wtorek, 31 lipca 2012

Rozdział 20

 Leżałam na trawie nad rzeką, znajdującą się za moim domem. Obok mnie siedział Isabell, grająca na gitarze. Jes, Maddy, Will i Percy pływali. Wpatrywałam się w chmury, rozmyślając o Jacksonie i moich przyjaciółkach. Bardzo za nimi tęskniłam, mimo, że minął dopiero tydzień. Is nagle przestała grać.
- Chyba coś pomyliłam- stwierdziła. 
- Nie wydaje mi się- odparłam.- Wszystko brzmiało dobrze.
Isabell nadal nie była przekonana. Po chwili zawołała:
- O mój Boże! Gis, a nie G.
Zaczęła grać, tym razem z poprawnym dźwiękiem. Rzeczywiście brzmiało lepiej. Madeline wyszła z wody i usiadła obok mnie.
- Woda jest naprawdę ciepła, Saro- oznajmiła.- Nie wiem czemu nie chcesz popływać.
Nie odpowiedziałam. Tak naprawdę, to Maddy wiedziała dlaczego nie chce. Ja po prostu bałam się wody. Mam tak od dziecka. Chyba nigdy nie kąpałam się w jezierze, rzece czy w morzu. Nie miałam odwagi wejść do wody i wątpię, żebym miała kiedykolwiek.
- Myślicie, że kiedyś mogłabym zostać piosenkarką?- zapytała Is. Spojrzałam na  nią zaskoczona. Nigdy wcześniej o tym nie mówiła. Zastanawiałam się przez chwilę. Moje siostra naprawdę miała niezły głos, na dodatek kochała muzykę. Dlaczego by nie?
- Chyba tak- odpowiedziałam. Siostra uśmiechnęła się.
- Moglibyście założyć zespół- zaproponowała Maddy.- Ty i moi bracia.
Isabell przez chwilę milczała. Wpatrywała się w chmury. Po jakimś czasie powiedziała:
- Byłoby fajnie. 
Ponownie zaczęła grać. 

- Sara, przynieś mi coś do picia!- wrzasnął Josh. Chłopak mojej przez cały czas się rządził. Ani ja, ani żadna z moich  sióstr, ani Kristin go nie słuchała. Uzgodniłyśmy, że będziemy go ignorować. Tak też zrobiłam tym razem. Siedziałam w kuchni, pomagając Kristin w zrobieniu obiadu. Specjalnie robiłyśmy wegetariańskie danie, bo Josh w takich nie gustował. Chętnie wsypałabym do jego porcji jakąś truciznę, ale nie chciałam skończyć za kratkami. Kiedy skończyłyśmy, zawołałam bliźniaczki, Josha i matkę. Zjedliśmy, wysłuchując opowiadanek matki, jak to wspaniale mieć takiego męskiego chłopaka. Z ogromną przyjemnością opuściłam kuchnię w towarzystwie sióstr. 
- Gdzie idziecie?- zapytała matka, jakby to ją interesowało.
- Nad rzekę- odparła Jes.
- Mam nadzieję, że nie będzie tam Czarneckich- powiedziała matka. Czarneccy to oczywiście nasi przyjaciele. Matka ich nienawidzi i nie pozwala się nam z nimi zadawać, bo są ciemnoskórzy. No nie do końca. Ich ojciec jest ciemnoskóry, ale matka nie, dlatego Will i Percy są mulatami, a Maddy odziedziczyła po matce brzoskwiniową skórę. 
- Nie- skłamała Isabell i wyszłyśmy. 

