Już od kilku dni trwał marzec. Pogoda była przygnębiająca. Cały czas kropił deszcz, a śnieg zaczynał się topić, więc wszędzie było mokro. Okropnie mokro i brudno. Kilka dni temu były urodziny mojej matki, jednak wszystkie trzy zignorowałyśmy ten fakt. Dzisiaj była sobota, a ja umówiłam się na randkę z Jacksonem. Ubrałam się więc w coś ładnego i poszłam pod jadalnie. Jacksona jeszcze nie było. Usiadłam na ławce i czekałam. Minęło około pięciu minut, kiedy pojawił się mój chłopak.
- Cześć- powiedział, całując mnie w policzek.- Przepraszam za spóźnienie.
- Nie ma sprawy- odrzekłam, wstając. Jackson chwycił mnie za rękę. Poszliśmy w stronę wyjścia. Stała tam moja ulubiona profesor Been z profesorem McDower, nauczyciel teorii magicznej. Ominęliśmy ich, mówiąc "dzień dobry". Po jakimś czasie doszliśmy do małej ławeczki niedaleko jeziora. Usiedliśmy na niej.
- Saro- zaczął Jackson. Nie wiem dlaczego, ale był jakiś zdenerwowany.- Ostatnio byłem w Dronwood( wioska niedaleko Akademii) i zauważyłem w sklepie jedną rzecz. Stwierdziłem, że ci się spodoba.
Sięgną do kieszeni i wyją z niego srebrny pierścionek. Podał go mi.
- O mój Boże- szepnęłam.- Jest śliczny. Dziękuję.
Jackson nadal wydawał się być zdenerwowany. Po chwili powiedział:
- Saro, uważam, że...
I w tej chwili nałożyłam pierścionek. Poczułam ogromne ciepło, jakby coś mnie paliło od środka. Zauważyłam, że zaczyna się pojawiać obok mnie dym. Po chwili nic oprócz niego nie widziałam. Nie mogłam już znieść gorąca. Zacisnęłam pięści i zamknęłam oczy, czekając, kiedy ten ból minie. Na szczęście nie trwało to zbyt długo. Po chwili już nie czułam ciepła, a dym zaczął znikać. Kiedy już go nie było, Jackson zawołał:
- O Boże!
Coś zmusiło mnie do popatrzenia w dół. Ku mojemu przerażeniu nie miałam już na sobie niebieskiej spódnicy i białej bluzki. Ubrana byłam w jakąś okropną sukienkę ze średniowiecza.
- Co się stało?- zapytałam. Jackson patrzył na mnie ze zdziwieniem.
- Nie mam pojęcia- odpowiedział.- Lepiej zdejmij ten pierścionek.
Spróbowałam wypełnić jego rozkaz, jednak pierścionek nie miał zamiaru zejść.
- Nie mogę!- krzyknęłam z paniką w głosie.
- Powinniśmy iść do zamku- zaproponował Jackson.- Może Samanta będzie wiedziała coś na ten temat.
Poszliśmy do szkoły. Czułam na sobie spojrzenia ludzi. Nie za bardzo mi się to podobało. W końcu doszliśmy do mojej sypialni. Kiedy weszłam do środka, usłyszałam głos Maddy:
- Co ty za panny tu sprowadzasz, Jackson?- zaśmiała się.
- Maddy, to ja, Sara!
Dziewczyna wrzasnęła. Popatrzyłam na Katherinę. Wyglądała na zaszokowaną, podobnie jak Sam. Poszłam do łazienki i popatrzyłam w lustro. To co tam zobaczyłam naprawdę mnie przestraszyło. To nie była moja twarz. Odbicie miało brzoskwiniową skórę, błękitne oczy i wyglądało na jakieś dwadzieścia lat.Na dodatek miało rude włosy.
- Mam rude włosy!- wrzasnęłam.- Czy ktoś może mi powiedzieć DLACZEGO mam rude włosy?!
