piątek, 23 listopada 2012

Rozdział 38 oczami profesor Been

  Kolejny raz rozejrzałam się po pokoju z niedowierzaniem. Nie byłam w mojej sypialni, a nawet nie w sypialni Roberta. Co najgorsze, byłam w pokoju uczniów. W pomieszczeniu znajdowały się jeszcze trzy łóżka, których spały jakieś dziewczyny. Byłam tak zdziwiona, że nie miałam pojęcia co o tym myśleć. Wstałam z łóżka i poszłam w stronę łazienki. Weszłam do środka i stanęłam przed lustrem. To co zobaczyłam zaskoczyło mnie tak bardzo, że musiałam zatkać usta dłonią, żeby nie zbudzić śpiących dziewczyn.
  W lustrze nie było mojego odpicia. Widziałam tam młodziutką dziewczynę, bladą jak ściana, bez żadnych piegów, z długimi falowanymi blond włosami i szmaragdowymi oczami. W niczym nie przypominała mnie, a najgorsze, że wiedziałam kim była owa dziewczyna. Była to Sarita Linares.
  Wróciłam do sypialni i stanęłam przy szafie. Nie miałam pojęcia, na których półkach znajdują się jej ubrania, więc wzięłam byle jakie. Przebrałam się i wyszłam z pokoju.
  Biegnąc, zastanawiałam się jak mogło do tego dojść. Dopiero po chwili zrozumiałam, że musi to być opóźniony efekt eliksiru, który Linares wczoraj na mnie wylała. Zaczęłam zastanawiać się nad miksturą, która naprawi to wszystko. I wtedy zobaczyłam moje własne ciało, biegnące w moją stronę.
- Ty! - krzyknęłam. - Coś ty mi zrobiła?
- Nie mam pojęcia - wyznała Linares. - Myślałam, że pani mi powie. 
- Chodźmy do mojego gabinetu - powiedziałam. 
  Szłyśmy korytarzami Akademii, dzięki Bogu jeszcze pustymi. W końcu dotarliśmy na miejsce. Gdy weszliśmy do środka spojrzałam w lustro, mając nadzieję, że tamto było zepsute. Niestety w zwierciadle znowu nie zobaczyłam siebie. 
  Sarita zaczęła mnie wypytywać co myślę na ten temat. Przedstawiłam jej mój punkt widzenia, który nie bardzo się jej spodobał. Powiedziałam też o antidotum, które byłoby gotowe nie szybciej niż na jutrzejszy wieczór. Linares zaczęła się użalać, że nie da rady.
- Musisz sobie jakoś poradzić. Za dwadzieścia minut masz lekcję z pierwszą klasą. Przyjdę do ciebie na przerwie i pomogę ci się przygotować do następnej lekcji. I lepiej nie mów nikomu, kim jesteś naprawdę. Teraz jednak muszę iść znowu być uczniem - przewróciłam oczami. Już miałam wychodzić, ale dostrzegłam w co ubrana jest Sara. Miała na sobie bluzkę, której nie nosiłam odkąd zauważyłam, że kiedy noszę Clark gapi się na mój biust. - I nałóż bluzkę z mniejszym dekoltem.
  Wyszłam ze swojego gabinetu i poszłam w kierunku sypialni, w której się obudziłam. Po drodze rozmyślałam nad tym co mnie czeka. Mam udawać dwa razy młodszą ode mnie dziewczynę, znowu być uczennicą, chodzić na lekcje, odrabiać prace domowe. Po prostu koszmar. Nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek będę musiała znowu stać się uczniem. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś usiądę po drugiej stronie biurka.
  Weszłam do sypialni. Dziewczyny już nie spały. Nie zwróciły na mnie uwagi, kiedy usiadłam na łóżku Linares. Dopiero po kilku minutach jedna z nich, Madeline Czarnecka, popatrzyła na mnie i spiorunowała mnie wzrokiem.
- Kristin cię nie nauczyła, że nie bierze się cudzych rzeczy bez pytania? - zapytała, a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie wiedziałam nawet kim jest ta cała Kristin.
- Nie czepiaj się, Maddy - powiedziała Katherina. - Wygląda w niej ładnie, więc chyba może ją nosić. A tak w ogóle to chyba powinnyśmy już iść na śniadanie.
  

  Siedziałyśmy przy stoliku, jedząc rosół. Jakimś cudem udało mi się przetrwać śniadanie i kilka lekcji. Na obiedzie jednak poczułam się znacznie gorzej. Z tęsknotą spojrzałam na stół nauczycielski i siedzącego przy nim Roberta. Bardzo chciałam być teraz z nim, a nie z przyjaciółmi Linares. 
- Cześć, Saro - usłyszałam za sobą męski głos. Odwróciłam się i zobaczyłam Jacksona Warda, rok starszego od Sary chłopaka, z którym chodziła. Usiadł koło mnie i już nachylił się, aby pocałować w policzek, ale odchyliłam się do tyłu niby rozglądając się za czymś. - Coś się stało? - zapytał.
- Nic - odpowiedziałam szybko. - Jak minął ci dzień?
- Beznadziejnie. Kartkówka z Dziejów Magii była niesamowicie trudna, a na eliksirach Been kazała mi usiąść w pierwszej ławce... - zaczął opowiadać o dzisiejszym dniu. Nie do końca go słuchałam, ponieważ wolałam wpatrywać się w Roberta pogrążonego w dyskusji z dyrektorem.

  Reszta dnia była dość spokojna. Gorzej było następnego.
  
  Siedziałam w bibliotece i pisałam wypracowanie z wróżbiarstwa. Nie chciało mi się zrobić tego wczoraj, więc musiałam zdążyć podczas przerwy. Akurat ten temat był prosty, więc całkiem nieźle mi poszło. Nagle drzwi otworzyły się i do środka wszedł Robert. Stanął obok bibliotekarki i poprosił ją o jakąś książkę. Podała mu ją.
- Widziałaś może dzisiaj Violett? - zapytał Robert. Kiedy usłyszałam moje imię, podniosłam wzrok. 
- Nie, dzisiaj nie, a o po co ci ona? 
- Muszę z nią pogadać, a mam wrażenie, że mnie unika. Jeżeli ją spotkasz, powiedz jej, że jej szukałem.
  Wyszedł.
  Poczułam się głupio. Robert nic nie wiedział, a ja nie mogłam wymagać od Sary, żeby zachowywała się wobec niego zupełnie jak ja. Ja samo nie zachowywałam się tak wobec jej chłopaka. Jednak to, że mój narzeczony myśli, że go unikam mnie nie ucieszyło.

  Napełniłam fiolki eliksirem. W końcu udało mi się go skończyć. Schowałam fiolki do kieszeni i poszłam do klasy od eliksirów. Linares już tam była. Niestety, nie miała dobrych wieści. Opowiedziała mi co przydarzyło jej się wczoraj. Historia ta wyjaśniała, dlaczego Robert uważa, że go unika. Dałam jej fiolkę i obydwie wypiłyśmy mikstury. Zawirowało mi w głowie i poczułam, że unoszę się nad podłogę. Kolana się pode mną ugięły, upadłam. Zamrugałam kilka razy i spojrzałam na swoje ręce. Poczułam ulgę, gdy zobaczyłam na nich wiele piegów. Znów byłam sobą. 
  Wyszłyśmy z klasy i przeszłyśmy kawałek korytarza razem. W końcu jednak musiałyśmy się rozdzielić.
- Dobranoc, Linares. Idę ratować mój związek - powiedziałam i oddaliłam się, mając nadzieję, że szybko znajdę swojego narzeczonego.

sobota, 17 listopada 2012

Rozdział 38

  Powoli wlałam krew żaby do swojego kociołka. Przez chwilę czekałam z niepokojem aż mój eliksir wybuchnie, tak jak mikstura Madeline, ale dzięki Bogu nic takiego się nie stało. Zawartość mojego kociołka przybrała ciemnozieloną barwę i zaczęła się z niego unosić. Spojrzałam do książki. Przeczytałam kilka linijek tekstu i odetchnęłam z ulgą. Wszystko było w porządku. Rozejrzałam się po klasie. Jako jedna z nielicznych sporządziłam przyzwoity eliksir zmiany postaci. Udało się to również Samancie, Lauren Stottelmeyer, Lelandowi Woody' emu i Angelinie Gorton. Katherina zbyt była zajęte opowiadaniem czegoś Maddy, żeby zobaczyć, że zawartość jej kociołka stała się żelkowata, wylazła ze środka i udała się w kierunku drzwi. Nie miałam zielonego pojęcia, co moja przyjaciółka zrobiła z tym eliksirem.
  Profesor Been przechodziła między kociołkami i mówiła każdemu, co zrobił źle. W końcu podeszła do mnie. Dokładnie przyjrzała się mojej miksturze i powiedziała, że nie jest zła. Kiedy skończyła swój obchód, wróciła do swojego biurka i oznajmiła:
- Te pięć osób, którym się udało niech wleją eliksir do fiolki i przyniosą mi go. Reszta ma napisać na następną lekcję wypracowanie na trzy strony o właściwościach tego eliksiru. 
  Przez klasę przebiegł jęk niezadowolenia. Wzięłam fiolkę i napełniłam ją eliksirem. Byłam już prawie przy biurku nauczycielki, kiedy potknęłam się o nogę Corneli. Na szczęście nie upadłam, bo w ostatniej chwili złapałam się jedną ręką krawędzi biurka. Niestety, drugą ręką, w której trzymałam fiolkę, machnęłam odruchowo tak, że cały eliksir wylał się na białą bluzkę profesor Been.
  Nauczycielka wzdrygnęła się. Popatrzyła na mnie i przygryzła wargę.
- Przepraszam, pani profesor - powiedziałam szybko. - Naprawdę nie chciałam. 
  Been przez chwilę patrzyła na mnie, milcząc. W końcu oznajmiła:
- Nic się nie stało, Linares. Wracaj na swoje miejsce.
  Szłam do swojego kociołka, mijając Cornelię, która uśmiechała się złośliwie. Stanęłam obok Samanty. Po kilku minutach zadzwonił dzwonek, więc wyszłyśmy z sali.

-  Hej, Saro - przywitała się Isabell, siadając przy moim stoliku podczas kolacji. - Słyszałam, że byłaś niegrzeczna na eliksirach - zaśmiała się.
- Wcale nie! - warknęłam.
- No oczywiście, bo to przecież nie ty się prawie wywaliłaś i nie oblałaś Been eliksirem, prawda?
- To nie była moja wina! Corneli podstawiła...
- Tak, tak. Tłumacz się, tłumacz. 
- Isabell! 
  Moja siostra uśmiechnęła się i zaczęła jeść swoją owsiankę. Poszłam w jej ślady. Kiedy skończyłam, wstałam od stołu i poszłam do swojego pokoju. Nikogo w nim nie było. Byłam tak zmęczona, że od razu poszłam się umyć. Gdy wyszłam z łazienki już przebrana w piżamę, nadal nikogo nie było. Położyłam się w łóżku i zasnęłam.