Siedziałam z Willem na trawie. Percy i Isebell właśnie wrzucali Jesicę do wody. Maddy pływała.
- Może pójdziemy na domek?- zapytał Will. Przytaknęłam. 
Nasz domek znajdował się na rozłożystym dębie blisko rzeki. Weszliśmy do niego na chwilę. Potem wdrapaliśmy się na grubą gałąź. Bardzo często tam siedzimy. Przez chwilę panowała cisza. W końcu Will się odezwał:
- Mogę ci zadać pytanie?- zapytał.
- Wal śmiało- odparłam.
Chłopak przez chwilę się wahał, ale zapytał:
- Gdybyś miała brata i on chodziłby z twoją przyjaciółką, obraziłabyś się na niego lub na nią?
Zaskoczyło mnie to pytanie. Dlaczego Will chciał to wiedzieć? 
- Czemu pytasz?
- Tak jakoś, no...
To było dziwne, ale wiedziałam, że nic z niego nie wyciągnę. Przez chwilę się zastanawiałam. Czy bym się obraziła? No, nie wiem. Na pewno czułabym się dziwacznie, ale żeby się obrażać... Raczej nie...
- Nie- odparłam.
- Naprawdę?- zapytał.
Kiwnęłam głową. Siedzieliśmy na drzewie jeszcze długi czas. Nie mogłam przestać myśleć o jego pytaniu. O co tu chodziło? 



poniedziałek, 30 lipca 2012

Rozdział 19

Nakładałam czarne buty na niezbyt wysokim obcasie. W łazience siedziała Isabell, która przebierała się w galowy strój. Samanta czesała włosy mojej drugiej siostry, a Maddy i Kate wybierały biżuterie. Był 27 czerwca- zakończenie roku szkolnego.

- Nie wierze, że już kolejny rok minął- powiedziała Sam , kiedy szłyśmy na plac apelowy. 
- Ja też- oznajmiła Isabell.- Jak ja wytrzymam te dwa miesiące z matką...
- Ja też nie- mruknęła Jesica. Obydwie moje siostry ubrane były w czarne sukienki. Włosy miały upięte w koki. 
 - Nie tylko z matką- oznajmiłam.- Zapomniałyście o Joshu?
- Nie dołuj mnie, Saro- powiedziały równocześnie bliźniaczki.
Doszliśmy na plac. Ja i moje przyjaciółki stanęłyśmy z resztą trzecioklasistów, a moje siostry ze swoim rocznikiem. Stanęłyśmy na samym końcu. Przed nami stała  Paula Green ze swoją najlepszą przyjaciółką, Jane. Stałyśmy, rozmawiając, dopóki nie rozległ się głos przewodniczącego szkoły- Harry' ego Berxona:
- Baczność!
 Cała uroczystość była niesamowicie nudna. Nasz cudowny dyrektor nie mógł się powstrzymać i oczywiście musiał rozdać wszystkie świadectwa z wyróżnieniem i, na dodatek, rozdać wszystkie nagrody, za jakieś konkursy. Wielokrotnie padało nazwisko Lauren. Jedną nagrodę otrzymała Sam, za zajęcie 3 miejsca w konkursie z zaklęć. W końcu doszło do wymiany uczniów wylosowanych na wymianę. Dyrektor odczytywał nazwiska uczniów, którzy musieli podejść do niego i następnie odejść do jednej z sześciu klas, które znajdywały się blisko placu. Po jakimś czasie zostało wyczytane moje nazwisko. Podeszłam do dyrektora. Stałam obok innych wyczytanych osób. Po jakimś czasie pojawiły się moje siostry i Jackson. Dyrektor zaczął coś gadać. W końcu kazał nam iść do klas. Razem z resztą moich kolegów z klasy poszłam do sali z numerem 3. Czekała już tam na nas profesor Been. Weszliśmy do środka i usiedliśmy w ławkach. Wychowawczyni przemówiła:
- Po wakacjach nie wrócicie do Akademii- powiedziała.- Pojedziecie do Ownleed.- Sięgnęła po jakieś papiery, które nam rozdała.- Tu są informacje, np. gdzie macie pojechać, żeby dostać się do szkoły. Mam nadzieję, że na wasze miejsca przyjadą dobrzy uczniowie. 
Popatrzyłam na kartkę, którą mi dała, ale nie chciało mi się jej czytać. 
- Macie jakieś pytania?- zapytała, ale my milczeliśmy. - No to możecie już iść. Spotkamy się zaraz z całą klasą w sali od eliksirów. 
Wyszliśmy. I udaliśmy się pod klasę. Wszyscy już tam byli.Moje przyjaciółki zaczęły wypytywać o czym Been nam mówiła. Po jakiś dziesięciu minutach nasza wychowawczyni przyszła i wszyscy weszliśmy do klasy.  Rozdała nam świadectwa i jeszcze coś tam powiedziała. Trwało to jakieś pół godziny. Zaczęliśmy wychodzić, ale ja zostałam. Podeszłam do profesor Been i powiedziałam:
- Pani profesor-zaczęłam.- Chciałam tylko powiedzieć, że to będzie straszne, te lekcje eliksirów, o ile są w tamtej szkole są, bez pani. 
Nauczycielka uśmiechnęła się. Coś dziwnego się z nią ostatnio dzieje. Już drugi raz się do mnie uśmiechnęła.
- I dla mnie będzie to straszne, te lekcje eliksirów bez ciebie- oznajmiła.- Komu będę dawać szlabany?
Zaśmiałam się.
- Do widzenia, pani profesor- powiedziałam, wychodząc.
- Do widzenia, Saro- odpowiedziała.
Okej, z nią jest już na prawdę coś nie tak. Najpierw się uśmiecha, potem mówi do mnie po imieniu. Ktoś ją podmienił.

