję ci, że oprowadzi się po Barcelonie. Ale on był taki przystojny, że nie mogłam odmówić. Zresztą moja intuicja podpowiadała mi, że jest uczciwy.
- Jasne. A tak w ogóle jestem Sara, a ty?
- Pablo.
 - Pablo. Ładne imię.
- Dzięki.

  Cały dzień spędziłam z tym super przystojnym Pablo. Naprawdę dobrze się dogadywaliśmy. Okazało się, że był równie inteligentny jak piękny. A poza tym był też zabawny, uprzejmy i miły. Po prostu ideał. Mimo tego nie potrafiłam poczuć do niego coś więcej. Naprawdę chciałam, ale gdy tylko próbowałam spojrzeć na niego inaczej, widziałam Jacksona. Boże, co trzeba zrobić, żeby zapomnieć o chłopaku, który cię przecież tak skrzywdził?
- Może kiedyś przyjadę do Londynu - powiedział Pablo, kiedy siedzieliśmy na ławce, jedząc lody. - Oprowadzisz mnie po nim, prawda?
- Jasne - uśmiechnęłam się. - Ale póki co, to muszę wracać do domu. 
  Wstałam. Pablo również.
- Już?
- Obiecałam matce, że wrócę na kolację.
- To może przynajmniej cię odprowadzę, dobrze?
- Pewnie
  Po jakiś czterdziestu minutach doszliśmy do ulicy, na której znajdował się dom babci. 
- Dalej już pójdę sama. 
  Pablo nie był zbyt zadowolony. Przez chwilę się nad czymś zastanawiał. W końcu spytał:
- A co robisz jutro?
  Uśmiechnęłam się. Bałam się już, że o to nie spyta i musiałabym siedzieć cały dzień w domu. Tak będę miała wymówkę, żeby wyjść. 
- Przyjdź po mnie tutaj o 14. - Wyjęłam z torebki długopis i zapiałam mu na ręce mój numer telefonu. - Jak co to zadzwoń.
  Na twarzy chłopaka pojawił się uśmiech. Pożegnaliśmy się, a ja odeszłam w stronę domu babci. 

  Siedziałam w pokoju z bliźniaczkami. One oczywiście się do mnie nie odzywały, a ja nie śmiałam się odezwać do nich. Jessica malowała paznokcie, a Is pisała SMSa. Odkąd tu jesteśmy ciągle je dostaje. Bardzo chciałam wiedzieć, od kogo je dostaje, ale ciągle bałam się zapytać. Dzisiaj postanowiłam to zmienić. 
- Z kim tak zawzięcie esemesujesz? 
  Siostry spojrzały na mnie jak na wariatkę. Odezwałam się do nich pierwszy raz od kilku tygodni. Wymieniły znaczące spojrzenia, ale żadna nic nie powiedziała. 
- No chyba możesz mi powiedzieć.
  Isabell jeszcze przez chwilę się wahała, ale w końcu odparła.
- Z moim chłopakiem, Jacksonem Wardem
  Równie dobrze mogła mnie spoliczkować. Czułam jak coś we mnie pęka. Wiedziałam, że przy niej nie mogę okazać słabości, więc wyszłam do łazienki. Tam pozwoliłam moim łzom spokojnie spływać po policzkach.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Rozdział 49

 Loff loff. Znów dla mojej cudnej Normy. Ten ci się spodoba.

~*~*~

  Wyznam wam pewien sekret. Osoba całująca się z chłopakiem własnej siostry raczej nie cieszy się sympatią innych uczniów w szkole. Weźcie tę radę do serca, dobrze wam radzę, bo inaczej możecie skończyć tak jak ja. Od tego nieszczęsnego pocałunku mięło kilka dni i oczywiście wiedziała już o tym cała szkoła. Ludzie oczywiście wzięli stronę Isabell. Nie dziwię się im. Sama wzięłabym jej stronę. Teraz kiedy szłam korytarzem, nikt się do mnie nie odzywał. Widziałam, że gdy się odwracałam, wytykali mnie palcami i obgadywali mnie. Nawet moje przyjaciółki, mimo że znały całą historię (no i mimo że się ze mną przyjaźniły), uważały to co zrobiłam, za obrzydliwe. Oczywiście nie znienawidziły mnie, ale nie pomagały mi znieść tej sytuacji. Nie winiłam je za to. Przecież sama sobie na to zasłużyłam.
  Jedyną osobą, która mi pomagała był Kevin. Co za ironia, prawda? Bo przecież to jemu zniszczyłam życie najbardziej. Zaczął spędzać ze mną dużo czasu. Dużo rozmawialiśmy i pomagaliśmy sobie nawzajem: on mi znieść tę nienawiść, którą mnie darzono, ja mu porodzić sobie z odejściem Isabell. To że większość czasu spędzaliśmy razem spowodowało, że jeszcze bardziej mnie nie znoszono. Nie dość że miałam czelność się z nim całować, to teraz jeszcze ze sobą chodzimy. To znaczy ludzie mówili, że ze sobą chodzimy, ale czy tak naprawdę chodzimy, tego nie wiedziałam. Potrzebowaliśmy siebie. Zbliżyliśmy się do siebie. Ale czy byliśmy parą? Ja raczej się nie czułam, jak jego dziewczyna. A on nadal kochał Isabell.
  