~*~*~

  Otworzyłam oczy i przez chwilę niczego nie rozumiałam. Rozejrzałam się po pokoju i stwierdziłam, że nie jest to moja sypialnia. Byłam bardzo zdziwiona. Czy to możliwe, żebym wczoraj w nocy pomyliła sypialnie? A może jakimś cudem teleportowałam się gdzieś w nocy? Jeszcze raz się rozejrzałam. Ściany były beżowe, przy jednej z nich stało biurko, trochę dalej mała szafka. Wstałam z łóżka i chciałam podejść do szafy. Po drodze zatrzymałam się przy lustrze. Zerknęłam w nie i wrzasnęłam.
  Nie byłam w stanie uwierzyć w to, co zobaczyłam. Przyglądałam się odbiciu z przerażeniem. W końcu podeszłam do szafy i wzięłam z niej jakieś ubrania. Szybko przebrałam się i wybiegłam z pokoju.
  Biegłam korytarzem Akademii Magicznej w kierunku mojej sypialni. Chciałam jak najszybciej się tam dostać. Dzięki Bogu było jeszcze wcześnie, więc nie zobaczyłam żadnego ucznia. Dopiero po jakimś czasie dostrzegłam kogoś, a dokładnie siebie samą biegnącą w moim kierunku.
- Ty! - wrzasnęła, kiedy mnie zauważyła. - Coś ty mi zrobiła?
- Nie mam pojęcia - oznajmiłam. - Myślałam, że pani mi powie.
- Chodźmy do mojego gabinetu.  
  Ruszyłyśmy do pokoju, w którym się obudziłam. Kiedy weszłyśmy do środka, znów spojrzałam w lustro. Było to dziwaczne, ale nie wyglądałam jak ja. Miałam brązowe włosy, błękitne oczy i cała byłam w piegach. Poza tym byłam stara. No może przesadziłam, wyglądałam jakbym była po trzydziestce. Byłam profesor Been.
  Zerknęłam na swoją nauczycielkę uwięzioną w moim ciele. Ona również przyglądała się z niesmakiem swojemu odbiciu. 
- Rozumie pani coś z tego? - zapytałam.
- Myślę, że to opóźnione działanie eliksiru, który na mnie wylałaś.
  Czułam, jak moje policzki stają się czerwone. Spuściłam wzrok.
- Uda mi się przyrządzić eliksir, który to odwróci, jednak zajmie mi to co najmniej dwa dni.
  Westchnęłam. 
- Mam być panią przez dwa dni? Nie umiem być nauczycielką! Nie wiem jak się uczy.
- Musisz sobie jakoś poradzić. Za dwadzieścia minut masz lekcję z pierwszą klasą. Przyjdę do ciebie na przerwie i pomogę ci się przygotować do następnej lekcji. I lepiej nie mów nikomu, kim jesteś naprawdę. Teraz jednak muszę iść znowu być uczniem - przewróciła oczami i już miała wychodzić, jednak odwróciła się i powiedziała: - I nałóż bluzkę z mniejszym dekoltem.
  Wyszła.
   Usiadłam na łóżku, rozmyślając nad tym co się w ogóle stało. Miałam być nauczycielką przez dwa dni. Nie miałam pojęcia jak się uczy eliksirów i wątpiłam, żebym zdążyła się tego nauczyć w dwadzieścia minut. Jak zobaczę tę Cornelię to chyba ją zabiję. 

  Pierwsze kilka lekcji jakoś udało mi się przeprowadzić. Gorzej było podczas obiadu, kiedy zamiast usiąść z moimi przyjaciółmi musiałam zająć miejsce przy stole nauczycielskim. Na szczęście obok profesora McDowera nie było miejsca. Jakoś sobie nie wyobrażałam, żebym mogła siedzieć obok niego. Usiadłam obok nauczyciela wróżbiarstwa, profesora Clarka. Dopiero wtedy pożałowałam, że nie posłuchałam się profesor Been i nie zmieniłam tej bluzki, bo Clark niewątpliwie rozmawiając ze mną nie patrzył na moje oczy. Z zazdrością spojrzałam na stolik, przy którym siedziała Been razem z Jacksonem, Maddy, Kate, Willem i Samantą. 
  
  Siedziałam w klasie eliksirów przy biurku, czytając jakieś wypracowanie. Byłam już w połowie, gdy weszła Been. Usiadła obok mnie.
- Chyba lepiej ja to sprawdzę - oznajmiła, a ja nie miałam jej tego za złe.
  Przeczytała kilka wypracowań. Następnie wytłumaczyła mi wszystkie rzeczy, które jutro będę musiała omawiać na lekcjach. 
- A tak w ogóle to załatwiłam ci piątkę z magicznej biologii - powiedziała, kiedy czyściłam jeden z kociołków. - I myślę, że całkiem nieźle mi poszło wypracowanie, które zadał ci Clark.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się. - A co z tym eliksirem, który wszystko odwróci?
- Już go zaczęłam. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze powinien być gotowy jutro wieczorem. 
  Umyłyśmy jeszcze kilka kociołków. Kiedy skończyłyśmy, wyszłyśmy. Been udała się do mojej sypialni, a ja do jej. Szłam powoli, mijając uczniów, mówiących mi dzień dobry. Byłam już w połowie drogi, gdy podszedł do mnie profesor McDower.
- Cześć, Violett - powiedział. - Mam jakieś dziwne wrażenie, że mnie unikasz.
- Ja? Niby dlaczego?
- Cały dzień się nie widzieliśmy. Nie spojrzałaś na mnie nawet podczas obiadu. Coś się stało?
- Nie, nic się nie stało. Tak po prostu wyszło.
- Czyli przyjdziesz dzisiaj do mnie na noc? - zapytał, przybliżając się do mnie.
  Zatkało mnie. Stanęłam w miejscu, mając ochotę zwymiotować. 
- Nie, raczej nie będę mogła - wybełkotałam. McDower przybliżył się do mnie jeszcze bardziej.
- Dlaczego?
-Ja... - zaczęłam, ale nie miałam zielonego pojęcia co powiedzieć. McDower był już stanowczo za blisko mnie. Powoli odsuwałam się w stronę ściany. Nauczyciel złapał mnie za rękę i przyciągnął go siebie.
- Violett, o co chodzi? - zapytał. Przyciągnął mnie jeszcze bliżej. Nie wytrzymałam, wyrwałam się z jego uścisku.
- O nic nie chodzi, po prostu muszę już iść - powiedziałam, odbiegając od niego. 
  Wbiegłam go gabinetu Been i zamknęłam go na klucz. Szybko umyłam się i przebrałam w koszulę nocną. Położyłam się na łóżku i natychmiast zasnęłam.

  Kolejny dzień był dość spokojny. Udało mi się przeprowadzić kilka lekcji. Podczas wszystkich posiłków siadałam jak najdalej profesora McDowera, z czego raczej nie była zadowolony. Been też się nie ucieszy, kiedy się dowie, że będzie musiała się mu tłumaczyć. 
  O godzinie dwudziestej pierwszej siedziałam w klasie. Czekałam na Been, która zjawiła się dość szybko. Tak jak się spodziewałam, nie była zbyt zadowolona, kiedy opowiedziałam jej o wszystkim. Po chwili wyjęła z torby dwie fiolki z eliksirami.
- Są gotowe - powiedziała, podając mi jedną. - Wypij.
  Spełniłam jej rozkaz, a ona zrobiła to samo. Zamknęłam oczy. Zawirowało mi w głowie, ugięły się pode mną kolana. Poczułam, jakbym się unosiła w powietrzu. Otworzyłam oczy i spojrzałam przed siebie. Obok mnie siedziała profesor Been. Czyli znów wyglądałam jak ja. Obydwie wstałyśmy z podłogi. Wyszłyśmy z klasy.
- Dobranoc, Linares. Idę ratować mój związek - powiedziała Been, odchodząc. Poszłam w kierunku swojej sypialni.

sobota, 3 listopada 2012

Rozdział 37

- Och, ale piękny pierścionek, pani profesor. Skąd pani go ma? - zapytała Cornelia Raintell.
 Siedziałyśmy na lekcji eliksirów, a ona gapiła się na serdeczny palec naszej nauczycielki, na którym znajdował się srebrny pierścionek. Mogłam się tego spodziewać. Cornelia, największa lizuska w naszej klasie o ile nie w całej szkole, nie mogłaby nie prawić komplementów profesorce na temat jej nowej błyskotki.
  Been przewróciła oczami, zakłopotana. Następnie swój wzrok skierował ku mnie z niemą prośbą o pomoc. Zmarszczyłam czoło. Tego jeszcze nie było, żeby uczennica pomagała nauczycielce ukrywać jej związek.
- Zamknij ryj, Cornelia - warknęłam. - Nie musisz się już tak podlizywać. Jasne, że inaczej nie wyciągniesz na pozytywną ocenę, ale to już twój problem.
  Twarz Corneli nabrała barwy buraków. Miałam wrażenie, że zaraz się popłacze.
- Jak śmiesz?! - zawołała. - Pani profesor, ona obraziła mnie na lekcji. Taki czyn zasługuje na karę!
- Nie sądzę - mruknęła Been. Jasne, że nie mogła mi wlepić szlabanu. Pomogłam jej!
- Ale, pani profesor, ona mnie OBRAZIŁA!
- Załatwcie to między sobą. A teraz, Cornelio, może przypomnisz nam składniki eliksiru zmieniającego kolor włosów?
  Dziewczyna zrobiła się jeszcze bardziej czerwona i powiedziała, że nie potrafi wymienić ani jednego składnika.
   
 Siedziałam na podłodze w bibliotece. Przekartkowywałam jakąś książkę o magicznej odmianie warzyw i owoców. Zadano nam wypracowanie na trzy strony na ten temat. Już miałam połowę, ale nie mogłam już nic więcej wymyślić. Czytałam właśnie o pomidorach, które świecą w ciemności, kiedy do biblioteki wpadła Samanta. 
  Na pierwszy rzut oka widać było, że przebiegła całą drogę. Na czole miała kropelki potu, oddychała ciężko. 
- Sam, coś się stało? - zapytałam. 
  Dziewczyna podeszła do mnie. 
- Czy coś się stało?! Och, tak STAŁO SIĘ!
 Nie zdążyła jednak powiedzieć co, bo do biblioteki wbiegła Kate, wrzeszcząc:
- SAMANTA, POCZEKAJ!
Podeszła do nas i złapała Samantę za rękę.
- Sam, proszę, nic nie mów - powiedziała.
- Mam nic NIE MÓWIĆ?! Och, ty to chyba jesteś w tym MISTRZYNIĄ!
  Od razu domyśliłam się co się stało. Nie chciałam jednak przerywać ich kłótni. Wyręczyła mnie bibliotekarka, która spiorunowała je wzrokiem i oznajmiła:
- Jesteście w bibliotece. Mogłybyście się nie wydzierać?
  Moje przyjaciółki wymieniły spojrzenia. Sam już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale Kate była pierwsza.
- Błagam cię, Sam, nic nie mów. Nic takiego się nie stało.
- No chyba sobie żartujesz! Coś WIELKIEGO się stało!
- Ekhem - mruknęła bibliotekarka. 
- Sam, daj mi jeszcze trochę czasu. Później sama wszystko wyjaśnię. Wszystkim.
  Samanta przez chwilę się zastanawiała. Popatrzyłam na Kate. Powinna się cieszyć, że to ja ją wtedy przyłapałam. Gdyby to była Sam wiedzieliby o tym już wszyscy.
- Nie, Kate, nie mogę - oznajmiła. 
- Samanto Silverstone, błagam cię...
- ONA CHODZI Z WILLEM! - wypaliła Sam.
- Wiem - oznajmiłam, zanim ugryzłam się w język. 
- CO?! - zawołały obydwie naraz.
  Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, kiedy świdrowały mnie wzrokiem. Dlaczego byłam taka głupia i to powiedziałam? Naprawdę, sama siebie rozczarowuję. Żeby być aż tak mało inteligentnym...
- Skąd wiesz? - chciała wiedzieć Kate.
  Gapiłam się na podłogę, mając nadzieję, że sobie pójdą i zapomną o tym, co powiedziałam.
- Saro?
- Widziałam jak się całowaliście we wrześniu - wyznałam w końcu. Poczułam jakby zdjęto ze mnie jakiś ciężar. W końcu o tym powiedziałam. Już nie musiałam udawać, że nic nie wiem.
- We wrześniu?! - zawołała Sam. - Jak długo jesteście parą?!
  Kate patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Miałam ochotę krzyknąć: "Jason też wie!", ale nie chciałam być złą koleżanką. Siedziałam cicho, błagając w duchu, żeby sobie poszły. Niestety, moje prośby nie zostały wysłuchane. Kate i Sam stały nade mną i nie zamierzały odejść.
- Wiedziałaś o tym od września i nic nie powiedziałaś? - zdziwiła się Katherina.
- A jak miałam ci to powiedzieć? A może byś wolała, żebym zrobiła to co Sam? Chciałaś mieć tajemnicę to miałaś.
  Zapadła cisza. Wpatrywałam się w swoje dłonie i czekałam, aż odezwie się któraś z moich przyjaciółek. Długo milczałyśmy, nic nie robiłyśmy. Ta cisz coraz bardziej mnie denerwowała, ale nie śmiałam jej przerywać. W końcu Katherina usiadła obok mnie i mnie uściskała, trochę za mocno.
- Nawet nie macie pojęcia jak bardzo się cieszę, że już wiecie - westchnęła.