- Co się tu w ogóle dzieje- zapytała Samanta. Zaczęliśmy jej wyjaśniać co się wydarzyło. Moje przyjaciółki słuchały tego z niedowierzaniem. Kiedy skończyłam, Kate zapytała:
- Ale jak to możliwe?
- Żyjesz w świecie magi!- odparłam.- Tu WSZYSTKO jest możliwe!
Samanta przez chwilę cię zastanawiała, aż w końcu oznajmiła:
- Myślę, że zamieniłaś się w poprzednią właścicielkę tego pierścienia.
- Jak mam to naprawić?- zapytałam.
- Jeszcze nie wiem. Może powinnam, chociaż nie...
- Samanto, wymyśl coś szybko, bo ja już nie chcę mieć rudych włosów!- Czułam jak wszystko się we mnie gotowało. Nie wiedziałam dlaczego, przecież, to nie było aż takie straszne, a już na pewno nie była to wina Sam, jednak nie potrafiłam zapanować nad gniewem. Nagle książka leżąca na jej łóżku stanęła w płomieniach. Kate szybko ją zgasiła.
- Co to było?- zapytała.- Kto to zrobił?
- Myślę, że Sara- odrzekł Jackson.
- Ja?!- zdenerwowałam się.
- Saro spokojnie- powiedział do mnie.- Myślę, że to moc poprzedniej właścicielki pierścienia, pirokineza.
- To by się zgadzało- mruknęła Sam. - Zaraz pójdziemy do biblioteki, poszukamy kto to mógł być, ale najpierw się przebież.
Chciałam zdjąć tę okropną sukienkę, jednak, podobnie jak pierścień, nie chciała zejść. Oznajmiłam to. Samanta podeszła do swojej szafki nocnej. Zaczęła w niej grzebać. Po jakiejś minucie wyciągnęła jakąś kartkę i przeczytała:
- Mnie nie śmieszy już ta gra, niech każdy wygląd swój znów ma.
Poczułam lekkie szczypnięcie, jednak nie była w stanie ustalić gdzie. Znów popatrzyłam w dół i z wielką ulgą stwierdziłam, że to moje własne ciuchy. Pobiegłam do lustra. Znów wyglądałam jak ja.
- Dziękuję Samanto!- zawołałam.
- Na twoim miejscu bym się tak nie cieszyła. Masz tylko swój wygląd, ona nadal w tobie siedzi, zdolność pirokinezy też.
Znów poczułam falę gniewu. Tym razem zapaliła się poduszka. Kate znów ugasiła pożar.
- Chodźmy do biblioteki- zaproponowała Maddy.
Wszyscy wyszliśmy z pokoju. Szliśmy korytarzem, aż dotarliśmy do celu. Kate kazała mi usiąść przy stoliku. Poczułam złość, ale, dzięki Bogu, niczego nie spaliłam. Wszyscy, oprócz mnie, poszli szukać książki, w której mogliby coś znaleźć. Po jakiejś godzinie Jackson zawołał:
- Chyba znalazłem!
Wszyscy podeszli do mnie. Jackson pokazał nam rysunek jakiejś kobiet. Obok był opis. Kate zaczęła czytać:
- Josephina Hampstead. Czarownica żyjąca w XII w. Pochodziła z Anglii. Miała dar pirokinezy, nad którym nie potrafiła zapanować. Zdolność ta była przyczyną wszystkich tragedii, jakie uczyniła. Josephina za każdym razem kiedy się denerwowała, podpalała coś. Kiedy miała piętnaście lat podpaliła człowieka, który nie chciał jej pomóc. Po jakimś czasie jej ofiar było coraz więcej. W wieku dwudziestu dwóch lat jej narzeczony stwierdził, że nie może żyć z mordercą. Josephina podpaliła go. Wydarzenie to tak nią wstrząsnęło, że postanowiła się ukarać. Ponad sto razy podpalała samą siebie tylko po to, aby po chwili zgasić ogień i zrobić to ponownie następnego dnia. Podczas jednego razu, nie dała rady zgasić ognia. Spłonęła żywcem, podobnie jak wszystkie jej ofiary. Istniej legenda, że jej pierścień znajduje się gdzieś w Anglii, a kto go założy stanie się Josephiną.