~*~*~

- Będę za tobą bardzo tęsknić- powiedziałam do Jacksona. Staliśmy na dworcu. Dostrzegłam już Kristin, więc musiałam się pożegnać. 
- Ja za tobą bardziej- uśmiechnął się.
- Dwa miesiące to stanowczo za długo- mruknęłam, a on się uśmiechnął. 
- Jakoś wytrzymamy.
Pocałował mnie, pożegnał się i odszedł.Podeszłam do Kristin. Moje siostry już siedziały w samochodzie. Wsiadłam. Po dwudziestu minutach byłyśmy w domu. Oczywiście pierwszą osobą, którą zobaczyłyśmy był nasz ukochany Josh. Siedział przed telewizorem w dresie w panterkę, pijąc piwo. 
- Jak my z nim wytrzymamy?- zapytała Jesica. Isabell i ja wymieniłyśmy spojrzenia. 
- Jakoś będziemy musiały- odparła moja siostra. 
Josh zauważył, że już jesteśmy. Wstał i podszedł do nas, wołając:
- Dobrze, że jesteście! Przynieście mi trochę piwa.
- Chyba żartujesz?!- warknęła Is.
Josh popatrzył na nią z nienawiścią i odszedł.
- Dertondo!- szepnęła Jesica i chłopak naszej matki runął na ziemię.

sobota, 28 lipca 2012

Rozdział 18

Nadszedł wtorek. Nic nie byłoby w tym złego, gdyby nie fakt, że dwie ostatnie lekcje to eliksiry. Od czasu kiedy zobaczyłam profesor Been i McDowera w dość jednoznacznej sytuacji, unikałam mojej wychowawczyni jak ognia. Już i tak za mną nie przepadała, a teraz jeszcze to. Wolałabym o tym nie wiedzieć, żałowałam, że poszłam do tej durnej łazienki, że ich widziałam. Byłam na siebie okropnie zła. No, ale cóż, stało się. Na szczęście miałam kogoś komu mogłam się zwierzyć, a nawet sześć takich ktosiów.