  Wpatrywałyśmy się w śnieg padający za oknem naszego pokoju. Madeline nie było z nami, więc mogłyśmy spokojnie dyskutować o związku Kate. Po wielu wymianach zdań doszłyśmy do wniosku, że nie powiemy jej jeszcze dopóki Katherina nie będzie gotowa. Nie wspomniałam jej też nic o Jasonie. Niech sama mu to wyzna. 
- To opowiadaj - rozkazała Samanta. - Jak to się zaczęło?
- To było w czerwcu...
- Mówiłyście, że we wrześniu! - przerwała jej Sam. 
- Tak, bo zaczęliśmy ze sobą chodzić we wrześniu. Wszystko jednak rozpoczęło się w czerwcu. Był koniec roku szkolnego. Miałam doła, a on próbował mnie rozweselić i tak jakoś wyszło, że się pocałowaliśmy. 
  Opowiadała i opowiadała, a my z Sam z zaciekawieniem słuchałyśmy. W końcu jednak do pokoju weszła Maddy i zmieniłyśmy temat.

piątek, 2 listopada 2012

Rozdział 36

 Stałam przed autobusem, czekając na Jacksona, który miał przynieść mi walizkę. Wcale nie chciałam go wykorzystywać. Sam się uparł. Stałam na dworze, drżąc z zimna, które, mimo mojej grubej kurtki i swetra, przeszywało moje ciało tak jakbym była w samym podkoszulku. Wpatrywałam się w zamek z niechęcią. Nie miałam najmniejszej ochoty wracać do szkoły. Te dni spędzone z Jacksonem i jego matką były naprawdę cudowne. Żałowałam, że ferie świąteczne trwały tak krótko. Co prawda mogliśmy zostać jeszcze na trzy dni, ale wtedy ominąłby nas bal sylwestrowy, a tego bym nie przeżyła. 
  Jackson był dzisiaj dla mnie wyjątkowo miły. Nie byłam pewna czy po prostu chciał być dobrym chłopakiem, czy pamiętał o naszej rocznicy. Dzisiaj bowiem mijał rok odkąd zaczęliśmy się spotykać. Samo w to nie wierzyłam. Trochę ponad rok temu byłam dziewczyną bez chłopaka, podkochującą się w Jacksonie Wardzie, a teraz byłam jego dziewczyną.
- Hej, Saro - usłyszałam za sobą męski głos. Odwróciłam się i zobaczyłam Jasona Simpsona, brata Kate.
- Cześć, Jasonie - uśmiechnęłam się do niego. - Jak tam święta.
- Dobrze - oznajmił. - Tylko moja siostra doprowadzała mnie do szału.
- A co takiego robiła? 
- Próbowałem ją na wszystkie sposoby złamać, żeby się przyznała, że ma chłopaka, ale ona się nie daje. Nawet przed rodzicami to ukrywa.
  Zaśmiałam się. Kate od kilku miesięcy spotyka się z Willem Czarnecki i nadal myślą, że nikt o tym nie wie. Właściwie, nikt o tym nie wie z wyjątkiem mnie i Jasona.
- Nie martw się. Niedługo i tak wszyscy się o tym dowiedzą. Jak długo można coś ukrywać?
  W tej chwili podszedł Jackson i poszliśmy w stronę zamku.

  Dzień minął szybko. Praktycznie cały czas spędziłam z Jacksonem. Dopiero po dwudziestej poszłam do swojego pokoju i miałam czas na plotkowanie ze swoimi współlokatorkami. Długo rozmawiałyśmy, żartowałyśmy, śmiałyśmy się. Za każdym razem kiedy Kate zaczynała coś mówić myślałam, że wreszcie nam powie, ale ona jakoś nie schodziła na ten temat. W końcu zaczęło mnie to denerwować. Nie dziwiłam się Jasonowi, że wkurzyło go spędzenie z nią tylu dni w jednym domu. 

~*~*~

- Nie powinnaś iść w tej sukience, Sam - mruknęła Maddy. - Jest zbyt ciemna.
 Siedziałyśmy w swojej sypialni i przegotowywałyśmy się do balu. Katherina malowała mi paznokcie, Maddy szukała butów, a Sam odpowiedniej sukienki.
- Myślisz, że ta jest lepsza? - zapytała, wskazując błękitną sukienkę na ramiączkach. 
Maddy kiwnęła głową.
- Na twoim miejscu, Kate, ubrałabym się inaczej - powiedziałam. - W tej sukience wyglądasz ładnie, ale nie sądzę, żebyś zachwyciła tym jakiegoś chłopaka, a chyba chcesz go znaleźć na balu, co nie? Już od dawna jesteś sama, więc...
- Nie potrzebuję chłopaka! - krzyknęła moja przyjaciółka troszeczkę za głośno, bo dziewczyny dziwnie się na nią popatrzyły. Stłumiłam śmiech.
  Była siedemnasta, kiedy do naszych drzwi zapukali chłopcy. Otworzyłam je i do pokoju weszli Jackson i Matthew. Mady nie znalazła sobie partnera, a Katherina przecież nie mogła zaprosić Willa. Poszliśmy do sali gimnastycznej. Bal już się rozpoczął. Usiedliśmy przy stoliku i przez chwilę rozmawialiśmy, ale potem zaczęli puszczać lepsze piosenki, więc wszyscy, oprócz mnie i Jacksona, poszli tańczyć. Z zazdrością patrzyłam na pary wirujące na parkiecie, jednak moja kostka nie wyzdrowiała na tyle, żebym mogła tańczyć. Siedzieliśmy z Jacksonem, rozmawiając. Było mi trochę głupio, że marnuję mu bal. Pewnie z chęcią by zatańczył. Na szczęście nie wydawał się zasmucony.
  Czas powoli mijał i w końcu przysiadli się do nas Matthew i Sam. Matt zaczął opowiadać coś Jasonowi. Samanta usidła bliżej mnie.
- Nigdy nie zgadniesz kogo widziałam - szepnęła.
- Kogo?
- Willa i Kate.
- CO?! Widziałaś ich razem?! Co robili?!
- A co mieli robić? - zapytała, patrząc na mnie ze zdziwieniem. - Jesteśmy na balu. Tańczyli.
 Czułam jak opada ze mnie cała ekscytacja. Już myślałam, że zobaczyła jak się całują lub coś takiego. Nudziło mnie to ukrywanie przed wszystkimi. Już miałam nadzieję, że będę mogła o tym pogadać z Samantą.
- To co w tym dziwnego, że tańczyli? - spytałam.
- No, nie wiem. Po prostu to, że byli razem.
  Zaczęłam szukać ich wśród tańczących. Nie znalazłam ich, za to spostrzegłam kogoś innego. Profesor Been tańczyła z profesorem McDowerem. Żaden z uczniów nie pomyślałby, że coś jest między nimi, ale ja to wiedziałam, więc miło było na nich patrzeć. 
- Saro, masz ochotę się przejść? - zapytała Sam. - Nasi partnerzy chyba są zbyt pochłonięci dyskusją, żaby się nami zająć.
 Rzeczywiście Jackson i Matt rozmawiali ze sobą i zdawali się nas nie zauważać. Wstałam z ławki. Sam zrobiła to samo.
- Idziemy na spacer - powiedziała do Matta, ale ani on, ani Jackson chyba tego nie zauważyli.

 Szłyśmy korytarzem, a moja przyjaciółka opowiadała mi o swoich świętach. Okazało się, że była we Włoszech u jakiejś swojej ciotki. Poznała tam przystojnego Włocha, ale go spławiła za względu na Matta. Ja opowiedziałam jej o moich. Z zaciekawieniem słuchała szczególnie o tym, jak mnie prawie napadnięto.
  Naglę Sam stanęła. 
- Co się stało? - zapytałam. Wyciągnęła rękę i wskazała miejsce, gdzie przyłapałam Willa i Kate. Tym razem nie oni tam stali. Stała tam profesor Benn i profesor McDower. 
  Stałyśmy przez chwilę w miejscu przyglądając się im. Po chwili jednak usłyszałyśmy czyjeś kroki. W naszą stronę zbliżała się grupka uczniów. Nie miałam pojęcia dlaczego poczuła, że nie mogę dopuścić, żeby zobaczyli moich nauczycieli, więc kiedy ich zobaczyłam, odezwałam się:
- Nie radziłabym tam iść - ostrzegłam. - Ktoś tam rozlał jakiś paskudny eliksir. Strasznie się dymi i cuchnie tam tak w chlewie. 
 Popatrzyli na mnie ze zdziwieniem, ale na szczęście poszli. 
- Też już idziemy? - zapytała Sam.
- Żartujesz? Pomogłyśmy im zatrzymać ten związek w tajemnicy. Są nam coś dłużni. Idziemy posłuchać o czym będą gadać.
  Pociągnęłam ją za rękę i stanęłyśmy za rzeźbą, w tym samym miejscu, z którego podglądałam Kate i Willa.
  Profesor Been stała obok swojego ukochanego i coś mówiła mu na ucho. Kiedy skończyła oboje się zaśmiali. Przez chwilę panowała cisza. W końcu przerwała ją Been.
- Pamiętasz jak rok temu tutaj przyszliśmy? - zapytała.
McDower uśmiechnął się.
- Jak mógłbym nie pamiętać. Od tego dnia zupełnie zmieniło się całe moje życie.
 Pocałował ją w policzek.
 Przez chwilę się zastanawiałam co mogło się tu takiego wydarzyć, ale w końcu przypomniałam sobie co kiedyś powiedziała mi Been. Zaczęli ze sobą chodzić na balu sylwestrowym, czyli mieli dzisiaj swoją pierwszą rocznicę.
- W tym roku jest tutaj tak samo jak w zeszłym - zauważyła Been. - Zobacz! - wskazała jedną z jemioł wiszących na nimi. - Wisi w tym samym miejscu, gdzie tamta pod którą mnie pierwszy raz pocałowałeś. 
 Uśmiechnęła się do niego. Spróbowałam sobie wyobrazić jak McDower ją całuje i zrobiło mi się niedobrze.
- Wiem, Violett - powiedział. Trochę mi zajęło zanim zrozumiałam, że to jej imię. Zastanowiłam się czy o nim zapomniałam, czy po prostu nigdy go nie słyszałam. - Specjalnie kazałem ją tu przyczepić.
- Po co? - zapytała Been, przechodząc trochę bliżej tej jemioły.
McDower podszedł do niej. Złapał ją za rękę i pociągnął po jemiołę. Zaczęli się całować. Wymieniłam z Samantą spojrzenia.
- No więc, Robercie, po co? - Been powtórzyła po chwili swoje pytanie. 
  Nie doczekała się odpowiedzi. Zamiast tego McDower uklęknął przed nią na jednym kolanie, wyjął z kieszeni małe pudełeczko i otworzył je.
  Zakryłam usta ręką, żeby przypadkiem nie wymknęło mi się żadne westchnienie. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. 
- Violett Been, czy zostaniesz moją żoną? 
  Poczułam jakiś ucisk w brzuchu. Wirowało mi w głowie i miałam ochotę zemdleć. Ręce trzęsły mi się, chociaż to nie ja powinnam być zdenerwowana. 
 Spojrzałam na Samantę. Wpatrywała się w tę scenę szeroko otwartymi oczami. Złapała się z naszyjnik i zaczęła go nerwowo obracać.
  Been stała przed nim, najwidoczniej równie zaskoczona jak my. Przez chwilę tylko się na niego patrzyła. Po chwili jednak się odezwała:
- Tak - powiedziała i rzuciła się mu na szyję.