Stałam przez chwilę w milczeniu. Po chwili jednak nie wytrzymałam i wybiegłam z biblioteki. Pobiegłam do sypialni.
Do godziny dwudziestej pierwszej nie wychodziłam ze swojego pokoju. Dziewczyny i Jackson były ze mną w pokoju, jednak rzadko się odzywały, co nie zmieniało faktu , że co chwilę się denerwowałam i wzniecałam pożar. O dwudziestej pięćdziesiąt dwie przesadziłam. Rozpaliłam poduszkę obok której siedziała Maddy. Dzięki Bogu nic się jej nie stało.
- Jackson- powiedziałam.- Chodź ze mną na korytarz.
- Nie wiem czy to...
- Chodź ze mną na korytarz!- wrzasnęłam i podpaliłam butelkę, leżącą na podłodze. Chłopak wstał i wyszedł, a ja za nim. Szłam szybkim krokiem. Zatrzymałam się przy sali do magicznej biologii.
- Otwórz ją- rozkazałam. Jackson wymamrotał coś i pojawiły się drzwi. Otworzyłam je i pobiegłam na górę. - I nie waż się za mną iść!- zawołałam.
Siedziałam w kapsule już chyba dwadzieścia godzin, z czego około dwanaście przespałam. Siedziałam z nogami przyciśniętymi do piersi. Głowę opartą miałam na kolanach. Po policzkach płynęły mi łzy. Nie radziłam sobie z tym co się wydarzyło. Przerastało mnie to. Fakt, że mogłam kogoś zabić, doprowadzał mnie do rozpaczy. Nie miałam innego wyjścia, jak zginąć tu z braku wody. Ewentualnie mogłam podpalić samą siebie.
Było już całkiem ciemno, kiedy do kapsuły przyszedł Jackson.
- Nie zbliżaj się!- ostrzegłam. On jednak nie miał zamiaru mnie słuchać.
- Odejdź!- wrzasnęłam. On nadal szedł w moim kierunku.
- Nie rozumiesz, że mogę ci zrobić krzywdę?!
Jackson stał już nade mną. Patrzył mi się w oczy. Po chwili usiadł i powiedział:
- Sarito Linares, chciałem ci to powiedzieć już wczoraj, ale nie było okazji.- Patrzyłam mu w oczy. Przez chwilę panowało milczenie. Przerwał je Jackson:- Kocham cię, Sarito Linares.
Poczułam ogromny chłód. Kiedy zrobiło mi się trochę cieplej, pierścionek sam zsunął się z mojego palca. Nie przejmowałam się tym. Patrzyłam w oczy mojego chłopaka, nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa. Po jakimś czasie szepnęłam:
- Ja ciebie też kocham, Jacksonie Wardzie.
Jackson zbliżył się do mnie i zaczął całować. Kiedy przestaliśmy, zaczęłam intensywnie wpatrywać się w jego bluzę. Ku mojej wielkiej radości dostrzegłam pod nią niebieską bluzkę. Znów widziałam przez ściany, ubrania i takie tam.
- Co zrobimy z tym pierścionkiem?- zapytał Jackson.
- Oddamy dyrektorowi- odpowiedziałam.- Może da je do jakiegoś muzeum.
Wstaliśmy i zeszliśmy na dół.
Zaiste, przepiękny rozdział dziewojo!
OdpowiedzUsuńDroga Sarito, czy mogę sobie skopiować twoje zdjęcie i pokazać je na moim blogu jako, że ty jesteś uczennicą z wymiany?
OdpowiedzUsuńOczywiście, Andromedo;))
UsuńŁaaaa . Pamiętam to . Chciałaś mi normalnie Kevina podpalić . :D Piękny rozdział. :D .A ja kurde nie mogę nic wymyślić na następny rozdział. HELP ME !
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawy rozdział . Wciągający . Niezwykle wciągający .
OdpowiedzUsuńProszę nowy rozdział!
OdpowiedzUsuń