 Rozległ się dzwonek i cała nasza klasa weszła do sali od eliksirów. Z opuszczoną głową usiadłam w ostatniej ławce razem z Katheriną. Przed nami siedziały Madeline i Sam.
- Oj, już się tak nie przejmuj!- powiedziała Maddy, zanim nauczycielka weszła.
- Łatwo ci mówić- mruknęłam.- Ona mnie za to zabije. Nie wiem jak, ale to zrobi!
 Zaraz po tych słowach do klasy weszła Been. Stanęła prze swoim biurku i zaczęła prowadzić lekcję. Czułam na sobie jej wzrok. Wpatrywałam się w podłogę. Nauczycielka mówiła coś o jakimś eliksirze na gorączkę czy coś w tym stylu. Miałam ochotę zniknąć. Wyparować. Zapaść się pod ziemię. Byleby tylko nie czuć jej wzroku. Lekcja dłużyła się niemiłosiernie. Przez ostatnie piętnaście minut skupiłam całą swoją uwagę, aby dobrze napisać notatki. W końcu rozległ się donośny dźwięk dzwonka. Wszyscy ruszyli ku wyjściu, ze mną na czele. Gdy tylko wyszłam z klasy odetchnęłam z ulgą, jednak wiedziałam, że to dopiero połowa. Razem z dziewczynami usiadłyśmy na ławce .
- Jak tam, Saro?- zapytała Sam.- Jakoś cię nie zabiła.
- Jeszcze- westchnęłam.
- Nie wiem dlaczego się tym przejmujesz-  oznajmiła Kate.- Co z tego, że widziałaś jak się całują?
- A ty, nie byłabyś wściekła, gdyby ktoś odkrył, że potajemnie się z kimś  spotykasz? Ja bym była...
 Rozległ się dzwonek. Weszłyśmy do klasy i zajęłyśmy nasze miejsca. Na ławkach stały kociołki i różne składniki. Zazwyczaj pierwsza lekcja jest teoretyczna, a druga praktyczna. Kiedy wszyscy weszli do sali Been powiedziała:
- Macie godzinę, żeby przyrządzić eliksir, o którym mówiłam.- Machnęła różdżką. Na tablicy zaczęły pojawiać się litery.- Macie przepis. Dwie najszybsze osoby i dwie, których eliksir będzie najlepszy, dostaną piątki. Zaczynajcie.
Usiadła ze biurkiem, a ja zaczęłam robić eliksir. Nie zależało mi na nagrodzie. Wiedziałam, że najszybsza będzie Paula Green, która zawsze robiła wszystko z niezwykłą prędkością i zazwyczaj dobrze. Drugi może być Victor McVones, a najlepsza okaże się oczywiście Lauren Stottlemeyer, najlepsza uczennica w szkole, druga może Samanta, która świetnie sobie radzi z eliksirami.
 Oczywiście miałam rację. Cała ta czwórka dostała obiecane piątki.
 Zadzwonił dzwonek. Uradowana, już wychodziłam z klasy, kiedy usłyszałam głos Been:
- Linares, ty zostań- nakazała.
 Jak mogłam być taka głupia?, pomyślałam. Przecież to jasne, że nie zabije mnie przy całej klasie. Nie chce mieć świadków.
Odwróciłam się i popatrzyłam błagalnie na moje przyjaciółki. One jednak tylko uśmiechnęły się do mnie ze współczuciem. Stanęłam przed biurkiem nauczycielki. Wszyscy wyszli, jednak nikt nic nie powiedział. Stałyśmy tak przez jakąś minutę. W końcu Been powiedziała:
- Chciałam cię prosić, żebyś nikomu nie mówiła o tym co widziałaś w Dronwood.
- Przepraszam, pani profesor- wybełkotałam.- Ale ja już powiedziałam kilku osobom.
- Ilu?- spytała.
- Sześciu- powiedziałam cicho, a potem głośniej dodałam:- Ale przyrzekam, że nikt więcej się nie dowie. Żaden z nas nikomu nie powie. Przysięgam.
Zapadło milczenie. Been minę miała taką, jakby nie wiedziała co powiedzieć. Ja z kolei nie chciałam nic mówić. W końcu nauczycielka przemówiła:
- Dobrze. Możesz iść.
 Czułam się naprawdę głupio. Nie wiedziałam dlaczego. Przecież to nie była moja wina, że ich zobaczyłam. Myślałam po prostu, że Been się na mnie wydrze i wtedy bym mogła się na nią wściekać. Ale nie. Ona akurat teraz musiała ukazać swoje miłosierdzie. A ja się czułam paskudnie. Wiedziałam, że nie dam rady wrócić do pokoju. Musiałam się odwrócić i oznajmić:
- Ja naprawdę bardzo przepraszam. Nie chciałam tego zrobić. To był przypadek. Naprawdę przepraszam. Strasznie mi głupi i....
- Nie przepraszaj już- powiedziała nauczycielka, uśmiechając się, a był to doprawdy rzadki widok.- Wracaj do pokoju.
Już miałam iść, gdy nasunęło mi się jedno pytanie.
- Pani profesor. Mogłabym o coś spytać?
- Oczywiście.
- Jak to się stało, że pani i profesor McDower jesteście parą?
Wiem, że było to dość osobiste pytanie i nie powinno się ich zadawać nauczycielom, ale ja tak strasznie chciałam się dowiedzieć. Been przez chwilę milczała, jakby się zastanawiała czy ma odpowiedzieć, czy nie. Po chwili jednak powiedziała:
- To się stało na Balu Sylwestrowym. Więcej ci nie powiem. Idź już.
Odwróciłam się i poszłam do swojego pokoju.

