Obudziłam się i nie miałam pojęcia gdzie jestem. Leżałam w łóżku, rozglądając się po pokoju. Był on dość duży, ściany były zielone. Na przeciwko mnie stała wielka, stara szafa, a obok niej biurko. Trochę dalej było okno, na którym stały jakieś dziwaczne rośliny.
Było mi okropnie zimno. Ból kostki był znacznie mniejszy niż wczoraj, podobnie jak głowy. Podciągnęłam kołdrę do samych ust i leżałam tak przez dłuższy czas, zastanawiając się, gdzie jestem.
- Widzę, że się obudziłaś.
Odwróciłam się, zdziwiona. Przy drzwiach stał Jackson, trzymając jakiś kubek. Podszedł do mnie i usiadł na łóżku. Gapiłam się na niego szeroko otwartymi oczami.
- Co ja tu robię? - zapytałam. - Nie przypominam sobie, żebym doszła do twojego domu.
- Moja matka znalazła cię wczoraj rano w parku - wyjaśnił. - Przyniosła cię tutaj.
- Wiedziała, że to ja? To znaczy, czy wiedziała, że jestem twoją dziewczyną?
- Nie - odrzekł Jackson. - Powiedziała mi, że znalazła jakąś dziewczynę nieprzytomną w parku i że leży w moim łóżku. Nieźle się zdziwiłem, kiedy ujrzałem ciebie. - Podał mi kubek. - Wypij.
Wzięłam kubek i zaczęłam pić. Była to herbata. Czułam jak po moim ciele rozchodzi się ciepło.
- Złamałaś kostkę - powiedział Jackson. - I masz gorączkę. Co prawda już znacznie spadła odkąd tu jesteś.
Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu. Piłam swoją herbatę, a Jackson głaskał mnie po policzku. Dopiero po chwili zorientowałam się, że jest jeszcze w piżamie. Nigdy wcześniej go w niej nie widziałam, co było niesprawiedliwe, bo on mnie widział już wiele razy. Uśmiechnęłam się.
- Co ty tu w ogóle robiłaś? - zapytał trochę później chłopka.
- Uciekłam z domu - oznajmiłam. - Nie wytrzymałam z matką, więc po prostu wzięłam swoje rzeczy i wyszłam. Chciałam przyjść do ciebie, ale po drodze się wywróciłam - tak wiem, jestem łajzą - i nie byłam w stanie iść dalej.
- A byłaś już naprawdę blisko - oznajmił Jackson, uśmiechając się.
Minęło kilka godzin, a ja w ogóle nie ruszyłam się z miejsca. Leżałam w łóżku do piętnastej. Byłam nadal za słaba, żeby wstać. Kostka zaczynała mnie boleć jeszcze bardziej. Czułam też, że gorączka znowu rośnie.
Drzwi otworzyły się i stanęła w nich kobieta. Na oko miała trzydzieści parę lat. Była dość wysoka, jej włosy były ciemne i proste, a oczy brązowe. Uśmiechała się. W ręku miała tace z miską. Podeszła do mnie.
- Jak się czujesz? - zapytała, siadając na krześle obok mojego łóżka.
- Nie najlepiej - przyznałam. - Noga zaczyna mnie boleć.
- Przyniosłam ci zupę - powiedziała. Usiadłam i podparłam się o ścianę. Matka Jacksona położyła mi tacę na kolanach. - Ostrzegam, że może ci nie smakować. Robię rosół wegetariański.
Wzięłam łyżkę zupy do ust. Uśmiechnęłam się. Smakował prawie tak samo jak ten, który robiła mi Kristin.
- Jestem wegetarianką - odparłam, biorąc kolejną łyżkę.
- Jackson nie wspominał.
- Nie mówiłam mu - oznajmiłam. - Szczerze mówiąc, ja też nie wiedziałam, że on jest wegetarianinem.
- Zjedz swoją zupę i połóż się spać - nakazała kobieta. - Sen dobrze ci zrobi.
Uśmiechnęła się do mnie i wyszła z pokoju.
Zjadłam rosół i odłożyłam miskę na podłogę. Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy.
~*~*~
- ... masz NATYCHMIAST wracać do domu!
Kobiecy, zimny głos zdawał się dobywać się z bardzo daleka.
- Ona nigdzie nie pójdzie!
Tym razem głos należał do chłopaka i wydawał się być nieco bliżej.
- Jak to nie pójdzie?!
Znowu kobiecy, zimy głos, ale jeszcze bliżej. Trochę to trwało, zanim zorientowałam się, że to nie jest sen. Otworzyłam oczy i zobaczyłam moją matkę.
- Sarito, masz wstać z tego łóżka W TEJ CHWILI!
Stała przed moim łóżkiem, piorunując mnie wzrokiem. Obok mnie siedział Jackson, a jego matka stała przy oknie.
- Ona nie da rady - powiedziała cicho. - Ma skręconą kostkę i bardzo wysoką gorą...
- NIC MNIE TO NIE OBCHODZI! - wrzasnęła moja matka. - SARITO, WSTAWAJ NATYCHMIAST!
Popatrzyłam na Jacksona. Chłopak chyba wyczuł mój wzrok, bo powiedział:
- Nie może jej pani rozkazywać. Jeżeli zechce, to zostanie.
- Nie, nie zostanie! - warknęła Diana. - Chodź, Sarito!
Leżałam cicho, wpatrując się w ich trójkę. Nie miałam siły nawet nic powiedzieć.
Moja matka dochodziła do granic możliwości. Wydzierała się jak oszalała. Chętnie potraktowałabym ją jakimś zaklęciem, ale to by było trochę nie w porządku. Jeżeli nic innego nie zadziała, pomogę sobie magią.
- Ona nie może nigdzie iść! - oznajmiła matka Jacksona. - Nie da rady! Nie wytrzyma podróży na drugi koniec Londynu!
- Zamknij się, kobieto! To ja jestem jej matką! Sarita, CHODŹ!
Jeszcze chwilę milczałam. Zastanawiałam się, co mam zrobić. W końcu po prostu wykrzyknęłam:
- Nie mam zamiaru nigdzie iść! Nie po to uciekałam z domu, żeby teraz do niego wracać! Byłabym wdzięczna, gdybyś poszła i już tu nie wracała.
Matka gapiła się na mnie jak na wariatkę. Odwróciła się i poszła w kierunku drzwi.
- Pozdrów Josha! - zawołałam, kiedy wychodziła.
Asz ta Diana! Gdzieś ma ze jej córeczka nie może się ruszać. Co to za matka?!
OdpowiedzUsuńNo właśnie nie wiem! Po kim jej córki takie fajne?
Usuńhaha po Izoldzie .a szczególnie Lola jest fajna. nie no ale chyba po Michaelu .
Usuńuff ... dobrze że do nas nie przyjechała i nie wydarła się na nas. świetny rozdział . Ja teraz piszę bo nie miałam wczzoraj czasu
OdpowiedzUsuńale odlotowy rozdział :))
OdpowiedzUsuńjak ona cię znalazła ? superancki rozdział !
OdpowiedzUsuń