A ja nadal kochałam Jacksona.

  Dzień przed wyjazdem absolwentów, umówiliśmy się w bibliotece. Przyszłam tam, jak zwykle mijając nienawidzących mnie ludzi. Kevin już na mnie czekał. Usiadłam obok niego.
- Hej - przywitał się. - Jak się czujesz?
- Tak samo jak zawsze. A ty?
- W miarę dobrze. Strasznie chciałbym się dzisiaj jeszcze zobaczyć z Is. To mój ostatni dzień w szkole, a muszę jej to wszystko wyjaśnić. Później raczej nie będę miał okazji.
- Może ci się uda. - Uśmiechnęłam się lekko. - Isabell nie może się gniewać w nieskończoność. Ona cię kocha.
- Kochała - poprawił mnie.
- Nie. Myślę, że nadal cię kocha. Nienawidzi cię za to co zrobiłeś, a raczej co ja zrobiłam, ale wciąż cię kocha. Nie da się tak po prostu przestać kochać kogoś, kto kiedyś był całym twoim życiem. Ja coś o tym wiem.
  I wtedy wszystko mi się przypomniało. Korytarz obok klasy zaklęć. Jackson i Penelopa. Pocałunek. 
  Poczułam ukłucie w brzuchu. Tak, mim wszystko nie przestałam go kochać, ale nie wybaczyłam mu. Mówiłam Kevinowi, że Isabell mu wybaczy, ale sama tego nie zrobiłam. Ale w sumie jest trochę inaczej. Jackson nawet nie starał się ze mną o tym pogadać. Właściwie to on udawał, że nie wie o co chodzi. Przeklęty kłamca! A Kevin się starał...
- A tak w ogóle... - Głos Kevina przywołał mnie na ziemię.  - wybierasz się gdzieś na wakacje?
- Chyba jedziemy do Hiszpanii, do babci.
- Tej, której nie znosicie, tak?
  Kiwnęłam głową.  No tak, Kevin wiedział dużo o mojej rodzinie, bo spotykał się z Isabell.
- A ty?
- Sam nie wiem. Chyba zostaję w Londynie.
  Siedzieliśmy jeszcze w bibliotece jakieś pół godziny. W końcu Kevin postanowił, że odprowadzi mnie do sypialni, a potem poszuka mojej siostry. Wyszliśmy z biblioteki i szliśmy powoli korytarzem. Ludzie oczywiście patrzyli na nas spode łba. Nie przejmując się tym doszliśmy a dół. Minęliśmy kilka klas i nagle Kevin się zatrzymał. 
- Ej, o co chodzi? - spytałam.
  Kevin spojrzał na mnie. Jego mina  wskazywała na to, że coś się stało.
- Yyy, zapomniałem czegoś z biblioteki. Może chodźmy...
- Nie kręć! O co chodzi?
- O nic. Po prostu tam nie patrz.
- Gdzie?
  Ale nie musiał odpowiadać, bo już zobaczyłam to, czego miałam nie widzieć. 
  Trochę dalej stał Jackson z Isabell. Całowali się.
  Nogi się pode mną ugięły. Złapałam Kevina za ramię. Szybko mnie złapał i zabrał stamtąd. Nie mam pojęcia jak długo szliśmy. Byłam w zbyt wielkim szoku, żeby mieć o czymkolwiek pojęcie. Zatrzymaliśmy się dopiero w mojej sypialni. Dziewczyn nie było w środku. Kevin posadził mnie na łóżku.
- Wszystko w porządku?
  I wtedy wybuchłam płaczem.