~*~*~

- Mówiłyśmy ci, że nic ci nie zrobi- szepnęła mi do ucha Kate podczas kolacji. Szeptała, żeby nie usłyszał nas żaden z braci Maddy, którzy siedzieli z nami przy stoliku. Ich siostra i Sam siedziały gdzieś ze swoimi chłopakami. Z mojej drugiej strony siedział Jackson rozmawiający z Willem i Percym, zapewne o muzyce. Cała ta trójka bardzo się nią interesowała. Ja także, ale nie w tym stopniu co oni i Isabell.
- Wiesz, naprawdę dziwnie się czuję- odszepnęłam do Katheriny.- To było dziwne. Jeszcze nigdy nikogo tak nie przepraszałam.
Moja przyjaciółka uśmiechnęła się. Po chwili zaczęła rozmawiać z Willem.
- Jak tam na eliksirach?- usłyszałam nagle cichy głos Jacksona. Zaczęłam mu wszystko opowiadać.

środa, 25 lipca 2012

Rozdział 17

 Rozpoczął się maj. Jak co roku zaczęto organizować wycieczki do Dronwood. Co prawda uczniowie od czwartej klasy mogli chodzić tam kiedy zechcą, jednak i tak wszyscy zawsze chcieli iść. W sobotę o godzinie dwunastej każdy uczeń stał przez budynkiem Akademii i czekał aż przyjdzie wychowawca. Ja z moimi przyjaciółkami siedziałyśmy na murku, czekając na panią Been, która, niestety, opiekowała się trzecią klasą. Czekaliśmy krótko, bo Been zazwyczaj jest punktualna. Kiedy przyszła wstałyśmy z murku i razem z innymi trzecioklasistami poszliśmy w kierunku Dronwood. Jest to wioska zamieszkiwana przez czarodziejów, ale także przez śmiertelników. Zawsze trzeba tam uważać, żeby nie pomylić sklepu magicznego ze zwykłym. Mi na razie się to zdarzyło, ale Maddy opowiadała, że dziewczyna z klasy jej brata zaczęła krzyczeć coś o magicznej gumie do żucia w normalnym sklepie. 
 Po kilkunastu minutach doszliśmy do wioski. Odszukałam Jacksona i poszliśmy razem w kierunku jakiegoś sklepu. 
- Twoje przyjaciółki pewnie są złe, że spędzasz większość czasu ze mną, a nie z nimi- powiedział Jackson.
- Wcale nie- zaprzeczyłam.- One też mają chłopków, więc spędzają czas z nimi. Gdzie idziemy?
- Do tamtego sklepu- odparł, wskazując szary budynek z czerwonym dachem. Szliśmy powoli. Mieliśmy sporo czasu, bo zbiórka była o siedemnastej. Weszliśmy do sklepu. W środku było  mnóstwo biżuterii.
- Tutaj kupiłem ci ten nieszczęsny pierścionek- oznajmił Jackson. - Pomyślałem, że skoro tamten oddałem, to powinienem kupić ci coś innego.
- Jackson, to miłe z twojej strony- powiedziałam- ale naprawdę nie musisz mi niczego kupować. 
Jackson zdawał się nie słyszeć moich słów. Zamiast tego mrukną:
- Uważam, że powinnaś sama coś wybrać.
- Jackson, naprawdę...