środa, 31 października 2012

Rozdział 35

 Minęło kilka dni, w ciągu których prawie całkowicie wyzdrowiałam. Wyjątkiem była moja kostka, która, mimo wszystkich magicznych i niemagicznych sztuczek matki Jacksona, nadal mnie bolała. Przez dwa pierwsze dni z pokoju mojego chłopaka wychodziłam tylko do łazienki. Kiedy tylko poczułam się lepiej, zaczęłam częściej przebywać w innych częściach domu.
  Był on naprawdę piękny. Miał dwa piętra, na każdym po kilka ciekawie urządzonych pokoi. Na dole znajdowała się łazienka, sypialnia matki Jacksona, pokój gościnny, salon i kuchnia. To ostatnie pomieszczenie w niczym nie przypominało mojej kuchni. Kiedy się ją tylko zobaczyło, wiedziało się, że mieszkają tu czarodzieje. Na półkach leżały nie tylko produkty żywnościowe, ale również wiele składników do eliksirów i kilka mikstur w fiolkach. Obok kuchenki mikrofalowej stał kociołek. Była po prostu magiczna.
 Salon był równie ładny, jednak nie po względem magicznym. Wyglądał jak normalny salon, jednak był dużo lepszy od tego w domu mojej matki. Znajdowała się tam kanapa, dwa fotele mały stolik i kominek. Przy jednej z ścian stało pianino, przy drugiej komoda. Na pozostałych wisiało mnóstwo zdjęć. Na większości z nich był Jackson, ale na niektórych była jego matka i inni ludzie, zapewne jego rodzina bądź znajomi. 
  Najbardziej jednak spodobał mi się wielki balkon. Wychodziło się na niego przez drzwi w korytarzu na drugim piętrze. Było z niego widać park, w którym złamałam kostkę. Niewątpliwie jednak najcudowniej było siedzieć tam nocą z Jacksonem i patrzeć na gwiazdy. Oczywiście Ward musiał wszystko zepsuć i kazał mi wracać do domu, bo było zimno, a ja jeszcze nie do końca wyzdrowiałam. 

 Był wieczór. Siedziałam w salonie na kanapie, przykryta kocem, pijąc gorącą herbatę i wpatrując się w ogień. Nadzwyczaj nudne zajęcie, ale ciekawszego nie miałam, bo Jackson wyszedł gdzieś z domu. Gapiłam się więc w płomienie tańczące w kominku, czując jak po moim ciele rozchodzi się ciepło herbaty. Mijały sekundy, minuty, a Jackson nie wracał. Powoli zanudzałam się na śmierć.
 Usłyszałam skrzypienie drzwi. Odwróciłam się w ich stronę, z nadzieją, że to Jackson. Niestety, myliłam się. Weszła jego matka. Uśmiechnęła się do mnie i zapytała:
- Bardzo ci się nudzi? 
- Troszeczkę - odparłam, chociaż nie była to do końca prawda. Kobieta podeszła do kanapy i usiadła koło mnie.
- Jackson pewnie nie wróci szybko - oznajmiła. - Poszedł do swojego kolegi, a zawsze długo u niego siedzi. 
 Dopiero teraz zauważyłam, że trzyma jakiś album. 
- Prosił mnie, żebym ci tego nie pokazywała, ale jestem okropną matką i nie mogłam się powstrzymać.
Podała mi album. Otworzyłam go i zaśmiałam się, kiedy tylko ujrzałam pierwsze zdjęcie. Bardzo mały Jackson, którego aktualnie ciemne włosy były jasne, ściskał małego kota. Na następnym stał przed jakimiś drzwiami z zabawkowym słoniem na sznurku. Oglądałam zdjęcia, a matka Jacksona opowiadała mi o sytuacjach przedstawionych na zdjęciach. Niektóre były tak zabawne, że nie mogłam się przestać śmiać. Największe moje zainteresowanie zyskało zdjęcie ukazujące Jackson trzymającego jakąś dziewczynkę za rękę. Mógł mieć jakieś sześć lat.
- Kim jest ta dziewczyna? - zapytałam.
Kobieta zaśmiała się.
- To Oktavia Lukens, dziewczynka, która kiedyś mieszkała tu niedaleko. Pierwsza miłość mojego syna.
  Wybuchłam śmiechem, którego nie mogłam zatrzymać przez dłuższy czas. Kiedy w końcu się uspokoiłam matka Jacksona zaczęła opowiadać:
- Poznał ją jak miał pięć lat i potem codziennie do niej przychodził. Zrywał mi z ogrodu kwiaty i jej zanosił - przerwała na chwilę, bo ja zaczęłam się śmiać. - Ona go też lubiła. Zawsze się razem bawili. Jackson cały czas twierdził, że się z nią ożeni. - Zakryłam sobie usta, żeby się nie roześmiać. - Długo się kolegowali, a potem mój biedny synek zobaczył jak trzyma za rękę innego chłopca. Długo musiałam leczyć jego złamane serce.
- Smutna historia - powiedziałam i obydwie się roześmiałyśmy.

~*~*~

- Jaki on był jako dziecko? - zapytałam.
- Całkiem grzeczny, dopóki jego ojciec nie zostawił nas i nie wrócił do swojej byłej żony.
 Spuściłam wzrok. Trochę głupio się poczułam. Może niepotrzebnie zadałam to pytanie. Jackson nigdy mi nie powiedział, że jego ojciec go zostawił. Co prawda wspominał, że jego rodzice się rozwiedli, ale nie, że ojciec wrócił do swojej byłej. 
- Przykro mi - powiedziałam.
- Nie musi być ci przykro. To nawet lepiej, że tak się stało. A wracając do twojego pytania, to potem zaczął się trochę niegrzeczny. Buntował się, że nie pozwoliłam mu wyjechać z ojcem, ale szybko mu przeszło, dzięki Bogu. 
- A ile miał dziewczyn przede mną?
  Kobita zastanawiała się przez chwilę.
- Pięć, razem z Octavią. W tym chyba twoja siostra, prawda?
Kiwnęłam głową.
- Miał jeszcze dwie dziewczyny z waszej szkoły. Chodził też z córką mojej znajomej. Z żadna jednak nie wytrzymał tak długo jak z tobą. 
Uśmiechnęłam się. Znowu usłyszałam skrzypienie. Do pokoju wszedł Jackson.
- Cześć - powiedział, siadając koło mnie i całując mnie w czoło. - Mam nadzieję, że mnie nie odgadywałyście.
- Skądże - powiedziałam. - Ale wiesz co? Może chciałbyś mi opowiedzieć coś o Oktavii Lukens?
   Jackson przez chwilę gapił się na mnie ze zdziwieniem, a potem popatrzył na swoją matkę.
- Pokazałaś jej album! - zawołał. 
- Ja? Chyba żartujesz! Przecież mi zabroniłeś. - To mówiąc, wstała z kanapy i poszła w kierunku drzwi.
- Mamo! Miałaś nie pokazywać! Obiecałaś!
- Przecież nic nie pokazałam, prawda, Saro?
- Ja niczego nie widziałam - oznajmiła, uśmiechając się.Jackson patrzył ze złością to na mnie, to na swoją matkę.
- Widzisz? Nic nie pokazywałam. Dobranoc - powiedziała i wyszła z salonu.'
  Chłopak teraz uważnie mi się przyglądał. Miałam ochotę się roześmiać, ale nie chciałam być nieuprzejma. Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu. W końcu nachyliłam się ku niemu, pocałowałam w policzek i powiedziałam:
- Chodź na górę. Opowiesz mi coś o tej Octavii.

piątek, 14 września 2012

Rozdział 34

 Obudziłam się i nie miałam pojęcia gdzie jestem. Leżałam w łóżku, rozglądając się po pokoju. Był on dość duży, ściany były zielone. Na przeciwko mnie stała wielka, stara szafa, a obok niej biurko. Trochę dalej było okno, na którym stały jakieś dziwaczne rośliny. 
 Było mi okropnie zimno. Ból kostki był znacznie mniejszy niż wczoraj, podobnie jak głowy. Podciągnęłam kołdrę do samych ust i leżałam tak przez dłuższy czas, zastanawiając się, gdzie jestem.
- Widzę, że się obudziłaś.
Odwróciłam się, zdziwiona. Przy drzwiach stał Jackson, trzymając jakiś kubek. Podszedł do mnie i usiadł na łóżku. Gapiłam się na niego szeroko otwartymi oczami. 
- Co ja tu robię? - zapytałam. - Nie przypominam sobie, żebym doszła do twojego domu.
- Moja matka znalazła cię wczoraj rano w parku - wyjaśnił. - Przyniosła cię tutaj. 
- Wiedziała, że to ja? To znaczy, czy wiedziała, że jestem twoją dziewczyną?
- Nie - odrzekł Jackson. - Powiedziała mi, że znalazła jakąś dziewczynę nieprzytomną w parku i że leży w moim łóżku. Nieźle się zdziwiłem, kiedy ujrzałem ciebie. - Podał mi kubek. - Wypij.
 Wzięłam kubek i zaczęłam pić. Była to herbata. Czułam jak po moim ciele rozchodzi się ciepło. 
- Złamałaś kostkę - powiedział Jackson. - I masz gorączkę. Co prawda już znacznie spadła odkąd tu jesteś.
 Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu. Piłam swoją herbatę, a Jackson głaskał mnie po policzku. Dopiero po chwili zorientowałam się, że jest jeszcze w piżamie. Nigdy wcześniej go w niej nie widziałam, co było niesprawiedliwe, bo on mnie widział już wiele razy. Uśmiechnęłam się.
- Co ty tu w ogóle robiłaś? - zapytał trochę później chłopka. 
- Uciekłam z domu - oznajmiłam. - Nie wytrzymałam z matką, więc po prostu wzięłam swoje rzeczy i wyszłam. Chciałam przyjść do ciebie, ale po drodze się wywróciłam - tak wiem, jestem łajzą - i nie byłam w stanie iść dalej.
- A byłaś już naprawdę blisko - oznajmił Jackson, uśmiechając się.

 Minęło kilka godzin, a ja w ogóle nie ruszyłam się z miejsca. Leżałam w łóżku do piętnastej. Byłam nadal za słaba, żeby wstać. Kostka zaczynała mnie boleć jeszcze bardziej. Czułam też, że gorączka znowu rośnie. 
 Drzwi otworzyły się i stanęła w nich kobieta. Na oko miała trzydzieści parę lat. Była dość wysoka, jej włosy były ciemne i proste, a oczy brązowe. Uśmiechała się. W ręku miała tace z miską. Podeszła do mnie.
- Jak się czujesz? - zapytała, siadając na krześle obok mojego łóżka. 
- Nie najlepiej - przyznałam. - Noga zaczyna mnie boleć.
- Przyniosłam ci zupę - powiedziała. Usiadłam i podparłam się o ścianę. Matka Jacksona położyła mi tacę na kolanach. - Ostrzegam, że może ci nie smakować. Robię rosół wegetariański.
 Wzięłam łyżkę zupy do ust. Uśmiechnęłam się. Smakował prawie tak samo jak ten, który robiła mi Kristin.
- Jestem wegetarianką - odparłam, biorąc kolejną łyżkę.
- Jackson nie wspominał.
- Nie mówiłam mu - oznajmiłam. - Szczerze mówiąc, ja też nie wiedziałam, że on jest wegetarianinem. 
- Zjedz swoją zupę i połóż się spać - nakazała kobieta. - Sen dobrze ci zrobi.
 Uśmiechnęła się do mnie i wyszła z pokoju.
Zjadłam rosół i odłożyłam miskę na podłogę. Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy.

