Stałam przed autobusem, czekając na Jacksona, który miał przynieść mi walizkę. Wcale nie chciałam go wykorzystywać. Sam się uparł. Stałam na dworze, drżąc z zimna, które, mimo mojej grubej kurtki i swetra, przeszywało moje ciało tak jakbym była w samym podkoszulku. Wpatrywałam się w zamek z niechęcią. Nie miałam najmniejszej ochoty wracać do szkoły. Te dni spędzone z Jacksonem i jego matką były naprawdę cudowne. Żałowałam, że ferie świąteczne trwały tak krótko. Co prawda mogliśmy zostać jeszcze na trzy dni, ale wtedy ominąłby nas bal sylwestrowy, a tego bym nie przeżyła.
Jackson był dzisiaj dla mnie wyjątkowo miły. Nie byłam pewna czy po prostu chciał być dobrym chłopakiem, czy pamiętał o naszej rocznicy. Dzisiaj bowiem mijał rok odkąd zaczęliśmy się spotykać. Samo w to nie wierzyłam. Trochę ponad rok temu byłam dziewczyną bez chłopaka, podkochującą się w Jacksonie Wardzie, a teraz byłam jego dziewczyną.
- Hej, Saro - usłyszałam za sobą męski głos. Odwróciłam się i zobaczyłam Jasona Simpsona, brata Kate.
- Cześć, Jasonie - uśmiechnęłam się do niego. - Jak tam święta.
- Dobrze - oznajmił. - Tylko moja siostra doprowadzała mnie do szału.
- A co takiego robiła?
- Próbowałem ją na wszystkie sposoby złamać, żeby się przyznała, że ma chłopaka, ale ona się nie daje. Nawet przed rodzicami to ukrywa.
Zaśmiałam się. Kate od kilku miesięcy spotyka się z Willem Czarnecki i nadal myślą, że nikt o tym nie wie. Właściwie, nikt o tym nie wie z wyjątkiem mnie i Jasona.
- Nie martw się. Niedługo i tak wszyscy się o tym dowiedzą. Jak długo można coś ukrywać?
W tej chwili podszedł Jackson i poszliśmy w stronę zamku.
Dzień minął szybko. Praktycznie cały czas spędziłam z Jacksonem. Dopiero po dwudziestej poszłam do swojego pokoju i miałam czas na plotkowanie ze swoimi współlokatorkami. Długo rozmawiałyśmy, żartowałyśmy, śmiałyśmy się. Za każdym razem kiedy Kate zaczynała coś mówić myślałam, że wreszcie nam powie, ale ona jakoś nie schodziła na ten temat. W końcu zaczęło mnie to denerwować. Nie dziwiłam się Jasonowi, że wkurzyło go spędzenie z nią tylu dni w jednym domu.
~*~*~
- Nie powinnaś iść w tej sukience, Sam - mruknęła Maddy. - Jest zbyt ciemna.
Siedziałyśmy w swojej sypialni i przegotowywałyśmy się do balu. Katherina malowała mi paznokcie, Maddy szukała butów, a Sam odpowiedniej sukienki.
- Myślisz, że ta jest lepsza? - zapytała, wskazując błękitną sukienkę na ramiączkach.
Maddy kiwnęła głową.
- Na twoim miejscu, Kate, ubrałabym się inaczej - powiedziałam. - W tej sukience wyglądasz ładnie, ale nie sądzę, żebyś zachwyciła tym jakiegoś chłopaka, a chyba chcesz go znaleźć na balu, co nie? Już od dawna jesteś sama, więc...
- Nie potrzebuję chłopaka! - krzyknęła moja przyjaciółka troszeczkę za głośno, bo dziewczyny dziwnie się na nią popatrzyły. Stłumiłam śmiech.
Była siedemnasta, kiedy do naszych drzwi zapukali chłopcy. Otworzyłam je i do pokoju weszli Jackson i Matthew. Mady nie znalazła sobie partnera, a Katherina przecież nie mogła zaprosić Willa. Poszliśmy do sali gimnastycznej. Bal już się rozpoczął. Usiedliśmy przy stoliku i przez chwilę rozmawialiśmy, ale potem zaczęli puszczać lepsze piosenki, więc wszyscy, oprócz mnie i Jacksona, poszli tańczyć. Z zazdrością patrzyłam na pary wirujące na parkiecie, jednak moja kostka nie wyzdrowiała na tyle, żebym mogła tańczyć. Siedzieliśmy z Jacksonem, rozmawiając. Było mi trochę głupio, że marnuję mu bal. Pewnie z chęcią by zatańczył. Na szczęście nie wydawał się zasmucony.
Czas powoli mijał i w końcu przysiadli się do nas Matthew i Sam. Matt zaczął opowiadać coś Jasonowi. Samanta usidła bliżej mnie.
- Nigdy nie zgadniesz kogo widziałam - szepnęła.
- Kogo?
- Willa i Kate.
- CO?! Widziałaś ich razem?! Co robili?!
- A co mieli robić? - zapytała, patrząc na mnie ze zdziwieniem. - Jesteśmy na balu. Tańczyli.
Czułam jak opada ze mnie cała ekscytacja. Już myślałam, że zobaczyła jak się całują lub coś takiego. Nudziło mnie to ukrywanie przed wszystkimi. Już miałam nadzieję, że będę mogła o tym pogadać z Samantą.
- To co w tym dziwnego, że tańczyli? - spytałam.
