piątek, 23 listopada 2012

Rozdział 38 oczami profesor Been

  Kolejny raz rozejrzałam się po pokoju z niedowierzaniem. Nie byłam w mojej sypialni, a nawet nie w sypialni Roberta. Co najgorsze, byłam w pokoju uczniów. W pomieszczeniu znajdowały się jeszcze trzy łóżka, których spały jakieś dziewczyny. Byłam tak zdziwiona, że nie miałam pojęcia co o tym myśleć. Wstałam z łóżka i poszłam w stronę łazienki. Weszłam do środka i stanęłam przed lustrem. To co zobaczyłam zaskoczyło mnie tak bardzo, że musiałam zatkać usta dłonią, żeby nie zbudzić śpiących dziewczyn.
  W lustrze nie było mojego odpicia. Widziałam tam młodziutką dziewczynę, bladą jak ściana, bez żadnych piegów, z długimi falowanymi blond włosami i szmaragdowymi oczami. W niczym nie przypominała mnie, a najgorsze, że wiedziałam kim była owa dziewczyna. Była to Sarita Linares.
  Wróciłam do sypialni i stanęłam przy szafie. Nie miałam pojęcia, na których półkach znajdują się jej ubrania, więc wzięłam byle jakie. Przebrałam się i wyszłam z pokoju.
  Biegnąc, zastanawiałam się jak mogło do tego dojść. Dopiero po chwili zrozumiałam, że musi to być opóźniony efekt eliksiru, który Linares wczoraj na mnie wylała. Zaczęłam zastanawiać się nad miksturą, która naprawi to wszystko. I wtedy zobaczyłam moje własne ciało, biegnące w moją stronę.
- Ty! - krzyknęłam. - Coś ty mi zrobiła?
- Nie mam pojęcia - wyznała Linares. - Myślałam, że pani mi powie. 
- Chodźmy do mojego gabinetu - powiedziałam. 
  Szłyśmy korytarzami Akademii, dzięki Bogu jeszcze pustymi. W końcu dotarliśmy na miejsce. Gdy weszliśmy do środka spojrzałam w lustro, mając nadzieję, że tamto było zepsute. Niestety w zwierciadle znowu nie zobaczyłam siebie. 
  Sarita zaczęła mnie wypytywać co myślę na ten temat. Przedstawiłam jej mój punkt widzenia, który nie bardzo się jej spodobał. Powiedziałam też o antidotum, które byłoby gotowe nie szybciej niż na jutrzejszy wieczór. Linares zaczęła się użalać, że nie da rady.
- Musisz sobie jakoś poradzić. Za dwadzieścia minut masz lekcję z pierwszą klasą. Przyjdę do ciebie na przerwie i pomogę ci się przygotować do następnej lekcji. I lepiej nie mów nikomu, kim jesteś naprawdę. Teraz jednak muszę iść znowu być uczniem - przewróciłam oczami. Już miałam wychodzić, ale dostrzegłam w co ubrana jest Sara. Miała na sobie bluzkę, której nie nosiłam odkąd zauważyłam, że kiedy noszę Clark gapi się na mój biust. - I nałóż bluzkę z mniejszym dekoltem.
  Wyszłam ze swojego gabinetu i poszłam w kierunku sypialni, w której się obudziłam. Po drodze rozmyślałam nad tym co mnie czeka. Mam udawać dwa razy młodszą ode mnie dziewczynę, znowu być uczennicą, chodzić na lekcje, odrabiać prace domowe. Po prostu koszmar. Nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek będę musiała znowu stać się uczniem. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś usiądę po drugiej stronie biurka.
  Weszłam do sypialni. Dziewczyny już nie spały. Nie zwróciły na mnie uwagi, kiedy usiadłam na łóżku Linares. Dopiero po kilku minutach jedna z nich, Madeline Czarnecka, popatrzyła na mnie i spiorunowała mnie wzrokiem.
- Kristin cię nie nauczyła, że nie bierze się cudzych rzeczy bez pytania? - zapytała, a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie wiedziałam nawet kim jest ta cała Kristin.
- Nie czepiaj się, Maddy - powiedziała Katherina. - Wygląda w niej ładnie, więc chyba może ją nosić. A tak w ogóle to chyba powinnyśmy już iść na śniadanie.
  