~*~*~ 

- ... masz NATYCHMIAST wracać do domu! 
Kobiecy, zimny głos zdawał się dobywać się z bardzo daleka. 
- Ona nigdzie nie pójdzie!
Tym razem głos należał do chłopaka i wydawał się być nieco bliżej.
- Jak to nie pójdzie?!
Znowu kobiecy, zimy głos, ale jeszcze bliżej. Trochę to trwało, zanim zorientowałam się, że to nie jest sen. Otworzyłam oczy i zobaczyłam moją matkę.
- Sarito, masz wstać z tego łóżka W TEJ CHWILI!
Stała przed moim łóżkiem, piorunując mnie wzrokiem. Obok mnie siedział Jackson, a jego matka stała przy oknie. 
- Ona nie da rady - powiedziała cicho. - Ma skręconą kostkę i bardzo wysoką gorą...
- NIC MNIE TO NIE OBCHODZI! - wrzasnęła moja matka. - SARITO, WSTAWAJ NATYCHMIAST!
 Popatrzyłam na Jacksona. Chłopak chyba wyczuł mój wzrok, bo powiedział:
- Nie może jej pani rozkazywać. Jeżeli zechce, to zostanie.
- Nie, nie zostanie! - warknęła Diana. - Chodź, Sarito!
Leżałam cicho, wpatrując się w ich trójkę. Nie miałam siły nawet nic powiedzieć. 
Moja matka dochodziła do granic możliwości. Wydzierała się jak oszalała. Chętnie potraktowałabym ją jakimś zaklęciem, ale to by było trochę nie w porządku. Jeżeli nic innego nie zadziała, pomogę sobie magią.
- Ona nie może nigdzie iść! - oznajmiła matka Jacksona. - Nie da rady! Nie wytrzyma podróży na drugi koniec Londynu!
- Zamknij się, kobieto! To ja jestem jej matką! Sarita, CHODŹ!
 Jeszcze chwilę milczałam. Zastanawiałam się, co mam zrobić. W końcu po prostu wykrzyknęłam:
- Nie mam zamiaru nigdzie iść! Nie po to uciekałam z domu, żeby teraz do niego wracać! Byłabym wdzięczna, gdybyś poszła i już tu nie wracała. 
 Matka gapiła się na mnie jak na wariatkę. Odwróciła się i poszła w kierunku drzwi.
- Pozdrów Josha! - zawołałam, kiedy wychodziła.

sobota, 8 września 2012

Rozdział 33

 Szłam ulicami Londynu szybkim krokiem, żeby jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Nie chciałam chodzić po nocy, a była już dwudziesta czwarta. Mimo, że szłam już od godziny, nadal byłam daleko od domu Jacksona, do którego pragnęłam się dostać. Nie wiem, co ja sobie myślałam, wychodząc. Jego dom znajdował się na drugim końcu miasta i nie było szans, żebym dotarła tam przed drugą. A nawet jeśli, to co miałabym zrobić? Zadzwonić do ich domu i czekać aż mi otworzą, a następnie po prostu wejść do środka? To nie miało sensy. Na dodatek moja walizka była okropnie ciężka.
 Minęła kolejna godzina, a ja nadal byłam strasznie daleko. Kiedy moje nogi nie były w stanie iść dalej, weszłam do jakiegoś baru. Pożałowałam tego, gdy tylko otworzyłam drzwi. W środku siedziało wiele pijaczków, którzy, sądząc po ich minach, chętnie zaopiekowaliby się taką samotną, bezbronną szesnastolatką. Nie mogłam jednak iść dalej, więc podeszłam do baru i usiadłam na wysokim krześle. Barman popatrzył się na mnie i zapytał:
- Nie za młoda na siedzenie w barach po północy?
- Lepsze to niż siedzenie w moim domu - mruknęłam.
- Coś podać?
- Kawę - odparłam. - Rozpuszczalną.
Czekałam na napój, rozkoszując się ciepłem, które panowało w lokalu. Na dworze było okropnie zimno i padał śnieg. Po chwili podszedł do mnie jakiś facet. 
- Hej, ślicznotko - powiedział, siadając na krześle obok. - Zgubiłaś się? Bo chętnie bym ci pomógł znaleźć drogę, nie koniecznie do domu.
- Nie, dziękuję- uśmiechnęłam się. - Dam sobie radę.
 Koleś jednak nie miał zamiaru się odczepić. Przysunął swoje krzesło bliżej mojego. Czułam jak strasznie śmierdzi alkoholem, papierosami i wymiotami. 
- Na pewno? - dopytywał się. - Ja bym się tobą zajął, ślicznotko.
 Odsunęłam się od niego, ale on nie dawał z wygraną:
- Mogę ci postawić drinka, jeśli chcesz - zaproponował, szczerząc zęby. - Albo...
- Edd, odczep się od dziewczyny! - przerwał mu barman, za co byłam mu bardzo wdzięczna. Edd spiorunował go wzrokiem, ale odszedł ode mnie. Barman podał mi kawę.
- Dziękuję - powiedziałam.

 Dlaczego nie wzięłam ze sobą szalika? Szłam już trzecią godzinę, a moja szyja po prostu zamarzała. Byłam na siebie okropnie zła. Kto normalny nie zabiera ze sobą szalika, kiedy ucieka z domu? Mogłam też wzięć rękawiczki, bo moje dłonie nie za dobrze znosiły mróz. 
 Mijały minuty, a ja ciągle nie byłam blisko. Musiałam trochę zwolnić tępo. Kiedy przechodziłam obok jakiegoś osiedla, usłyszałam głos:
- Ej, ty! 
Odwróciłam się i zobaczyłam chłopaka. Miał mniej więcej osiemnaście lat. Podszedł do mnie.
- Co taka mała dziewczynka jak ty, robi w tak niebezpiecznym miejscu i to na dodatek sama?
 Próbowałam odejść, nie zwracając na niego uwagi, ale złapał mnie za rękę.
- Chyba nie sądzisz, że mógłbym cię puścić? Rzadko zdarza mi się tu kogoś spotkać o tej porze, a zwłaszcza dziewczynę.
 Pociągnął mnie ku sobie. Zaczęłam się wyrywać, ale jego uścisk był zbyt silny. Czy już naprawdę nie da się przejść w nocy spokojnie po Londynie? Bez pijaków z barów i gwałcicieli z osiedli? Nie miałam innego wyjścia. Musiałam sobie pomóc.
 - Dertondo! - szepnęłam, a chłopak upadł na ziemię, uwalniając mnie. Pobiegłam dalej.

  Doszłam do jakiegoś parku. Wiedziałam, że muszę przez niego przejść, bo druga droga jest o połowę dłuższa. Weszłam do parku, modląc się, żeby nikogo nie spotkać. 
 Przez kilkanaście minut było dobrze. Nikogo nie zobaczyłam i co ważniejsze, nikt nie zobaczył mnie. Wszystko byłoby piękne, gdyby nie wystający z ziemi korzeń, o który się potknęłam.
 Leżałam na śniegu, czując niesamowity ból w prawej kostce. Próbowałam wstać, ale ból nogi był zbyt silny. Upadłam znowu i nie dałam rady się podnieść. Leżałam na śniegu, zaciskając zęby. Ból stawał się coraz silniejszy. Chciałam wstać, ale nie byłam w stanie. Czułam, że powieki same mi się zamykają.

~*~*~ 

 Kiedy otworzyła oczy, zobaczyłam ciemność. Czułam ból nie tylko kostki, ale także głowy. Po za tym było mi strasznie zimno. 
 Po chwili uświadomiłam sobie, że na przeciwko mnie siedzi Jackson. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się.
- W końcu się obudziłaś - powiedział. Podał mi jakąś butelkę, chyba z wodą, i dodał:- Wypij trochę.
 Spełniłam jego prośbę. Ku mojemu zaskoczeniu, napój nie smakował jak woda. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie piłam.
- Co to jest? - zapytałam.
- Lekarstwo - odparł Jackson. - Jak się czujesz?
- Okropnie - wyznałam. - Boli mnie głowa i kostka i w ogóle wszystko.
Jackson jedną ręką pogłaskał mój policzek, a drugą położył mi coś zimnego na czole. 
- Zamknij oczy, Saro - powiedział cicho. - Musisz odpoczywać.
- Nie chcę - wymamrotałam.
- Dlaczego?
- Bo jak je znowu otworzę to ciebie już nie będzie - szepnęłam. Jackson siedział przez chwilę w milczeniu, ale w końcu spytał:
- Myślisz, że to sen? 
Kiwnęłam głową.
- Albo wytwór mojej chorej wyobraźni - dodałam.
 Jackson nachylił się nade mną i pocałował mnie w czoło.
-  Śpij, Saro. Proszę.
 Zamknęłam oczy.

piątek, 7 września 2012

Rozdział 32

 Wyjęłam walizkę z bagażnika i poszłam w kierunku Jacksona. Po chwili podbiegły do nas Maddy, jej braci, Kate i Samanta. Szliśmy powoli, szukając rodziców lub, w moim wypadku, Kristin. Sam zobaczyła tatę już po chwili, więc uściskała nas wszystkich i powędrowała w jego stronę. Później zobaczyliśmy rodziców Katheriny. Pożegnała się z nami, szczególnie czule z Willem, co zdziwiło Maddy, która nadal o niczym nie wiedziała.
 Szliśmy długo, aż w końcu dostrzegliśmy matkę Madeline. Podeszliśmy do niej i, ku mojemu zdziwieniu, stały obok niej bliźniaczki. Pani Czarnecka uściskała swoje dzieci, a później podeszła przywitać się ze mną.
- A gdzie Kristin?- zapytałam. 
- Wyjechała- oznajmiła pani Czarnecka. - Dostała urlop i pojechała do sanatorium. Prosiła mnie, żebym was też zabrała.
- Czyli nie ma jej w domu? - zapytałam, a pani Czarnecka pokręciła głową.
- Wróci za kilka miesięcy.
 Nie mogłam w to uwierzyć. Jak Kristin mogła mnie zostawić? Co ja mam niby teraz zrobić? Sama w domu z matką i Joshem. To brzmi gorzej od najgorszych koszmarów! Dzięki Bogu będą bliźniaczki, a przynajmniej tak myślałam. Po chwili podeszła do mnie Is i powiedziała:
- My też wyjeżdżamy.
- Co?- zapytałam.- Chcecie mnie zostawić?! 
- Przykro mi, Saro. Nie wiedziałam, że Kristin wyjedzie.
Podeszła Jesica i uściskała mnie.
- Powodzenia, Saro- oznajmiła i odeszła. Isabell też już miała iść, ale ją zatrzymałam.
- Powiesz chociaż gdzie jedziecie?
- Do Jamesa- oznajmiła. - Kevin też tam będzie. Na razie, Saro.
I odeszła zostawiając mnie samą. Stałam przez chwilę, gapiąc się przed siebie. Nagle poczułam, że ktoś łapie mnie za rękę. Odwróciłam się i zobaczyłam Jacksona.
- Dasz radę- powiedział i pocałował mnie.
- Nie, nie dam - powiedziałam, a on znowu mnie pocałował.
- Dasz- uśmiechnął się do mnie. - Muszę już iść. Pa, Saro.
- Pa- odparłam. Kiedy odszedł, wsiadłam do samochodu. Przez całą drogę pani Czarnecka zadawała nam jakieś pytania, typu: Jak tam w szkole? Gdy zapytała się czy mamy jakieś nowe sympatie, Will podejrzanie milczał. Nikt jednak tego nie zauważył.
 Dojechaliśmy do domu. Wysiadłam z samochodu i wzięłam swoją walizkę. Pożegnałam się ze wszystkimi  i poszłam w kierunku domu. Kiedy tylko otworzyłam drzwi, usłyszałam krzyk Josha:
- No nareszcie! Przynieś mi coś do picia!
 Oczywiście nie miałam zamiaru tego robić. Zdjęłam płacz i czapkę, wzięłam walizkę i poszłam do swojego pokoju. Nie minęło dziesięć minut, gdy moje matka zawołała:
- Sarita! Chodź tu!
Chcąc, nie chcąc musiałam zejść na dół do salonu. Matka siedziała na kanapie, a Josh w fotelu. Miał na sobie swój cudowny dres w panterkę. Oglądali telewizję.
- Myślę, że powinnaś zrobić obiad- powiedziała Diana.
- Ja?- zdziwiłam się. 
- A niby kto?- zapytała matka.- Może ja albo Josh mamy się przemęczać? I zrób coś z mięsa, a nie jakieś okropne danie wegetariańskie, jakie zazwyczaj serwuje nam Kristin.
 Popatrzyłam na nich. Jasne, że mogłabym zrobić obiad, ale wróciłam kilkanaście minut temu. Oni siedzą tu pewnie cały dzień i nawet tego nie chce im się zrobić? Na dodatek chcą mięsa, a ja nie mam zamiaru nawet na nie patrzeć. Wyszłam z salonu, nie zwracając uwagi na krzyki Josha. 

