Rozdział dedykowany Andromedzie i Carmen.
~*~*~
Kilka miesięcy minęło mi bardzo szybko. Miałam bardzo dużo nauki, a Jackson jeszcze bardziej. Mimo to staraliśmy się spotykać jak najczęściej.
W końcu nadeszły święta. Oczywiście musiałam wrócić do domu. Moja matka i Josh jak zwykle się mną wysługiwali. Tym razem matka zagroziła, że jeżeli ucieknę z domu, to nie mam co się więcej tam pokazywać. No i była Kristin. Właściwie tylko dzięki niej wytrzymywałam to wszystko.
Dwudziestego piątego grudnia obudziły mnie bliźniaczki. Złożyły mi życzenia z okazji urodzin i wręczyły prezent - śliczną spódnicę. Podziękowałam im i razem zeszłyśmy na śniadanie. Było dopiero po ósmej, więc w kuchni była jedynie Kristin.
- Wszystkiego najlepszego, Saro - powiedziała, gdy tylko mnie zobaczyła.
- Dziękuję.
- Mam dla ciebie prezent.
Podała mi małą paczuszkę. W środku były perfumy. Szybko zaniosłam je do swojej sypialni i wróciłam do kuchni. Na śniadanie były tosty.
Jak można się było spodziewać, matka nawet nie zauważyła, że są moje urodziny. Zrobiła nam awanturę, że nie kupiłyśmy jej i Joshowi prezentów na Boże Narodzenie. Dopiero Kristin ją jakoś przebłagała i matka się uspokoiła.
O godzinie dwudziestej zasiedliśmy do świątecznej kolacji. Atmosfera była jednak mało świąteczna. Josh co chwilę wydzierała się na mnie, Isabell, Jesikę lub Kristin. Matka ciągle narzekała na to, że nie pojechaliśmy do Hiszpanii jak dwa lata temu. Bliźniaczki rozmawiały ze sobą cicho. Ledwo wytrzymałam przy stole pół godziny. Później matka stwierdziła, że chce pooglądać telewizję, więc razem z Joshem udali się do salonu. Ja pomogłam Kristin sprzątać. Zajęło to nam jakąś godzinę. Dużo bardziej jednak wolałam pracować w kuchni niż siedzieć z matką.
- To jak tam ci idzie w szkole? - zagadnęła Kristin.
- Dużo nauki, ale jakoś daję radę. Chociaż chciałabym więcej czasu spędzać z przyjaciółmi. No i z Jacksonem.
Kristin uśmiechnęła się.
- Jesteście już długo ze sobą, prawda?
- Mniej więcej dwa lata.
- To dobrze, że znalazłaś chłopaka, któremu naprawdę na tobie zależy.
- Też się z tego powodu cieszę.
Naglę usłyszałam głos matki.
- Sarita, przynieś coś do picia!
Nalałam do szklanki wody gazowanej i poszłam jej zanieść.
- Dlaczego nie sok? - spytała z niezadowoleniem.
- Nie mówiłaś, że chcesz...
- Mogłaś się domyślić.
Wróciłam do kuchni, wylałam wodę i nalałam soku. Zaniosłam go matce.
- Dlaczego nie przyniosłaś Joshowi?
- Nie mówi....
- Domyśl się!
Znów poszłam do kuchni. Nalałam soku do szklanki i wróciłam do salonu.
- Josh wolałby wodę.
- Co?
- Wodę.
- Nie mogłaś mi wcześniej powiedzieć?
- Nie mogłaś się domyślić? Idź i przynieś mu wodę!
Chwilę stałam w milczeniu, ale w końcu nie wytrzymałam:
- Sama rusz tyłek i weź to co będziesz chciała, a nie ciągle marudzisz!
Po tych słowach pobiegłam do swojego pokoju, nie zwracając uwagi na wrzaski matki. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na zegarek. W pół do jedenastej.
Przez długi czas leżałam na łóżku rozmyślając nad tym wszystkim. Czym sobie zasłużyłam na taką rodzinę? Nie mogłam się urodzić w szczęśliwym domu? Mieć normalną matkę, mieszkać z ojcem... Ale oczywiście mi musiało się trafić to piekło.
Nagle usłyszałam pukanie i to wcale nie do drzwi. Do okna. Podeszłam do niego, rozsunęłam zasłonkę i stanęłam jak wryta.
Na parapecie z drugiej strony siedział Jackson.
Szybko otworzyłam okno i wpuściłam go do środka.
- Co ty tu robisz?
- Jak mógłbym nie przyjść na twoje urodziny?
Podał mi małe pudełko w kształcie serca. W środku był naszyjnik.
- Boże, Jackson dziękuję. - Pocałowałam go w policzek. - Ale jak ty się tu dostałeś?
- Jestem czarodziejem, geniuszu.
- No tak. Usiądź. - Wskazałam mu łóżko, a sama na wszelki wypadek zamknęłam drzwi na klucz.
Usiadłam obok Jacksona.
- Jak tam święta? - spytał.
- Okropnie - wyznałam i zaczęłam mu o wszystkim opowiadać. Chyba jego najlepszą cechą było to, że tak dobrze potrafi słuchać, a na dodatek zawsze umie pocieszyć.
Leżeliśmy obok siebie na moim łóżku. Spojrzałam na zegarek. Za pięć północ.
- Zdajesz sobie sprawę jak długo już ze sobą jesteśmy? - zapytał Jackson.
- Tak. Ciągle pamiętam jak byłam w tobie zakochana na zabój, a ty zdawałeś się mnie nie zauważać.
- Tyle się zmieniło od tamtego czasu. Teraz jesteś najważniejszą osobą w moim życiu.
- A ja nadal jestem w tobie zakochana na zabój.
Spojrzałam na zegarek. Północ.
- Jackson? - odezwałam się, siadając.
- Tak? - odpowiedział, również siadając.
Spojrzałam mu w oczy.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
Przybliżyłam się do niego i pocałowałam go w usta. Jeszcze nigdy nie całowaliśmy się w ten sposób. Pocałunek był dużo bardziej namiętny od wszystkich innych. Jackson przyciągnął mnie do siebie i powoli zaczął rozpinać moją bluzkę.
Hihihiihihihihiiihihih <3
OdpowiedzUsuńCo się śmiejesz, łajzo?
Usuń