  Siedziałyśmy przy stoliku, jedząc rosół. Jakimś cudem udało mi się przetrwać śniadanie i kilka lekcji. Na obiedzie jednak poczułam się znacznie gorzej. Z tęsknotą spojrzałam na stół nauczycielski i siedzącego przy nim Roberta. Bardzo chciałam być teraz z nim, a nie z przyjaciółmi Linares. 
- Cześć, Saro - usłyszałam za sobą męski głos. Odwróciłam się i zobaczyłam Jacksona Warda, rok starszego od Sary chłopaka, z którym chodziła. Usiadł koło mnie i już nachylił się, aby pocałować w policzek, ale odchyliłam się do tyłu niby rozglądając się za czymś. - Coś się stało? - zapytał.
- Nic - odpowiedziałam szybko. - Jak minął ci dzień?
- Beznadziejnie. Kartkówka z Dziejów Magii była niesamowicie trudna, a na eliksirach Been kazała mi usiąść w pierwszej ławce... - zaczął opowiadać o dzisiejszym dniu. Nie do końca go słuchałam, ponieważ wolałam wpatrywać się w Roberta pogrążonego w dyskusji z dyrektorem.

  Reszta dnia była dość spokojna. Gorzej było następnego.
  
  Siedziałam w bibliotece i pisałam wypracowanie z wróżbiarstwa. Nie chciało mi się zrobić tego wczoraj, więc musiałam zdążyć podczas przerwy. Akurat ten temat był prosty, więc całkiem nieźle mi poszło. Nagle drzwi otworzyły się i do środka wszedł Robert. Stanął obok bibliotekarki i poprosił ją o jakąś książkę. Podała mu ją.
- Widziałaś może dzisiaj Violett? - zapytał Robert. Kiedy usłyszałam moje imię, podniosłam wzrok. 
- Nie, dzisiaj nie, a o po co ci ona? 
- Muszę z nią pogadać, a mam wrażenie, że mnie unika. Jeżeli ją spotkasz, powiedz jej, że jej szukałem.
  Wyszedł.
  Poczułam się głupio. Robert nic nie wiedział, a ja nie mogłam wymagać od Sary, żeby zachowywała się wobec niego zupełnie jak ja. Ja samo nie zachowywałam się tak wobec jej chłopaka. Jednak to, że mój narzeczony myśli, że go unikam mnie nie ucieszyło.

  Napełniłam fiolki eliksirem. W końcu udało mi się go skończyć. Schowałam fiolki do kieszeni i poszłam do klasy od eliksirów. Linares już tam była. Niestety, nie miała dobrych wieści. Opowiedziała mi co przydarzyło jej się wczoraj. Historia ta wyjaśniała, dlaczego Robert uważa, że go unika. Dałam jej fiolkę i obydwie wypiłyśmy mikstury. Zawirowało mi w głowie i poczułam, że unoszę się nad podłogę. Kolana się pode mną ugięły, upadłam. Zamrugałam kilka razy i spojrzałam na swoje ręce. Poczułam ulgę, gdy zobaczyłam na nich wiele piegów. Znów byłam sobą. 
  Wyszłyśmy z klasy i przeszłyśmy kawałek korytarza razem. W końcu jednak musiałyśmy się rozdzielić.
- Dobranoc, Linares. Idę ratować mój związek - powiedziałam i oddaliłam się, mając nadzieję, że szybko znajdę swojego narzeczonego.

sobota, 17 listopada 2012

Rozdział 38

  Powoli wlałam krew żaby do swojego kociołka. Przez chwilę czekałam z niepokojem aż mój eliksir wybuchnie, tak jak mikstura Madeline, ale dzięki Bogu nic takiego się nie stało. Zawartość mojego kociołka przybrała ciemnozieloną barwę i zaczęła się z niego unosić. Spojrzałam do książki. Przeczytałam kilka linijek tekstu i odetchnęłam z ulgą. Wszystko było w porządku. Rozejrzałam się po klasie. Jako jedna z nielicznych sporządziłam przyzwoity eliksir zmiany postaci. Udało się to również Samancie, Lauren Stottelmeyer, Lelandowi Woody' emu i Angelinie Gorton. Katherina zbyt była zajęte opowiadaniem czegoś Maddy, żeby zobaczyć, że zawartość jej kociołka stała się żelkowata, wylazła ze środka i udała się w kierunku drzwi. Nie miałam zielonego pojęcia, co moja przyjaciółka zrobiła z tym eliksirem.
  Profesor Been przechodziła między kociołkami i mówiła każdemu, co zrobił źle. W końcu podeszła do mnie. Dokładnie przyjrzała się mojej miksturze i powiedziała, że nie jest zła. Kiedy skończyła swój obchód, wróciła do swojego biurka i oznajmiła:
- Te pięć osób, którym się udało niech wleją eliksir do fiolki i przyniosą mi go. Reszta ma napisać na następną lekcję wypracowanie na trzy strony o właściwościach tego eliksiru. 
  Przez klasę przebiegł jęk niezadowolenia. Wzięłam fiolkę i napełniłam ją eliksirem. Byłam już prawie przy biurku nauczycielki, kiedy potknęłam się o nogę Corneli. Na szczęście nie upadłam, bo w ostatniej chwili złapałam się jedną ręką krawędzi biurka. Niestety, drugą ręką, w której trzymałam fiolkę, machnęłam odruchowo tak, że cały eliksir wylał się na białą bluzkę profesor Been.
  Nauczycielka wzdrygnęła się. Popatrzyła na mnie i przygryzła wargę.
- Przepraszam, pani profesor - powiedziałam szybko. - Naprawdę nie chciałam. 
  Been przez chwilę patrzyła na mnie, milcząc. W końcu oznajmiła:
- Nic się nie stało, Linares. Wracaj na swoje miejsce.
  Szłam do swojego kociołka, mijając Cornelię, która uśmiechała się złośliwie. Stanęłam obok Samanty. Po kilku minutach zadzwonił dzwonek, więc wyszłyśmy z sali.