 Siedziałam w sypialni, szkicując i równocześnie próbując ignorować wrzaski matki. Od kilku godzin co chwilę mnie wołała, żebym spełniała jej każdą, nawet najmniejszą, zachciankę. Mówiąc każdą mam na myśli nawet podanie jej chusteczki do nosa czy zmienienie kanału w telewizji. W końcu się zdenerwowałam i po prostu nie przychodziłam, jednak ona nie dawała się tak łatwo. Bez przerwy się wydzierała, a czasami pomagał jej Josh. Byłam tym wszystkim tak wykończona, że wolałabym siedzieć na eliksirach.
- SARITO, ZEJDŹ W KOŃCU I POMÓŻ SWOJEJ BIEDNEJ MATCE! CO Z CIEBIE ZA CÓRKA?!- zawołała Diana, a ja już nie wytrzymałam. Rzuciłam na łóżko kartkę ze szkicem. Wzięłam jeszcze nie rozpakowaną walizkę i zeszłam na dół. Matka i Josh nawet mnie nie zauważyli, kiedy nałożyłam płaszcz i czapkę i wyszłam z domu.

sobota, 1 września 2012

Rozdział 31

 Zaczął się grudzień. Na dworze wszędzie leżał śnieg. Siedziałam na swoim łóżku, w grubym norweskim swetrze, marząc, żeby wypić kubek gorącej czekolady. Byłam w pokoju sama, bo Sam poszła na randkę, Maddy też, a Kate powiedziała, że musi coś załatwić. Oczywiście wiedziałam, że to coś nazywa się William Czarnecki. 
 Drzwi do sypialni otworzyły się. Stała w nich Madeline cała we łzach. 
- Mój Boże, Maddy!- zawołałam, wstając. Podeszłam do niej i objęłam ją.- Co ci się stało?
 Moja przyjaciółka nie odpowiedziała tylko zaczęła jeszcze bardziej płakać. Pociągnęłam ją na łóżko, na którym usiadłyśmy. 
- Spokojnie, Maddy- powiedziałam. Dziewczyna nawet nie popatrzyła na mnie, tylko nadal szlochała. - Maddy, proszę cię,powiedz co się stało.
 Maddy podniosła wzrok. Patrzyła mi prosto w oczy, a potem wyjąkała:
- L-Luke.
- Co on zrobił?- zapytałam, choć wiedziałam, jaka będzie odpowiedź.
- Zerwał ze mną.

- Nie płacz, Maddy- powiedziała Kate, która przyszła piętnaście minut temu. Opowiedziałam jej, co się stało bo Maddy nie była w stanie. - To był głupek. Nie powinnaś marnować łez na opłakiwanie kogoś takiego!
 W tej chwili weszła Samanta. Widząc zapłakaną Maddy, podbiegła do niej i zaczęła się pytać co się stało. Musiałam jej wszystko wyjaśnić. Sam przytuliła przyjaciółkę, mówiąc jej jakieś słowa pocieszenia. 
 Mijały godziny, a my zamiast się uczyć, próbowałyśmy rozweselić Madeline. Nic jednak nie pomagało. Około godziny dwudziestej Maddy nadal płakała, a nam skończyły się chusteczki do nosa. Nie mogłam patrzeć jak cierpi. Wyszłam z pokoju.

Szłam korytarzem, mijając różnych uczniów i nauczycieli. Kilka osób chciało ze mną pogadać, ale nie miałam ochoty na pogaduszki. Szłam powoli, nie zwracając na nic uwagi, kiedy go zobaczyłam. Siedział sobie spokojnie na ławce w otoczeniu jakiś dziewczyn młodszych ode mnie. Miałam to zignorować, ale kiedy zaczął się z jedną całować, coś we mnie pękło.
- LUKE!- wrzasnęłam. Na dźwięk swojego imienia odwrócił się i popatrzył na mnie. Chyba mnie nie poznał, bo zaczął się uśmiechać. Podeszłam do niego i już miałam na niego się wydrzeć, ale on powiedział:
- No cześć, mała!- Miałam ochotę go zabić za małą. Jedynie Will i Percy mieli prawo tak do mnie mówić! A już na pewno nie on! - Dowiedziałaś się, że znów jestem wolny i przyszłaś się umówić?
 W tej chwili poczułam ogromną chęć rzucenia się na niego. Co Maddy w nim widziała? No dobra, był przystojny, ale gdyby mój chłopak miał takie teksty, to bym od razu z nim zerwała. Powstrzymałam się jednak od wydrapania mu oczu i powiedziałam:
- Nie, nie mam zamiaru się z tobą umawiać. Tak się składa, że jestem przyjaciółką Madeline. - Skrzywił się, gdy wypowiedziałam jej imię. - Tak, Maddy. Pamiętasz ją jeszcze? Wiesz, na twoim miejscu zachowałabym resztki godności i zaczekała chociaż jeden dzień do całowania się z innymi dziewczynami!
 Luke gapił się na mnie ze zdziwieniem. Po chwili milczenia, warknął:
- To chyba nie twoja sprawa, co? Mogę się całować kiedy chcę! 
 Dziewczyna, z którą się wcześniej całował, popatrzyła na mnie.
- Chyba nie do końca rozumiem- powiedziała, co mnie nie zdziwiło. Wyglądała na taką, co wiele rzeczy nie rozumie. - Co to za Maddy? I dlaczego miałby czekać jeden dzień? Jesteśmy parą od tygodnia.
 Dopiero po chwili zrozumiałam, co się dzieje. Luke zdradził Maddy i to z jakąś pustą lalunią. Miałam nadzieję, że moja przyjaciółka się o tym nie dowie, bo serce chyba by jej pękło. 
- Nie wiesz kto to Maddy?- zapytałam ją. - To dziewczyna, z którą Luke dzisiaj zerwał.
 Trochę jej zajęło, żeby to zrozumieć, ale w końcu z jej ust wydobył się krzyk. Popatrzyła na chłopaka z nienawiścią, uderzyła go w twarz i uciekła. Uśmiechnęłam się i również odeszłam.

- Dlatego proszę was, żebyście jej nic nie mówili- oznajmiłam. Siedziałam w sypialni i przed chwilą opowiedziałam o wszystkim Katherinie i Sam. Maddy spała na swoim łóżku. 
- Jasne- odpowiedziały na raz. Uśmiechnęłam się do nich.
- Może jutro w końcu przestanie płakać- powiedziałam z nadzieją, a ona przytaknęły. Siedziałyśmy przez chwilę w milczeniu. W końcu Kate wstała i oznajmiła. 
- Muszę iść coś załatwić.
- A co?- zapytałam. Dostrzegłam, że na jej policzkach pojawiły się rumieńce.
- A nic ważnego.
- Aha. A mogłabyś zawołać Willa. Muszę mu coś powiedzieć.
 Wiem, jestem podła, ale tak bardzo chciałam to zrobić.
- Ja...- Jej rumieńce stały się jeszcze większe. Stłumiła śmiech.- Ja nie sądzę, żebym go spotkała.
Po tych słowach wyszła, żebym przypadkiem jeszcze czegoś nie powiedziała.

piątek, 31 sierpnia 2012

Rozdział 30

 Minęło kilka tygodni. Związek Kate i Willa nadal był tajemnicą, o której wiedziałam tylko ja i Jason. W pewien listopadowy poniedziałek podczas śniadanie wstał dyrektor i zaczął przemawiać:
- Drodzy uczniowie! Przez najbliższe cztery dni będą odbywać się zajęcia, mające na celu doskonalenie mocy każdego ucznia. W tych dniach przyjadą do nas specjaliści od różnych darów, tak, że każdy będzie mógł poćwiczyć. Niektórych darów będą uczyć także nasi nauczyciele. Zajęcia te będą odbywały się podczas trzech ostatnich lekcji.
 W jadalni zapanował chaos. Wszyscy mięli coś do powiedzenia na ten temat. Usłyszałam głos Katheriny:
- Powodzenia w szukaniu kogoś, kto rzuca kulami plazmy.
 Szczerzę mówiąc, to całe te zajęcia były mi obojętne. Nie robiło mi różnicy czy spędzę ten czas w klasie z innymi uczniami, czy tylko z nauczycielem. Z tego co wiem, nikt inny w szkole nie potrafi patrzeć przez ściany. 

Następnego dnia po zaklęciach szłyśmy we czwórkę, ja, Is, Jesica i Jackson, w kierunku sali gimnastycznej. Większość uczniów już tam była, ale dla nas ważniejsze było gapienie się, jak Angelica Finxon biję się z trzy lata młodszą Violett McOctvi. To była naprawdę niezła walka. Doszliśmy na miejsce i zobaczyliśmy ogromny tłum uczniów. Kiedy przedarliśmy się dalej, dostrzegliśmy jakieś stanowiska, przy których stały tablice z nazwą mocy, jakiej się tam uczy. Isabell wskazała tablicę przy którym stał jakiś przystojny mężczyzna. Na oko miał jakieś trzydzieści lat, ale, naprawdę, był nieziemski. Ciemne długie włosy opadały mu na ramiona. Miał lekki zarost. Jackson chyba dostrzegł, jak na niego się gapię, bo mnie szturchnął. Ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu, na tablicy pisało: Czytanie w myślach. Is z uśmiechem na twarzy powędrowała w tamtą stronę. 
 Chwilę później Jesica odeszła do stanowiska dla jasnowidzów, przy którym stało jeszcze dwoje uczniów i kobieta, około trzydzieści pięć lat, z miłym wyrazem twarzy. Ja i Jackson szliśmy dalej, aż w końcu mój chłopak zobaczył tablicę z napisem: Niewidzialność. Stało tam kilu uczniów i jakiś stary facet. Jackson poszedł w ich kierunku. 
 Szłam sama. Po chwili minęłam Katherinę z jeszcze bardziej przystojnym facetem niż nauczyciel Isabell. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia dwa lata. Był wysoki, miał ciemne krótkie włosy i błękitne oczy. Uczył właśnie Kate, jak rzucić podkręconą kulę, trzymając jej rękę i kierując nią. Kilka stanowisk dalej stał William przyglądający się temu z niesmakiem. 
 Kiedy zobaczyłam tablicę: Widzenie przez ściany, zatkało mnie. Niestety, nie pozytywnie. Nie był to przystojny, młody mężczyzna, ani nawet miło wyglądająca nauczycielka. Oczywiście, mogłabym się pogodzić z tym, że to akurat mnie będzie uczyć nasz nauczyciel, ale bez przesady. Czy całe moje życie musi być z nią związane?
- Dzień dobry- powiedziałam, stając obok profesor Been.
- O, dzień dobry, Linares- odpowiedziała nauczycielka. - Nie wiedziałam, że widzisz przez ściany.
Uśmiechnęłam się sztucznie i popatrzyłam na nią.
- Dzisiaj zaczniemy od czegoś prostego- oznajmiła. Poszła trochę dalej i stanęła obok ściany. - Co tam widzisz?
 Otworzyłam szerzej oczy i mocno się skupiłam. Zobaczyłam salę od teorii magicznej. Siedział tam profesor McDower, sprawdzający testy jakiejś klasy. Powiedziałam to nauczycielce, powstrzymując się od uwagi, że specjalnie wybrała tę ścianę, żeby mogła się pogapić na McDowera.
- Dobrze- powiedziała Been.- A teraz postaraj się tam zajrzeć bez marszczenia czoła. Od tego robią się zmarszczki.
Czy naprawdę marszczyłam czoło, kiedy patrzyłam przez ściany? Nie miałam pojęcia. Jest to jednak bardzo prawdopodobne. Stanęłam przed ścianą i gapiłam się na nią, ale ni jak nie potrafiłam zajrzeć dalej. 
 Dużo czasu minęło, kiedy w końcu nauczyłam się widzieć przez ściany i nie marszczyć przy tym czoła. Kosztowało mnie to wiele koncentracji, więc nie mogłam dokuczać w międzyczasie Been. Byłam jednak z siebie bardzo zadowolona, kiedy patrzyłam na ścianę, nie robiąc prawie nic, nie licząc koncentrowania się na niej, zobaczyła klasę od teorii.

