piątek, 15 marca 2013

Rozdział 41

  Siedziałam w jednej z londyńskich kawiarni ubrana w turkusową sukienkę, którą dostałam na urodziny od Kristin, w czarnych czółenkach na niezbyt wysokim obcasie i z dużym bukietem w ręku. Czekałam na Jacksona, który, jak to mężczyźni mają w zwyczaju, się spóźniał. W końcu drzwi kawiarni otworzyły się i do środka wszedł mój chłopak ubrany w ciemny garnitur. Popatrzyłam na niego, zniecierpliwiona.
- Cześć, lizusie - uśmiechnął się do mnie. 
  Pokręciłam głową.
- Nie jestem lizusem! 
- Nie wcale - zaśmiał się. - Bo przecież wszyscy uczniowie są zapraszani na ślub nauczycieli.
  Podeszłam do niego.
- Może lepiej już chodźmy zanim się rozmyślę i znajdę inną osobę towarzyszącą. 
  Złapałam go za rękę i wyszliśmy na zewnątrz. Odeszliśmy w miejsce, gdzie nikt nas nie widział. Jackson wyjął z kieszeni malutką fiolkę z eliksirem i rzucił ją pod nogi. Zamknęłam oczy. Czułam, jak wszystko dookoła wiruje. Zrobiło mi się niedobrze, ale, dzięki Bogu, się zatrzymaliśmy. Otworzyłam oczy. Staliśmy przed kościołem świętego Marcina. Niedaleko nas stało wiele ludzi ubranych w piękne stroje. Wśród zgromadzonych dostrzegłam dyrektora Akademii, profesor Parker - nauczycielkę magicznej biologii i profesora Jenkinsa od dziejów magii. Oczywiście ja i Jackson byliśmy jedynymi uczniami. 
- Może wejdźmy już do środka - zaproponował Jackson, a ja kiwnęłam głową.
  Zajęliśmy miejsce gdzieś z tyłu. W milczeniu czekaliśmy, aż wszyscy zajmą miejsca. Trochę to trwało, ale w końcu rozległy się pierwsze dźwięki "Marszu Weselnego" Mendelsona. Do kościoła weszła profesor Been, prowadzona przez jakiegoś starszego mężczyznę. Wyglądała nadzwyczajnie pięknie. Miała na sobie idealnie białą suknię bez ramiączek. Jej rudawe włosy były kręcone i upięte w koczek. Na jej twarzy malował się duży uśmiech, a jej oczy wręcz promieniowały szczęściem. Podeszła do profesora McDowera i stanęła koło niego. Kapłan zaczął swoją mowę i po chwili moi nauczyciele już wypowiadali słowa przysięgi małżeńskiej.
  Dyskretnie spojrzałam na Jacksona, który znudzonymi oczami przyglądał się tej scenie. Przez moją głowę przebiegło tysiące myśli i obrazów. Mój ślub z Jacksonem. Zobaczyłam siebie na miejscu Been i Jacksona na miejscu McDowera. Przysięgaliśmy sobie wieczną miłość, wkładaliśmy sobie obrączki... Może jeszcze za wcześnie na takie myślenie, ale dziewczyna przecież może sobie pomarzyć.
  W końcu cała ceremonia się skończyła. Wyszliśmy z kościoła i ustawiliśmy się w kolejce do składanie życzeń nowożeńcom. Trochę czekaliśmy, zanim przyszła nasza kolej. Daliśmy naszym nauczycielom prezent i złożyliśmy jakieś życzenia. Odeszliśmy od nich i wsiedliśmy do autobusu, który miał zawieść gości na wesele. 

  Usiedliśmy przy stoliku. Mimo że jechaliśmy niezbyt długo, w ciągu tej podróży bardzo zgłodniałam. W szybkim tempie pochłonęłam zupę, którą podano chwilę po naszym przybyciu. Oczywiście gorzej było z drugim daniem, bo nawet nie spojrzałam na talerz z jakimś tam kotletem. Musiałam się więc zadowolić ciastkami i innymi przekąskami.
  Trochę czasu minęło, zanim odeszliśmy od stołu. Poszliśmy z Jacksonem do drugiej sali, w której goście tańczono. Było tam dużo osób, więc trudno było znaleźć kawałek wolnego parkietu. Kiedy wreszcie się to nam udało, zaczęliśmy z Jacksonem tańczyć w rytm wolnej, spokojnej muzyki.
  Po wielu piosenkach poczuliśmy się zmęczeni. Wróciliśmy do stolika. Usiedliśmy obok siebie i w milczeniu przyglądaliśmy się osobom siedzącym na przeciwko nas. 
- Tamten chłopak pożera cię wzrokiem - szepnął mi do uch Jackson, wskazując chłopaka siedzącego trochę dalej. Spojrzałam na niego i stwierdziłam, że mój chłopak ma rację. 
- Jesteś zazdrosny?
- A powinienem?
- No nie wiem. On wygląda całkiem fajnie...
- A ja?
- Nie jestem pewna.
  Jackson nachylił się i pocałował mnie w policzek.
- Nadal nie jesteś pewna?
- Nie do końca...
  Pocałował mnie w usta. 
- A teraz?
- Oj, niech ci bę...
  Moje słowa przerwało trzaskanie drzwi. Spojrzałam w ich stronę i zobaczyłam, że stał w nich profesor Clark. Jakoś wcześniej nie zauważyłam, że go nie ma. Wydawał się niezbyt zadowolony. Patrzył prosto na profesor Been, a właściwie już McDower. Wymieniliśmy z Jacksonem spojrzenia.
  Trochę potrwało, zanim moja nauczycielka dostrzegła nowego gościa. Na jej twarzy pojawiło się najpierw zaskoczenie, a potem grymas, którego znaczenia nie potrafiłam odgadnąć. Złapała za rękę swojego męża. McDower niezbyt ucieszył się na widok Clarka. Wydawał się być jeszcze bardziej zły niż nauczyciel wróżbiarstwa. Szepnął coś Been i podszedł do niego szybkim krokiem. Kiedy był już przy nim Clark powiedział:
- Lepiej załatwmy to na zewnątrz, McDower.
  Wyszli.
  Spojrzałam na Jacksona. Był równie zdziwiony jak ja.
- Jak myślisz, o co chodzi? - spytałam.
- Nie mam pojęcia.
  Spojrzałam na Been, która stała w tym samym miejscu, w którym zostawił ją mąż. Minęło kilkanaście minut, zanim McDower wrócił. Clarka z nim nie było. Po chwili wszyscy zachowywali się jak gdyby nigdy nic.
- Chodź, może jeszcze potańczymy - zaproponował Jackson.

  Przed trzecią staliśmy już przed moim domem. Przed chwilą się tu przeteleportowaliśmy,  a teraz Jackson miał mnie zostawić i wrócić do siebie.
- Dzięki, że ze mną poszedłeś - powiedziałam.
- Dzięki, że mnie zaprosiłaś.
  Pocałowałam go w policzek.
- Do zobaczenia w szkole - mówiąc to, rzucił eliksir pod nogi. Po chwili już go nie było.

3 komentarze:

  1. Biedny Clark. widzi jak jego ukochana bierze ślub z faciem, którego on nienawidzi, jak on musi cierpieć. Szkoda mi go. Jeszcze go w szczura zamienili. ach. nie ma sprawiedliwości na tym świecie. V+V zawsze

    OdpowiedzUsuń