-  Hej, Saro - przywitała się Isabell, siadając przy moim stoliku podczas kolacji. - Słyszałam, że byłaś niegrzeczna na eliksirach - zaśmiała się.
- Wcale nie! - warknęłam.
- No oczywiście, bo to przecież nie ty się prawie wywaliłaś i nie oblałaś Been eliksirem, prawda?
- To nie była moja wina! Corneli podstawiła...
- Tak, tak. Tłumacz się, tłumacz. 
- Isabell! 
  Moja siostra uśmiechnęła się i zaczęła jeść swoją owsiankę. Poszłam w jej ślady. Kiedy skończyłam, wstałam od stołu i poszłam do swojego pokoju. Nikogo w nim nie było. Byłam tak zmęczona, że od razu poszłam się umyć. Gdy wyszłam z łazienki już przebrana w piżamę, nadal nikogo nie było. Położyłam się w łóżku i zasnęłam.

~*~*~

  Otworzyłam oczy i przez chwilę niczego nie rozumiałam. Rozejrzałam się po pokoju i stwierdziłam, że nie jest to moja sypialnia. Byłam bardzo zdziwiona. Czy to możliwe, żebym wczoraj w nocy pomyliła sypialnie? A może jakimś cudem teleportowałam się gdzieś w nocy? Jeszcze raz się rozejrzałam. Ściany były beżowe, przy jednej z nich stało biurko, trochę dalej mała szafka. Wstałam z łóżka i chciałam podejść do szafy. Po drodze zatrzymałam się przy lustrze. Zerknęłam w nie i wrzasnęłam.
  Nie byłam w stanie uwierzyć w to, co zobaczyłam. Przyglądałam się odbiciu z przerażeniem. W końcu podeszłam do szafy i wzięłam z niej jakieś ubrania. Szybko przebrałam się i wybiegłam z pokoju.
  Biegłam korytarzem Akademii Magicznej w kierunku mojej sypialni. Chciałam jak najszybciej się tam dostać. Dzięki Bogu było jeszcze wcześnie, więc nie zobaczyłam żadnego ucznia. Dopiero po jakimś czasie dostrzegłam kogoś, a dokładnie siebie samą biegnącą w moim kierunku.
- Ty! - wrzasnęła, kiedy mnie zauważyła. - Coś ty mi zrobiła?
- Nie mam pojęcia - oznajmiłam. - Myślałam, że pani mi powie.
- Chodźmy do mojego gabinetu.  
  Ruszyłyśmy do pokoju, w którym się obudziłam. Kiedy weszłyśmy do środka, znów spojrzałam w lustro. Było to dziwaczne, ale nie wyglądałam jak ja. Miałam brązowe włosy, błękitne oczy i cała byłam w piegach. Poza tym byłam stara. No może przesadziłam, wyglądałam jakbym była po trzydziestce. Byłam profesor Been.
  Zerknęłam na swoją nauczycielkę uwięzioną w moim ciele. Ona również przyglądała się z niesmakiem swojemu odbiciu. 
- Rozumie pani coś z tego? - zapytałam.
- Myślę, że to opóźnione działanie eliksiru, który na mnie wylałaś.
  Czułam, jak moje policzki stają się czerwone. Spuściłam wzrok.
- Uda mi się przyrządzić eliksir, który to odwróci, jednak zajmie mi to co najmniej dwa dni.
  Westchnęłam. 
- Mam być panią przez dwa dni? Nie umiem być nauczycielką! Nie wiem jak się uczy.
- Musisz sobie jakoś poradzić. Za dwadzieścia minut masz lekcję z pierwszą klasą. Przyjdę do ciebie na przerwie i pomogę ci się przygotować do następnej lekcji. I lepiej nie mów nikomu, kim jesteś naprawdę. Teraz jednak muszę iść znowu być uczniem - przewróciła oczami i już miała wychodzić, jednak odwróciła się i powiedziała: - I nałóż bluzkę z mniejszym dekoltem.
  Wyszła.
   Usiadłam na łóżku, rozmyślając nad tym co się w ogóle stało. Miałam być nauczycielką przez dwa dni. Nie miałam pojęcia jak się uczy eliksirów i wątpiłam, żebym zdążyła się tego nauczyć w dwadzieścia minut. Jak zobaczę tę Cornelię to chyba ją zabiję. 