 Dwa następne dni uczyłam się patrzeć przez kilka ścian. Po wielu nieudanych próbach zobaczyłam salę od zaklęć, która jest pięć sal dalej od klasy magicznej teorii. 
- Czy czegoś jeszcze nie potrafię?- zapytałam pod koniec lekcji.
- Och, wielu rzeczy- odpowiedziała nauczycielka, za co miałam ochotę ją udusić. Ja się tu tak staram, a ona mi mówi, że jeszcze dużo nie umiem?! To co z niej za nauczycielka, skoro tak mało mnie nauczyła?! Już miałam jej napyskować, kiedy dodała.
- Ale to nie jest poziom szkolny. Potrafisz mniej więcej wszystko, co mogłabym od ciebie wymagać.
- A co jest takiego trudnego w widzeniu przez ściany, że to nie jest poziom szkolny?- zapytałam.
Profesor Been popatrzyła na mnie. Siedziała chwilę cicho, ale w końcu powiedziała:
- Na razie umiesz dopiero patrzeć przez ściany, jeżeli je widzisz- oznajmiła.- Dużo trudniej jest zobaczyć coś przez ścianę, której się nie widzi.
- Ale przecież nie widziałam ściany do sali od zaklęć!
- Tak, ale przechodziłaś po kolei z sali do sali. Nie dałabyś rady od razu zobaczyć klasy zaklęć.
 Niestety, miała rację. Myślałam, że mam bardzo łatwy dar, a tu się okazało, że nie. Jest on bardziej skomplikowany niż kiedykolwiek przypuszczałam.
- A pani potrafi?- zapytałam, a ona kiwnęła głową.
- Powiedz mi dokładnie gdzie jest twoja sypialnia- rozkazała.
- Na czwartym piętrze, trzeci pokój od schodów po prawej stronie.
 Profesor Been przez chwilę wpatrywała się przed siebie w milczeniu. Po kilkunastu sekundach przemówiła:
- Pokój jest nawet duży. Ma ściany w kolorze błękitnym, znajdują się w nim wielka szafa i cztery łóżka. Nad jednym jest tarcza, na drugim zielona bluzka, a na trzecim książka otwarta na sto... dwudziestej ósmej stronie.  Przez okno widać jezioro i kawałek lasu.
 Gapiłam się na nią ze zdziwieniem. Dokładnie tak wyglądał nasz pokój. No nie jestem pewna co do strony w książce. Właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że moja moc nie jest wcale taka głupia.

~*~*~

- Nie podchodź do mnie, Isabell!- zawołała Kate i wlazła na swoje łóżko, żeby być jak najdalej od mojej siostry.- Kto jej pozwolił nauczyć się jeszcze lepiej czytać w myślach?!
 Is zaśmiała się. Weszła na łóżko Katheriny, która uciekła teraz na moje łóżko. Isabell widocznie się znudziła ta zabawa, bo usiadła i popatrzyła na swoją bliźniaczkę. 
- A ty, Jes?- zapytała.- Jak tam twoja moc?
Jesica podeszła do Samanty i dotknęła jej ręki. Po chwili zamknęła oczy i przez długi czas ich nie otwierała. Wiedziałam, że widzi teraz przyszłość. W końcu otworzyła oczy i uśmiechnęła się:
- Będziesz mieć śliczną córkę, Sam- powiedziała.
- C-co?- wykrztusiła i kazała Jescie opowiedzieć jej wszystko co widziała. 
 Kate rzucała właśnie kulami plazmy, które kręciły się wlocie i trafiały w tarczę. Uśmiechnęłam się do niej.
- Świetnie sobie radzisz- zauważyłam.
- Dzięki- odpowiedziała.- Victor to wspaniały nauczyciel.
 Will chrząknął, a ja zakryłam dłonią usta, żeby się nie roześmiać.

środa, 29 sierpnia 2012

Rozdział 29

 Siedziałam na ławce przed salą do teorii magicznej razem z Samantą. Rozmawiałyśmy o jakiejś pracy domowej z zaklęć. Bardzo mnie korciło, żeby wygadać jej wszystko o Kate, ale stwierdziłam, że to byłoby nie w porządku. Sam opowiadała właśnie jak pracowała nad tym zadaniem, kiedy podbiegł do mnie Kevin.
- Saro!- zawołał.- Musisz iść ze mną! Coś stało się Isabell.
 Dopiero po chwili dotarły do mnie jego słowa. Wstałam z ławki i pobiegłam za nim zostawiając Samantę. Pobiegliśmy do gabinetu pielęgniarki i weszliśmy do środka. Isabell siedziała na krześle z szeroko otworzonymi oczami. Obok niej stała Jesica. Podeszliśmy do niej. 
- Co się stało?- zapytałam.
- Byłyśmy na zaklęciach i... i...- zaczęła opowiadać Jesica roztrzęsionym głosem, ale nie była w stanie skończyć. 
- I mieli o zaklęciu odmładzającym- powiedział Kevin.
- I ta tępa łajza, Olivia nie dość, że nie trafiła w swoją partnerkę tylko w Is, to jeszcze nie powiedziała Lektono tylko Loktono!- zawołała Jesica.
 Popatrzyłam na nią z nadzieją, że powie, że żartowała. Ona jednak milczała, a ja czułam jak coś uciska mnie w piersiach. Loktono to zaklęcie usuwające pamięć. Jak można być na tyle durnym, żeby się tak pomylić? 
- Chcesz powiedzieć, że ona- wskazałam głową siostrę.- Że ona straciła pamięć?
Jes kiwnęła głową, a mi zakręciło się w głowie. Popatrzyłam na pielęgniarkę. 
- Niestety, panno Linares, twoja siostra ma rację. - powiedziała.- Na domiar złego, nie mamy pojęcia jak odwrócić to zaklęcie.
  Nie mogłam tego wytrzymać i wybiegłam z gabinetu. Biegłam przed siebie, nie zwracając na nic uwagi. Nie miałam pojęcia, gdzie chce dotrzeć. Po prostu biegłam, jakby bieg mógł sprawić, że Isabell odzyska pamięć.
 Nagle na kogoś wpadłam. Mruknęłam jakieś przeprosiny, nie patrząc komu, ale ten ktoś złapał mnie za rękę.
- Gdzie biegniesz?- zapytał. Od razu poznałam głos. Wpadłam na Jacksona.
- Ja po-po prostu...
 - Coś się stało?- spytał. Opowiedziałam mu o wszystkim. Kiedy skończyłam, powiedział:
- Myślę, że powinnaś do niej wrócić. Mogę iść z tobą, jeśli chcesz.
- Chcę- powiedziałam, a on złapał mnie za rękę i poszliśmy w kierunku gabinetu pielęgniarki. Kiedy byliśmy na miejscu, Jackson otworzył drzwi. Isabell nadal siedziała na krześle, a Jes obok niej. Kevin stał za nią, a pielęgniarka gadała z McDrowerem, który chyba przed chwilą przyszedł. McDrower to wychowawca piątej klasy, więc  musiał sprawdzić, co stało się jego uczennicy.
 Stanęłam przy Jesice i wtedy Isabell krzyknęła:
- To ty!
Mówiąc to patrzyła na Jacksona. Wymieniłam z Kevinem spojrzenia. Mój chłopka patrzył na nią ze zdziwieniem.
- Pamiętasz mnie?- zapytał.
- Jasne- powiedziała Is, jakby to było oczywiste.- Jesteś moim chłopakiem.

~*~*~ 

- Jak mogła powiedzieć, że Jackson to jej chłopka?- zapytała Maddy.
- Straciła pamięć i ubzdurała sobie, że z nim chodzi- oznajmiła Sam.- Tak często się zdarza.
- Ale chyba da się jej wyjaśnić, że nim nie jestem, prawda?- spytał Jackson. 
- Nie jestem pewna- odparła Sam.
 Siedziałam na swoim łóżku. Od momentu, kiedy Is powiedziała, że Jackson jest jej chłopakiem, minęły dwie godziny, a ja od tamtej pory nie odezwałam się ani słowem. Gapiłam się na wszystkich obecnych w pokoju, czyli Samantę, Maddy, Kate, Jacksona, Willa, Percy'ego i Kevina( Jes uparła się, że musi zostać z siostrą). Nie potrafię powiedzieć jak się czułam. Moja siostra straciła pamięć i uważa, że mój chłopak jest jej chłopakiem. Na pewno nie byłam zła, ale było mi to też obojętne. 
- Myślę, że pani Collins coś wymyśli- odezwał się Percy. Pani Collins to nasza pielęgniarka. 
- A jeżeli nie?- zapytała jego siostra.- Co wtedy zrobimy?
 Zapadła cisza.Kevin wstał i oznajmił, że idzie przekonać Is, że to on jest jej chłopakiem. Siedzieliśmy jeszcze przez chwilę cicho. W końcu się odezwałam:
- Myślę, że powinniśmy po prostu wszystko jej opowiadać- oznajmiłam.- Może nam uwierzy.
- Uważam, że to dobry pomysł- oznajmiła Kate.- Najlepiej byłoby jakbyśmy ją tu wzięły. Nie chce jej nic mówić przy pielęgniarce.
 Wstaliśmy i poszliśmy do pielęgniarki. Po drodze spotkaliśmy Kevina, który powiedział, że Is mu nie uwierzyła. Weszliśmy do gabinetu, a Isabell zaczęła się wydzierać, kiedy dostrzegła Jacksona. Powiedzieliśmy pani Collins, że chcemy ją zabrać, a ona niechętnie nam pozwoliła. Jesica wzięła swoją bliźniaczkę za rękę i poszliśmy z powrotem do mojej sypialni. Kazaliśmy Isabell usiąść.
- Isebell- zaczęłam.- Myślę, że powinniśmy ci wszystko opowiedzieć. Co chcesz wiedzieć najpierw?
- Kto to Isabell?- zapytała.
 Zapowiadało się jeszcze trudniej niż myślałam. Zaczęliśmy jej opowiadać o niej, o naszej rodzinie i o wszystkim co przyszło nam do głowy. W końcu Isabell powiedziała, że nie da rady więcej słuchać i, że chce pójść do swojego pokoju. Jesica ją zaprowadziła. Nie wróciły już dzisiaj.