- Może jeden z tych pierścionków- mówił chłopak, nie zwracają na mnie uwagi. 
- Jackson, proszę!
Chłopak popatrzył na mnie. Staliśmy chwilę w milczeniu. Ciszę przerwał Jackson:
- To ja proszę ciebie, Sarito. Naprawdę głupio się czuję z powodu tego pierścionka.
- Jak kupisz mi inny to poczujesz się lepiej?- zapytałam. Jackson przytaknął. Zaczęłam rozglądać się za pierścionkiem. W końcu znalazłam jeden, który uznałam za najlepszy. Był srebrny, miał na środku niebieskie serduszko. Najważniejsze było jednak, że był najtańszy. Jackson zapłacił za niego i od razu włożyłam go na palec. Dzięki Bogu, nie był przeklęty. 

 Szliśmy chodnikiem wstępując co jakiś czas do jakiegoś sklepu. W końcu byłam tak zmęczona, że poszliśmy do baru w samym centrum wioski. Był to bar czarodziejów i tylko oni mogli do niego wejść. Siedzieliśmy przy stoliku, pijąc jakiś napój, który Jackson zmówił.
- Wiesz, że po wakacjach nie wrócimy do Akademii?- zapytał Jackson.
- Wiem- odparłam.- I dziwnie się z tym czuję. Pojedziemy do innej szkoły, z innymi uczniami, innymi przedmiotami, innymi nauczycielami. Nie to, żebym naszych lubiła, ale swój to swój.
Jackson uśmiechną się.
- Ale bez innej dziewczyny- powiedział.
- No ja mam nadzieję!- zaśmiałam się. 
Rozmawialiśmy jeszcze długo, aż stwierdziłam , że muszę wyjść do łazienki. Odeszłam od stolika i poszłam w kierunku toalet. Otworzyłam drzwi. To co tam zobaczyłam porządnie mną wstrząsnęło. Profesor McDower całował profesor Been, której bluzka miała stanowczo więcej rozpiętych guziczków niż normalnie. 
- O mój Boże!- krzyknęłam. Nauczyciele oderwali się od siebie i popatrzyli na mnie z przerażeniem. - Ja przepraszam. Myślałam, że nikogo tu nie ma, bo drzwi były otwarte. Naprawdę bardzo przepraszam!
Po tych słowach uciekłam z powrotem do stolika. Wzdrygnęłam się na myśl, co by było, gdybym weszła dwie minuty później. Usiadłam na moim krześle. Przez chwilę dochodziłam do siebie. Nie mogłam w to uwierzyć.Profesor Been i profesor McDower. To było tak strasznie nienormalne. Chociaż w sumie, dlaczego nie? Oboje byli po trzydziestce i oboje nie mieli partnera. Dlaczego mnie to tak dziwiło? Może dlatego, że to nauczyciele...
- Coś się stało?- zapytał Jackson. Zaczęłam mu o wszystkim opowiadać, uważając, aby nikt oprócz niego mnie nie usłyszał. Naprawdę nie chciałam, żeby ktoś niewłaściwy się o tym dowiedział. Miałam zamiar powiedzieć to Jacksonowi, moim współlokatorkom i siostrą, ale miałam nadzieję, że nikt spoza naszej siódemki się o tym nie dowie. 