  Pierwsze kilka lekcji jakoś udało mi się przeprowadzić. Gorzej było podczas obiadu, kiedy zamiast usiąść z moimi przyjaciółmi musiałam zająć miejsce przy stole nauczycielskim. Na szczęście obok profesora McDowera nie było miejsca. Jakoś sobie nie wyobrażałam, żebym mogła siedzieć obok niego. Usiadłam obok nauczyciela wróżbiarstwa, profesora Clarka. Dopiero wtedy pożałowałam, że nie posłuchałam się profesor Been i nie zmieniłam tej bluzki, bo Clark niewątpliwie rozmawiając ze mną nie patrzył na moje oczy. Z zazdrością spojrzałam na stolik, przy którym siedziała Been razem z Jacksonem, Maddy, Kate, Willem i Samantą. 
  
  Siedziałam w klasie eliksirów przy biurku, czytając jakieś wypracowanie. Byłam już w połowie, gdy weszła Been. Usiadła obok mnie.
- Chyba lepiej ja to sprawdzę - oznajmiła, a ja nie miałam jej tego za złe.
  Przeczytała kilka wypracowań. Następnie wytłumaczyła mi wszystkie rzeczy, które jutro będę musiała omawiać na lekcjach. 
- A tak w ogóle to załatwiłam ci piątkę z magicznej biologii - powiedziała, kiedy czyściłam jeden z kociołków. - I myślę, że całkiem nieźle mi poszło wypracowanie, które zadał ci Clark.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się. - A co z tym eliksirem, który wszystko odwróci?
- Już go zaczęłam. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze powinien być gotowy jutro wieczorem. 
  Umyłyśmy jeszcze kilka kociołków. Kiedy skończyłyśmy, wyszłyśmy. Been udała się do mojej sypialni, a ja do jej. Szłam powoli, mijając uczniów, mówiących mi dzień dobry. Byłam już w połowie drogi, gdy podszedł do mnie profesor McDower.
- Cześć, Violett - powiedział. - Mam jakieś dziwne wrażenie, że mnie unikasz.
- Ja? Niby dlaczego?
- Cały dzień się nie widzieliśmy. Nie spojrzałaś na mnie nawet podczas obiadu. Coś się stało?
- Nie, nic się nie stało. Tak po prostu wyszło.
- Czyli przyjdziesz dzisiaj do mnie na noc? - zapytał, przybliżając się do mnie.
  Zatkało mnie. Stanęłam w miejscu, mając ochotę zwymiotować. 
- Nie, raczej nie będę mogła - wybełkotałam. McDower przybliżył się do mnie jeszcze bardziej.
- Dlaczego?
-Ja... - zaczęłam, ale nie miałam zielonego pojęcia co powiedzieć. McDower był już stanowczo za blisko mnie. Powoli odsuwałam się w stronę ściany. Nauczyciel złapał mnie za rękę i przyciągnął go siebie.
- Violett, o co chodzi? - zapytał. Przyciągnął mnie jeszcze bliżej. Nie wytrzymałam, wyrwałam się z jego uścisku.
- O nic nie chodzi, po prostu muszę już iść - powiedziałam, odbiegając od niego. 
  Wbiegłam go gabinetu Been i zamknęłam go na klucz. Szybko umyłam się i przebrałam w koszulę nocną. Położyłam się na łóżku i natychmiast zasnęłam.