 Wstałam rano i stwierdziłam, że muszę iść do Isabell. Szybko się umyłam, ubrałam i uczesałam. Po drodze do sypialni siostry spotkałam Jacksona i Kevina. Mieli po mnie przyjść i razem iść do Is. Dotarliśmy do jej pokoju i weszliśmy do środka. 
- O! - zawołała Isabell.- Sally, Jack i Carol!
- Właściwie to Sara, Jackson i Kevin- poprawiłam ją. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. 
- Masz ochotę na spacer?- zapytał Kevin, a Is przytaknęła. Wyszliśmy na zewnątrz i szliśmy korytarzem opowiadając jej o nauczycielach. Isabell słuchała nas z zaciekawieniem. Wyszliśmy ze szkoły i poszliśmy nad jezioro. Usiedliśmy na brzegu.
- Lubię pływać?- zapytała Is.
- Bardzo- odpowiedziałam.- Za naszym domem płynie rzeka i bardzo często chodzimy tam w lecie. 
- Co jeszcze lubię?
- Kochasz muzykę- powiedział Kevin.- Grasz na gitarze i pięknie śpiewasz.
- Naprawdę? 
- Tak- powiedziałam.- Marzysz o byciu piosenkarką. 
 Moja siostra patrzyła przed siebie, a my opowiadaliśmy jej o różnych rzeczach. Kiedy zrobiło się zimno, Is zapytała:
- Możemy iść do szkoły, Sally?
 Wróciliśmy do środka i poszliśmy do mojej sypialni. Usiedliśmy na podłodze. Isabell wpatrywała się w tarczę powieszoną nad łóżkiem Sam.
- Co to?- zapytała.
- To tarcza Kate- odpowiedziałam.
- Po co Kayli tarcza?
- Rzucam do niej kulami plazmy- odparła Katherina.- To mój dar. Wiele czarodziejów jakiś posiada.
- A ja posiadam jakiś?- spytała.
- Czytasz w myślach- powiedziała Sam. Isabell chwilę się zastanawiała, a potem zapytała:
- To dlatego słyszę głosy?
Przytaknęła. Zaczęliśmy jej opowiadać o naszych mocach. Po jakimś czasie, Is poprosiła nas, żebyśmy pokazali jej swoje moce. Kevin zmienił się w psa, Jackson stał się niewidzialny. W dłoni Kate pojawiła się kula plazmy. Przez chwilę wpatrywała się w tarczę i w końcu rzuciła. Niestety, kula przeleciała obok Isabell, delikatnie ją dotykając. To jednak wystarczyło, żeby upadła i straciła przytomność.

 Staliśmy wszyscy nad Isabell, kiedy otworzyła oczy. Zamrugała kilka razy i popatrzyła na mnie.
- Coś ty mi zrobiła, Saro? Dlaczego leżę?- zapytała.
- Powiedziałaś Saro?- zdziwiłam się.
- A jak miałam powiedzieć?! To twoje imię! Kevin, mógłbyś pomóc mi wstać?
Kevin złapał jej dłoń i pociągnął ją tak, że Is wstała.
- Pamiętasz nas?- zapytała Maddy.
- Niby dlaczego miałaby nie pamiętać?! O co wam chodzi?

 Siedzieliśmy w pokoju Isabell. Ona nadal nie wierzyła nam, że straciłam pamięć. Cały czas próbowaliśmy ją przekonać, ale ona się nie dawała. W końcu daliśmy za wygraną. 

wtorek, 28 sierpnia 2012

Rozdział 28

 Minęło kilka dni i w końcu zaczęłam normalnie funkcjonować. Oczywiście nie zapomniałam o zwłokach nauczycielki, tego nie da się zapomnieć. Wszystko było jak dawniej. No nie wszystko. Katherina zerwała z Peterem. Powiedziała, że nie ma ochoty na chłopaków, ale jakoś jej nie wierzyłam. Nie potrafiłam dlaczego, ale wydawało mi się to jakieś podejrzane. Maddy i Sam tego nie dostrzegały, ale ja wiedziałam, że coś jest nie tak. 
 Dzisiaj była sobota, więc miałam cały dzień wolny. Dobrze by było, gdybym mogła z kimś spędzić ten dzień. Niestety Jackson miał szlaban za brak pracy domowej, Samanta i Maddy poszły na podwójną randkę( ich związki przetrwały wakacje), bliźniaczki z Kevinem, Jamesem i Percy' em wybrali się do Dronwood, a Kate po prostu gdzieś zniknęła. Poszłam więc do Willa, ale go nie zastałam. Szłam korytarzem, myśląc, że sama spędzę cały dzień. Przeszłam koło kilku klas, kiedy zobaczyłam chłopaka siedzącego na ławce. Od razu go poznałam. Był to Jason- brat Katheriny. Podeszłam do niego i uśmiechnęłam się.
- Hej- powiedziałam.
- O, cześć Saro- odezwał się. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że mnie pamięta. Od naszego szlabanu minęło sporo czasu, a my nie rozmawialiśmy później. 
- Zobaczyłam, że siedzisz sam, to pomyślałam, że może bym się przysiadła- oznajmiłam.
- Jasne, siadaj- odparł. Usiadłam obok niego. 
- Jak tam było na wymianie?- zapytał.
- Nawet fajnie. Poznałam fajną dziewczynę i w ogóle gdyby nie ostatni dzień...- zamilkłam, bo nie mogłam nic więcej z siebie wydusić. On chyba zrozumiał, bo zapytał:
- A co u mojej siostry? Dawno ją widziałam. Nie przyznaje się do mnie- zaśmiał się. Opowiedziałam mu o jej zerwaniu z Peterem. Nie był zaskoczony, gdy powiedziałam mu o moich wątpliwościach co do jego przyczyny. 
- Mi też to nie pasuje- oznajmił.- Ona nigdy nie rozstaje się z nikim, bo jej się znudził. Zawsze ma jakiś ważny powód.
 Siedzieliśmy przez chwilę cicho. Później Jason wstał i zapytał:
- Masz ochotę się przejść?
- Jasne- odpowiedziałam, wstając. Poszliśmy przez korytarz, rozmawiając. Przeszliśmy obok kilku klas, pokoju nauczycielskiego, weszliśmy na piętro i szliśmy jeszcze długo, kiedy dostrzegliśmy Willa siedzącego na ławce. Już miałam do niego podejść, ale coś mnie zatrzymało. Nie wiem co, ale po prostu nie pozwoliło mi tam iść.  Staliśmy przez chwilę z Jasonem w ciszy, wpatrując się na Willa.W końcu zdecydowałam, że po prostu zawrócimy, ale wtedy podeszła do niego jakaś dziewczyna. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to Kate. Wymieniłam z Jasonem spojrzenia. Wiedziała, że on też chce wiedzieć o co tu chodzi, więc przemknęliśmy się za jakąś ogromną rzeźbę. Z tej kryjówki my widzieliśmy ich dokładnie a oni nas nie. Usiedliśmy na podłodze i patrzyliśmy jak Katherina podchodzi do Willa i mówi:
- Chciałeś się ze mną spotkać?- zapytała. Will popatrzyła na nią i odpowiedział:
- Tak. Chyba musimy pogadać.
- Niby o czym?- zapytała Kate.
- Dobrze wiesz- odpowiedział, wstając z ławki.- Nie myśl, że zapomniałem co się wydarzyło pod koniec czerwca!
- Miałam nadzieję, że zapomnisz, bo nie ma sensu do tego wracać!- wrzasnęła.
 Niczego nie rozumiałam. O czym oni w ogóle mówili? Niby co wydarzyło się pod koniec czerwca? Kate i Will nawet się nie bardzo kolegowali, a tu nagle jakieś sekrety między nimi? To się nie trzymało kupy.
- Niby dlaczego nie?- zapytał Will, przybliżając się do niej. Katherina zrobiła krok wstecz. Patrzyli na siebie i przez chwilę milczeli. W końcu Will dodał:- Przecież wiem, że gdyby nie Maddy...
 Teraz jeszcze Maddy? Naprawdę tego nie rozumiałam.
- Ale ona jest twoją siostrą!- zawołała Kate. - Dobrze wiesz, że ona by nie chciała, żebyśmy...
- Niektórzy uważają inaczej- przerwał jej.
- Niby kto?
- Nieważne, ale wiesz, że oboje tego chcemy i...
- Ja tego nie chcę!- Moja przyjaciółka zdawała się być jeszcze bardziej zdenerwowana.- Nie za cenę utraty przyjaciółki!
- Ale kto powiedział, że ją stracisz?- zapytał Will. Przez chwilę oboje milczeli. Popatrzyłam na Jasona i wiedziałam, że on również ni ma pojęcia, o czym gadają. Gapiliśmy się na nich z zaciekawieniem. O co mogło chodzić? Przecież oni nawet rzadko rozmawiali, więc skąd się wzięła ta ich cała kłótnia. Patrzyłam jak Katherina, ze spuszczonym wzrokiem, znowu się cofała. Will podszedł do niej, a ona w końcu wpadła na ścinę. Stłumiłam śmiech. 
- A gdybyśmy się pokłócili, to co miałaby zrobić?- spytała Kate.- Musiałaby wybrać jedno, tracąc drugie.
- Nie koniecznie, Kate- powiedział Will, stając na przeciwko niej. - Jakoś dałaby radę.
- A jeśli nie da? Will, to moja przyjaciółka, a twoja siostra! Nie możemy jej tego zrobić!
- Kate, proszę cię- powiedział cicho.
- Nie, Will- odparła.- Jeżeli tyle chciałeś mi powiedzieć, to wracam do pokoju.
Odwróciła się od niego i zaczęła się oddalać. Will stał w miejscu, jakby oszołomiony, tym , że go zostawiła. Patrzyłam się na niego i na nią, idącą powoli korytarzem. Chciałam krzyczeć do Kate, żeby zawróciła. Nie wiem dlaczego. Może po prostu pragnęłam dowiedzieć się o co chodziło. Na wszelki wypadek zakryłam sobie usta dłonią. Dzięki Bogu nie musiałam krzyczeć, bo Will zrobił to za mnie:
- KATHERINA!- wrzasnął. Słysząc swoje imię, Kate odwróciła się. Will pobiegł do niej i złapał za rękę. Pociągnął ją w miejsce, gdzie stali wcześniej. Puścił jej dłoń, jednak ona nie odeszła. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Will owinął rękę wokół jej talii. Kate zamknęła oczy. I wtedy ją pocałował. 
 Dotarło to do mnie dopiero po jakimś czasie gapienia na nich, całujących się. Miałam ochotę wrzasnąć, ale na szczęście moje dłoń nadal znajdowała się na ustach. Nie pamiętam czy położyłam ją tam znowu, czy w ogóle jej nie zabierała, ale to się nie liczyło. Liczyli się tylko oni. William i Katherina. Katherina i William. Nigdy nie pomyślałabym, że może kiedyś to się tak skończyć. Po chwili przypomniałam sobie moją rozmowę z Willem podczas wakacji. To o nią mu chodziło. No fakt, wszystko zaczęło się pod koniec czerwca. 
 W końcu odeszli od siebie. Kate uśmiechnęła się do niego.
- Nadal uważasz, że nic z tego nie będzie?- zapytał.
- Uważam, że powinniśmy dać sobie szansę. Maddy zrozumie- powiedziała.- Ale może nie mówmy jej na razie.


~*~*~

 Siedzieliśmy przy stoliku w ósemkę: ja, Jackson, Maddy, Luke, Jason, Katherina, Will i Percy. Tylko ja i Jason wiedzieliśmy o Willu i Kate. Co chwilę patrzyłam na nich, siedzących jak gdyby nigdy nic obok sobie i spokojnie rozmawiając. Wymieniłam z Jasonem spojrzenia i zaczęłam się śmiać. Wiem, że nie powinnam, ale nie mogłam się powstrzymać. Kate i Will. To było takie niemożliwe! A jednak. Wszyscy gapili się na mnie jak na głupka.Tylko Jason wiedział co mnie rozśmieszyło. Kiedy przestałam się śmiać znowu na nich popatrzyłam. Uśmiechnęłam się, myśląc, że Katherina Czarnecka brzmi pięknie.