Szłam ulicami Londynu szybkim krokiem, żeby jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Nie chciałam chodzić po nocy, a była już dwudziesta czwarta. Mimo, że szłam już od godziny, nadal byłam daleko od domu Jacksona, do którego pragnęłam się dostać. Nie wiem, co ja sobie myślałam, wychodząc. Jego dom znajdował się na drugim końcu miasta i nie było szans, żebym dotarła tam przed drugą. A nawet jeśli, to co miałabym zrobić? Zadzwonić do ich domu i czekać aż mi otworzą, a następnie po prostu wejść do środka? To nie miało sensy. Na dodatek moja walizka była okropnie ciężka.
Minęła kolejna godzina, a ja nadal byłam strasznie daleko. Kiedy moje nogi nie były w stanie iść dalej, weszłam do jakiegoś baru. Pożałowałam tego, gdy tylko otworzyłam drzwi. W środku siedziało wiele pijaczków, którzy, sądząc po ich minach, chętnie zaopiekowaliby się taką samotną, bezbronną szesnastolatką. Nie mogłam jednak iść dalej, więc podeszłam do baru i usiadłam na wysokim krześle. Barman popatrzył się na mnie i zapytał:
- Nie za młoda na siedzenie w barach po północy?
- Lepsze to niż siedzenie w moim domu - mruknęłam.
- Coś podać?
- Kawę - odparłam. - Rozpuszczalną.
Czekałam na napój, rozkoszując się ciepłem, które panowało w lokalu. Na dworze było okropnie zimno i padał śnieg. Po chwili podszedł do mnie jakiś facet.
- Hej, ślicznotko - powiedział, siadając na krześle obok. - Zgubiłaś się? Bo chętnie bym ci pomógł znaleźć drogę, nie koniecznie do domu.
- Nie, dziękuję- uśmiechnęłam się. - Dam sobie radę.
Koleś jednak nie miał zamiaru się odczepić. Przysunął swoje krzesło bliżej mojego. Czułam jak strasznie śmierdzi alkoholem, papierosami i wymiotami.
- Na pewno? - dopytywał się. - Ja bym się tobą zajął, ślicznotko.
Odsunęłam się od niego, ale on nie dawał z wygraną:
- Mogę ci postawić drinka, jeśli chcesz - zaproponował, szczerząc zęby. - Albo...
- Edd, odczep się od dziewczyny! - przerwał mu barman, za co byłam mu bardzo wdzięczna. Edd spiorunował go wzrokiem, ale odszedł ode mnie. Barman podał mi kawę.
- Dziękuję - powiedziałam.
Dlaczego nie wzięłam ze sobą szalika? Szłam już trzecią godzinę, a moja szyja po prostu zamarzała. Byłam na siebie okropnie zła. Kto normalny nie zabiera ze sobą szalika, kiedy ucieka z domu? Mogłam też wzięć rękawiczki, bo moje dłonie nie za dobrze znosiły mróz.
Mijały minuty, a ja ciągle nie byłam blisko. Musiałam trochę zwolnić tępo. Kiedy przechodziłam obok jakiegoś osiedla, usłyszałam głos:
- Ej, ty!
Odwróciłam się i zobaczyłam chłopaka. Miał mniej więcej osiemnaście lat. Podszedł do mnie.
- Co taka mała dziewczynka jak ty, robi w tak niebezpiecznym miejscu i to na dodatek sama?
Próbowałam odejść, nie zwracając na niego uwagi, ale złapał mnie za rękę.
- Chyba nie sądzisz, że mógłbym cię puścić? Rzadko zdarza mi się tu kogoś spotkać o tej porze, a zwłaszcza dziewczynę.
Pociągnął mnie ku sobie. Zaczęłam się wyrywać, ale jego uścisk był zbyt silny. Czy już naprawdę nie da się przejść w nocy spokojnie po Londynie? Bez pijaków z barów i gwałcicieli z osiedli? Nie miałam innego wyjścia. Musiałam sobie pomóc.
- Dertondo! - szepnęłam, a chłopak upadł na ziemię, uwalniając mnie. Pobiegłam dalej.
Doszłam do jakiegoś parku. Wiedziałam, że muszę przez niego przejść, bo druga droga jest o połowę dłuższa. Weszłam do parku, modląc się, żeby nikogo nie spotkać.
Przez kilkanaście minut było dobrze. Nikogo nie zobaczyłam i co ważniejsze, nikt nie zobaczył mnie. Wszystko byłoby piękne, gdyby nie wystający z ziemi korzeń, o który się potknęłam.
Leżałam na śniegu, czując niesamowity ból w prawej kostce. Próbowałam wstać, ale ból nogi był zbyt silny. Upadłam znowu i nie dałam rady się podnieść. Leżałam na śniegu, zaciskając zęby. Ból stawał się coraz silniejszy. Chciałam wstać, ale nie byłam w stanie. Czułam, że powieki same mi się zamykają.
~*~*~
Kiedy otworzyła oczy, zobaczyłam ciemność. Czułam ból nie tylko kostki, ale także głowy. Po za tym było mi strasznie zimno.
Po chwili uświadomiłam sobie, że na przeciwko mnie siedzi Jackson. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się.
- W końcu się obudziłaś - powiedział. Podał mi jakąś butelkę, chyba z wodą, i dodał:- Wypij trochę.
Spełniłam jego prośbę. Ku mojemu zaskoczeniu, napój nie smakował jak woda. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie piłam.
- Co to jest? - zapytałam.
- Lekarstwo - odparł Jackson. - Jak się czujesz?
- Okropnie - wyznałam. - Boli mnie głowa i kostka i w ogóle wszystko.
Jackson jedną ręką pogłaskał mój policzek, a drugą położył mi coś zimnego na czole.
- Zamknij oczy, Saro - powiedział cicho. - Musisz odpoczywać.
- Nie chcę - wymamrotałam.
- Dlaczego?
- Bo jak je znowu otworzę to ciebie już nie będzie - szepnęłam. Jackson siedział przez chwilę w milczeniu, ale w końcu spytał:
- Myślisz, że to sen?
Kiwnęłam głową.
- Albo wytwór mojej chorej wyobraźni - dodałam.
Jackson nachylił się nade mną i pocałował mnie w czoło.
- Śpij, Saro. Proszę.
Zamknęłam oczy.
haha gwałciciele. kojarzy ci się to z takim jednym serialem chyba hiszpańskim . :D . haha świetny rozdział.
OdpowiedzUsuńHaah ! Nawet nie pomyślałam o tym serialu! Ale w sumie masz racje
Usuńi to kurde chodziło o mnie. może napisać o tym na blogu .
Usuńa Jackson nie opowiedział kto cię znalazł? bo na pewno nie on!
OdpowiedzUsuńjaki opiekuńczy ! ja też tak chcę ! ja chcę żeby Peter też był taki !
OdpowiedzUsuńPeter taki jest! On jest idealny
Usuń