  Kolejny dzień był dość spokojny. Udało mi się przeprowadzić kilka lekcji. Podczas wszystkich posiłków siadałam jak najdalej profesora McDowera, z czego raczej nie była zadowolony. Been też się nie ucieszy, kiedy się dowie, że będzie musiała się mu tłumaczyć. 
  O godzinie dwudziestej pierwszej siedziałam w klasie. Czekałam na Been, która zjawiła się dość szybko. Tak jak się spodziewałam, nie była zbyt zadowolona, kiedy opowiedziałam jej o wszystkim. Po chwili wyjęła z torby dwie fiolki z eliksirami.
- Są gotowe - powiedziała, podając mi jedną. - Wypij.
  Spełniłam jej rozkaz, a ona zrobiła to samo. Zamknęłam oczy. Zawirowało mi w głowie, ugięły się pode mną kolana. Poczułam, jakbym się unosiła w powietrzu. Otworzyłam oczy i spojrzałam przed siebie. Obok mnie siedziała profesor Been. Czyli znów wyglądałam jak ja. Obydwie wstałyśmy z podłogi. Wyszłyśmy z klasy.
- Dobranoc, Linares. Idę ratować mój związek - powiedziała Been, odchodząc. Poszłam w kierunku swojej sypialni.

sobota, 3 listopada 2012

Rozdział 37

- Och, ale piękny pierścionek, pani profesor. Skąd pani go ma? - zapytała Cornelia Raintell.
 Siedziałyśmy na lekcji eliksirów, a ona gapiła się na serdeczny palec naszej nauczycielki, na którym znajdował się srebrny pierścionek. Mogłam się tego spodziewać. Cornelia, największa lizuska w naszej klasie o ile nie w całej szkole, nie mogłaby nie prawić komplementów profesorce na temat jej nowej błyskotki.
  Been przewróciła oczami, zakłopotana. Następnie swój wzrok skierował ku mnie z niemą prośbą o pomoc. Zmarszczyłam czoło. Tego jeszcze nie było, żeby uczennica pomagała nauczycielce ukrywać jej związek.
- Zamknij ryj, Cornelia - warknęłam. - Nie musisz się już tak podlizywać. Jasne, że inaczej nie wyciągniesz na pozytywną ocenę, ale to już twój problem.
  Twarz Corneli nabrała barwy buraków. Miałam wrażenie, że zaraz się popłacze.
- Jak śmiesz?! - zawołała. - Pani profesor, ona obraziła mnie na lekcji. Taki czyn zasługuje na karę!
- Nie sądzę - mruknęła Been. Jasne, że nie mogła mi wlepić szlabanu. Pomogłam jej!
- Ale, pani profesor, ona mnie OBRAZIŁA!
- Załatwcie to między sobą. A teraz, Cornelio, może przypomnisz nam składniki eliksiru zmieniającego kolor włosów?
  Dziewczyna zrobiła się jeszcze bardziej czerwona i powiedziała, że nie potrafi wymienić ani jednego składnika.
   
 Siedziałam na podłodze w bibliotece. Przekartkowywałam jakąś książkę o magicznej odmianie warzyw i owoców. Zadano nam wypracowanie na trzy strony na ten temat. Już miałam połowę, ale nie mogłam już nic więcej wymyślić. Czytałam właśnie o pomidorach, które świecą w ciemności, kiedy do biblioteki wpadła Samanta. 
  Na pierwszy rzut oka widać było, że przebiegła całą drogę. Na czole miała kropelki potu, oddychała ciężko. 
- Sam, coś się stało? - zapytałam. 
  Dziewczyna podeszła do mnie. 
- Czy coś się stało?! Och, tak STAŁO SIĘ!
 Nie zdążyła jednak powiedzieć co, bo do biblioteki wbiegła Kate, wrzeszcząc:
- SAMANTA, POCZEKAJ!
Podeszła do nas i złapała Samantę za rękę.
- Sam, proszę, nic nie mów - powiedziała.
- Mam nic NIE MÓWIĆ?! Och, ty to chyba jesteś w tym MISTRZYNIĄ!
  Od razu domyśliłam się co się stało. Nie chciałam jednak przerywać ich kłótni. Wyręczyła mnie bibliotekarka, która spiorunowała je wzrokiem i oznajmiła:
- Jesteście w bibliotece. Mogłybyście się nie wydzierać?
  Moje przyjaciółki wymieniły spojrzenia. Sam już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale Kate była pierwsza.
- Błagam cię, Sam, nic nie mów. Nic takiego się nie stało.
- No chyba sobie żartujesz! Coś WIELKIEGO się stało!
- Ekhem - mruknęła bibliotekarka. 
- Sam, daj mi jeszcze trochę czasu. Później sama wszystko wyjaśnię. Wszystkim.
  Samanta przez chwilę się zastanawiała. Popatrzyłam na Kate. Powinna się cieszyć, że to ja ją wtedy przyłapałam. Gdyby to była Sam wiedzieliby o tym już wszyscy.
- Nie, Kate, nie mogę - oznajmiła. 
- Samanto Silverstone, błagam cię...
- ONA CHODZI Z WILLEM! - wypaliła Sam.
- Wiem - oznajmiłam, zanim ugryzłam się w język. 
- CO?! - zawołały obydwie naraz.
  Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, kiedy świdrowały mnie wzrokiem. Dlaczego byłam taka głupia i to powiedziałam? Naprawdę, sama siebie rozczarowuję. Żeby być aż tak mało inteligentnym...
- Skąd wiesz? - chciała wiedzieć Kate.
  Gapiłam się na podłogę, mając nadzieję, że sobie pójdą i zapomną o tym, co powiedziałam.
- Saro?
- Widziałam jak się całowaliście we wrześniu - wyznałam w końcu. Poczułam jakby zdjęto ze mnie jakiś ciężar. W końcu o tym powiedziałam. Już nie musiałam udawać, że nic nie wiem.
- We wrześniu?! - zawołała Sam. - Jak długo jesteście parą?!
  Kate patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Miałam ochotę krzyknąć: "Jason też wie!", ale nie chciałam być złą koleżanką. Siedziałam cicho, błagając w duchu, żeby sobie poszły. Niestety, moje prośby nie zostały wysłuchane. Kate i Sam stały nade mną i nie zamierzały odejść.
- Wiedziałaś o tym od września i nic nie powiedziałaś? - zdziwiła się Katherina.
- A jak miałam ci to powiedzieć? A może byś wolała, żebym zrobiła to co Sam? Chciałaś mieć tajemnicę to miałaś.
  Zapadła cisza. Wpatrywałam się w swoje dłonie i czekałam, aż odezwie się któraś z moich przyjaciółek. Długo milczałyśmy, nic nie robiłyśmy. Ta cisz coraz bardziej mnie denerwowała, ale nie śmiałam jej przerywać. W końcu Katherina usiadła obok mnie i mnie uściskała, trochę za mocno.
- Nawet nie macie pojęcia jak bardzo się cieszę, że już wiecie - westchnęła.