- No, nie wiem. Po prostu to, że byli razem.
Zaczęłam szukać ich wśród tańczących. Nie znalazłam ich, za to spostrzegłam kogoś innego. Profesor Been tańczyła z profesorem McDowerem. Żaden z uczniów nie pomyślałby, że coś jest między nimi, ale ja to wiedziałam, więc miło było na nich patrzeć.
- Saro, masz ochotę się przejść? - zapytała Sam. - Nasi partnerzy chyba są zbyt pochłonięci dyskusją, żaby się nami zająć.
Rzeczywiście Jackson i Matt rozmawiali ze sobą i zdawali się nas nie zauważać. Wstałam z ławki. Sam zrobiła to samo.
- Idziemy na spacer - powiedziała do Matta, ale ani on, ani Jackson chyba tego nie zauważyli.
Szłyśmy korytarzem, a moja przyjaciółka opowiadała mi o swoich świętach. Okazało się, że była we Włoszech u jakiejś swojej ciotki. Poznała tam przystojnego Włocha, ale go spławiła za względu na Matta. Ja opowiedziałam jej o moich. Z zaciekawieniem słuchała szczególnie o tym, jak mnie prawie napadnięto.
Naglę Sam stanęła.
- Co się stało? - zapytałam. Wyciągnęła rękę i wskazała miejsce, gdzie przyłapałam Willa i Kate. Tym razem nie oni tam stali. Stała tam profesor Benn i profesor McDower.
Stałyśmy przez chwilę w miejscu przyglądając się im. Po chwili jednak usłyszałyśmy czyjeś kroki. W naszą stronę zbliżała się grupka uczniów. Nie miałam pojęcia dlaczego poczuła, że nie mogę dopuścić, żeby zobaczyli moich nauczycieli, więc kiedy ich zobaczyłam, odezwałam się:
- Nie radziłabym tam iść - ostrzegłam. - Ktoś tam rozlał jakiś paskudny eliksir. Strasznie się dymi i cuchnie tam tak w chlewie.
Popatrzyli na mnie ze zdziwieniem, ale na szczęście poszli.
- Też już idziemy? - zapytała Sam.
- Żartujesz? Pomogłyśmy im zatrzymać ten związek w tajemnicy. Są nam coś dłużni. Idziemy posłuchać o czym będą gadać.
Pociągnęłam ją za rękę i stanęłyśmy za rzeźbą, w tym samym miejscu, z którego podglądałam Kate i Willa.
Profesor Been stała obok swojego ukochanego i coś mówiła mu na ucho. Kiedy skończyła oboje się zaśmiali. Przez chwilę panowała cisza. W końcu przerwała ją Been.
- Pamiętasz jak rok temu tutaj przyszliśmy? - zapytała.
McDower uśmiechnął się.
- Jak mógłbym nie pamiętać. Od tego dnia zupełnie zmieniło się całe moje życie.
Pocałował ją w policzek.
Przez chwilę się zastanawiałam co mogło się tu takiego wydarzyć, ale w końcu przypomniałam sobie co kiedyś powiedziała mi Been. Zaczęli ze sobą chodzić na balu sylwestrowym, czyli mieli dzisiaj swoją pierwszą rocznicę.
- W tym roku jest tutaj tak samo jak w zeszłym - zauważyła Been. - Zobacz! - wskazała jedną z jemioł wiszących na nimi. - Wisi w tym samym miejscu, gdzie tamta pod którą mnie pierwszy raz pocałowałeś.
Uśmiechnęła się do niego. Spróbowałam sobie wyobrazić jak McDower ją całuje i zrobiło mi się niedobrze.
- Wiem, Violett - powiedział. Trochę mi zajęło zanim zrozumiałam, że to jej imię. Zastanowiłam się czy o nim zapomniałam, czy po prostu nigdy go nie słyszałam. - Specjalnie kazałem ją tu przyczepić.
- Po co? - zapytała Been, przechodząc trochę bliżej tej jemioły.
McDower podszedł do niej. Złapał ją za rękę i pociągnął po jemiołę. Zaczęli się całować. Wymieniłam z Samantą spojrzenia.
- No więc, Robercie, po co? - Been powtórzyła po chwili swoje pytanie.
Nie doczekała się odpowiedzi. Zamiast tego McDower uklęknął przed nią na jednym kolanie, wyjął z kieszeni małe pudełeczko i otworzył je.
Zakryłam usta ręką, żeby przypadkiem nie wymknęło mi się żadne westchnienie. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę.
- Violett Been, czy zostaniesz moją żoną?
Poczułam jakiś ucisk w brzuchu. Wirowało mi w głowie i miałam ochotę zemdleć. Ręce trzęsły mi się, chociaż to nie ja powinnam być zdenerwowana.
Spojrzałam na Samantę. Wpatrywała się w tę scenę szeroko otwartymi oczami. Złapała się z naszyjnik i zaczęła go nerwowo obracać.
Been stała przed nim, najwidoczniej równie zaskoczona jak my. Przez chwilę tylko się na niego patrzyła. Po chwili jednak się odezwała:
- Tak - powiedziała i rzuciła się mu na szyję.
hahah . fajny rozdział :D
OdpowiedzUsuńhahahaha. Violett z Robciem! Ahh! Co za piękna miłość!
OdpowiedzUsuńNo nie?! Będą teraz na chemii pisać już jako narzeczeni!
Usuń