  Wpatrywałyśmy się w śnieg padający za oknem naszego pokoju. Madeline nie było z nami, więc mogłyśmy spokojnie dyskutować o związku Kate. Po wielu wymianach zdań doszłyśmy do wniosku, że nie powiemy jej jeszcze dopóki Katherina nie będzie gotowa. Nie wspomniałam jej też nic o Jasonie. Niech sama mu to wyzna. 
- To opowiadaj - rozkazała Samanta. - Jak to się zaczęło?
- To było w czerwcu...
- Mówiłyście, że we wrześniu! - przerwała jej Sam. 
- Tak, bo zaczęliśmy ze sobą chodzić we wrześniu. Wszystko jednak rozpoczęło się w czerwcu. Był koniec roku szkolnego. Miałam doła, a on próbował mnie rozweselić i tak jakoś wyszło, że się pocałowaliśmy. 
  Opowiadała i opowiadała, a my z Sam z zaciekawieniem słuchałyśmy. W końcu jednak do pokoju weszła Maddy i zmieniłyśmy temat.

piątek, 2 listopada 2012

Rozdział 36

 Stałam przed autobusem, czekając na Jacksona, który miał przynieść mi walizkę. Wcale nie chciałam go wykorzystywać. Sam się uparł. Stałam na dworze, drżąc z zimna, które, mimo mojej grubej kurtki i swetra, przeszywało moje ciało tak jakbym była w samym podkoszulku. Wpatrywałam się w zamek z niechęcią. Nie miałam najmniejszej ochoty wracać do szkoły. Te dni spędzone z Jacksonem i jego matką były naprawdę cudowne. Żałowałam, że ferie świąteczne trwały tak krótko. Co prawda mogliśmy zostać jeszcze na trzy dni, ale wtedy ominąłby nas bal sylwestrowy, a tego bym nie przeżyła. 
  Jackson był dzisiaj dla mnie wyjątkowo miły. Nie byłam pewna czy po prostu chciał być dobrym chłopakiem, czy pamiętał o naszej rocznicy. Dzisiaj bowiem mijał rok odkąd zaczęliśmy się spotykać. Samo w to nie wierzyłam. Trochę ponad rok temu byłam dziewczyną bez chłopaka, podkochującą się w Jacksonie Wardzie, a teraz byłam jego dziewczyną.
- Hej, Saro - usłyszałam za sobą męski głos. Odwróciłam się i zobaczyłam Jasona Simpsona, brata Kate.
- Cześć, Jasonie - uśmiechnęłam się do niego. - Jak tam święta.
- Dobrze - oznajmił. - Tylko moja siostra doprowadzała mnie do szału.
- A co takiego robiła? 
- Próbowałem ją na wszystkie sposoby złamać, żeby się przyznała, że ma chłopaka, ale ona się nie daje. Nawet przed rodzicami to ukrywa.
  Zaśmiałam się. Kate od kilku miesięcy spotyka się z Willem Czarnecki i nadal myślą, że nikt o tym nie wie. Właściwie, nikt o tym nie wie z wyjątkiem mnie i Jasona.
- Nie martw się. Niedługo i tak wszyscy się o tym dowiedzą. Jak długo można coś ukrywać?
  W tej chwili podszedł Jackson i poszliśmy w stronę zamku.

  Dzień minął szybko. Praktycznie cały czas spędziłam z Jacksonem. Dopiero po dwudziestej poszłam do swojego pokoju i miałam czas na plotkowanie ze swoimi współlokatorkami. Długo rozmawiałyśmy, żartowałyśmy, śmiałyśmy się. Za każdym razem kiedy Kate zaczynała coś mówić myślałam, że wreszcie nam powie, ale ona jakoś nie schodziła na ten temat. W końcu zaczęło mnie to denerwować. Nie dziwiłam się Jasonowi, że wkurzyło go spędzenie z nią tylu dni w jednym domu. 

~*~*~

- Nie powinnaś iść w tej sukience, Sam - mruknęła Maddy. - Jest zbyt ciemna.
 Siedziałyśmy w swojej sypialni i przegotowywałyśmy się do balu. Katherina malowała mi paznokcie, Maddy szukała butów, a Sam odpowiedniej sukienki.
- Myślisz, że ta jest lepsza? - zapytała, wskazując błękitną sukienkę na ramiączkach. 
Maddy kiwnęła głową.
- Na twoim miejscu, Kate, ubrałabym się inaczej - powiedziałam. - W tej sukience wyglądasz ładnie, ale nie sądzę, żebyś zachwyciła tym jakiegoś chłopaka, a chyba chcesz go znaleźć na balu, co nie? Już od dawna jesteś sama, więc...
- Nie potrzebuję chłopaka! - krzyknęła moja przyjaciółka troszeczkę za głośno, bo dziewczyny dziwnie się na nią popatrzyły. Stłumiłam śmiech.
  Była siedemnasta, kiedy do naszych drzwi zapukali chłopcy. Otworzyłam je i do pokoju weszli Jackson i Matthew. Mady nie znalazła sobie partnera, a Katherina przecież nie mogła zaprosić Willa. Poszliśmy do sali gimnastycznej. Bal już się rozpoczął. Usiedliśmy przy stoliku i przez chwilę rozmawialiśmy, ale potem zaczęli puszczać lepsze piosenki, więc wszyscy, oprócz mnie i Jacksona, poszli tańczyć. Z zazdrością patrzyłam na pary wirujące na parkiecie, jednak moja kostka nie wyzdrowiała na tyle, żebym mogła tańczyć. Siedzieliśmy z Jacksonem, rozmawiając. Było mi trochę głupio, że marnuję mu bal. Pewnie z chęcią by zatańczył. Na szczęście nie wydawał się zasmucony.
  Czas powoli mijał i w końcu przysiadli się do nas Matthew i Sam. Matt zaczął opowiadać coś Jasonowi. Samanta usidła bliżej mnie.
- Nigdy nie zgadniesz kogo widziałam - szepnęła.
- Kogo?
- Willa i Kate.
- CO?! Widziałaś ich razem?! Co robili?!
- A co mieli robić? - zapytała, patrząc na mnie ze zdziwieniem. - Jesteśmy na balu. Tańczyli.
 Czułam jak opada ze mnie cała ekscytacja. Już myślałam, że zobaczyła jak się całują lub coś takiego. Nudziło mnie to ukrywanie przed wszystkimi. Już miałam nadzieję, że będę mogła o tym pogadać z Samantą.
- To co w tym dziwnego, że tańczyli? - spytałam.
- No, nie wiem. Po prostu to, że byli razem.
  Zaczęłam szukać ich wśród tańczących. Nie znalazłam ich, za to spostrzegłam kogoś innego. Profesor Been tańczyła z profesorem McDowerem. Żaden z uczniów nie pomyślałby, że coś jest między nimi, ale ja to wiedziałam, więc miło było na nich patrzeć. 
- Saro, masz ochotę się przejść? - zapytała Sam. - Nasi partnerzy chyba są zbyt pochłonięci dyskusją, żaby się nami zająć.
 Rzeczywiście Jackson i Matt rozmawiali ze sobą i zdawali się nas nie zauważać. Wstałam z ławki. Sam zrobiła to samo.
- Idziemy na spacer - powiedziała do Matta, ale ani on, ani Jackson chyba tego nie zauważyli.

 Szłyśmy korytarzem, a moja przyjaciółka opowiadała mi o swoich świętach. Okazało się, że była we Włoszech u jakiejś swojej ciotki. Poznała tam przystojnego Włocha, ale go spławiła za względu na Matta. Ja opowiedziałam jej o moich. Z zaciekawieniem słuchała szczególnie o tym, jak mnie prawie napadnięto.
  Naglę Sam stanęła. 
- Co się stało? - zapytałam. Wyciągnęła rękę i wskazała miejsce, gdzie przyłapałam Willa i Kate. Tym razem nie oni tam stali. Stała tam profesor Benn i profesor McDower. 
  Stałyśmy przez chwilę w miejscu przyglądając się im. Po chwili jednak usłyszałyśmy czyjeś kroki. W naszą stronę zbliżała się grupka uczniów. Nie miałam pojęcia dlaczego poczuła, że nie mogę dopuścić, żeby zobaczyli moich nauczycieli, więc kiedy ich zobaczyłam, odezwałam się:
- Nie radziłabym tam iść - ostrzegłam. - Ktoś tam rozlał jakiś paskudny eliksir. Strasznie się dymi i cuchnie tam tak w chlewie. 
 Popatrzyli na mnie ze zdziwieniem, ale na szczęście poszli. 
- Też już idziemy? - zapytała Sam.
- Żartujesz? Pomogłyśmy im zatrzymać ten związek w tajemnicy. Są nam coś dłużni. Idziemy posłuchać o czym będą gadać.
  Pociągnęłam ją za rękę i stanęłyśmy za rzeźbą, w tym samym miejscu, z którego podglądałam Kate i Willa.
  Profesor Been stała obok swojego ukochanego i coś mówiła mu na ucho. Kiedy skończyła oboje się zaśmiali. Przez chwilę panowała cisza. W końcu przerwała ją Been.
- Pamiętasz jak rok temu tutaj przyszliśmy? - zapytała.
McDower uśmiechnął się.
- Jak mógłbym nie pamiętać. Od tego dnia zupełnie zmieniło się całe moje życie.
 Pocałował ją w policzek.
 Przez chwilę się zastanawiałam co mogło się tu takiego wydarzyć, ale w końcu przypomniałam sobie co kiedyś powiedziała mi Been. Zaczęli ze sobą chodzić na balu sylwestrowym, czyli mieli dzisiaj swoją pierwszą rocznicę.
- W tym roku jest tutaj tak samo jak w zeszłym - zauważyła Been. - Zobacz! - wskazała jedną z jemioł wiszących na nimi. - Wisi w tym samym miejscu, gdzie tamta pod którą mnie pierwszy raz pocałowałeś. 
 Uśmiechnęła się do niego. Spróbowałam sobie wyobrazić jak McDower ją całuje i zrobiło mi się niedobrze.
- Wiem, Violett - powiedział. Trochę mi zajęło zanim zrozumiałam, że to jej imię. Zastanowiłam się czy o nim zapomniałam, czy po prostu nigdy go nie słyszałam. - Specjalnie kazałem ją tu przyczepić.
- Po co? - zapytała Been, przechodząc trochę bliżej tej jemioły.
McDower podszedł do niej. Złapał ją za rękę i pociągnął po jemiołę. Zaczęli się całować. Wymieniłam z Samantą spojrzenia.
- No więc, Robercie, po co? - Been powtórzyła po chwili swoje pytanie. 
  Nie doczekała się odpowiedzi. Zamiast tego McDower uklęknął przed nią na jednym kolanie, wyjął z kieszeni małe pudełeczko i otworzył je.
  Zakryłam usta ręką, żeby przypadkiem nie wymknęło mi się żadne westchnienie. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. 
- Violett Been, czy zostaniesz moją żoną? 
  Poczułam jakiś ucisk w brzuchu. Wirowało mi w głowie i miałam ochotę zemdleć. Ręce trzęsły mi się, chociaż to nie ja powinnam być zdenerwowana. 
 Spojrzałam na Samantę. Wpatrywała się w tę scenę szeroko otwartymi oczami. Złapała się z naszyjnik i zaczęła go nerwowo obracać.
  Been stała przed nim, najwidoczniej równie zaskoczona jak my. Przez chwilę tylko się na niego patrzyła. Po chwili jednak się odezwała:
- Tak - powiedziała i rzuciła się mu na szyję.