~*~*~

- Na serio nie żartujesz?- zapytała się po raz ósmy Samanta. 
- Na serio- odpowiedziałam. - Widziałam ich jak się całują .
- Co zrobili jak cię zobaczyli?- spytała Madeline.
- Nie wiem, uciekłam zaraz po tym jak ich przeprosiłam. Nie czekałam na odpowiedź.
Siedziałyśmy w naszej sypialni. Opowiedziałam im co stało się w Dronwood. Dziewczyny były równie zadziwione jak ja.
- I co teraz zrobisz?- zapytała Kate.
- Nic- odparłam. - Po prostu poczekam, aż albo ich związek się rozpadnie, albo naszą wychowawczynią nie będzie pani profesor Been tylko pani profesor McDower.
 Wszystkie się zaśmiałyśmy.

wtorek, 24 lipca 2012

Rozdział 16

 Przez święta nic ciekawego się nie wydarzyło, oprócz tego, że chłopak mojej matki się do nas wprowadził. Okazał się jeszcze gorszy niż sądziłam. Strasznie się rządzi, rozkazuje mi i bliźniaczkom i wkurza na tysiące innych sposobów. 
 Oprócz tego nic się nie działo. Przetrwałam te kilka dni i wróciłam do Akademii. Dwa pierwsze dni minęły bardzo zwyczajnie. Dopiero w piątek coś się wydarzyło.
 Siedziałam w jadalni przy stoliku z Jacksonem, Maddy, Kate, Sam i ich chłopakami. Jadłam właśnie płatki owsiane, kiedy nasz dyrektor, Antonio Vitos, wstał i przemówił:
- Drodzy uczniowie! - Wszyscy przestali jeść i popatrzyli się w stronę Vitosa. Nikt się nie odzywał.- Mam dla was ważną wiadomość. Nasza szkoła wraz ze Szkołą Magii i Czarodziejstwa Owlneed urządza wymianę uczniów. Z każdej klasy od pierwszej do szóstej Akademii zostanie wylosowanych pięć osób i pojedzie do Owlneed. Uczniowie tamtej szkoły odwiedzą nas. Wyniki losowania będą wywieszone na tablicy ogłoszeń dnia 12 kwietnia. Dziękuję za uwagę.
 Usiadła i na sali zapanował chaos. Wszyscy zaczęli gadać o wymianie z wielkim podekscytowaniem. 
- Myślicie, że ktoś z nas pojedzie?- zapytała Sam. 
- Myślę, że nie- odparła Kate.- Jeżeli mają wybrać pięć osób z dwudziestu pięciu, to małe jest prawdo...
- A ja myślę, że tak- przerwała jej Maddy.- I myślę, że będzie to Sara. Ona zawsze ma szczęście.
- A kto powiedział, że chce tam jechać?- zapytałam. Dziewczyny popatrzyły na mnie jak na wariatkę.
- Nie chcesz?- zdziwiła się Samanta.- Ja zawsze marzyłam, żeby odwiedzić i tamtą szkołę. Wiesz, że mają tam dużo zupełnie innych przedmiotów szkolnych?
 Szczerze mówiąc, to mnie to nie interesowało. Oczywiście, że byłoby naprawdę ciekawie zobaczyć tamtą szkołę, poznać innych czarodziejów, ale jakie były szanse, że wybiorą mnie, Sam, Madeline, Katherinę, Jacksona i moje siostry? Bardzo małe. Wolałam zostać tutaj z nimi niż być tam sama. 

Dni mijały bardzo szybko. Nic się nie działo. Zrobiło się tak nudno, że nie tylko miałam systematycznie odrobione prace domowe, ale na dodatek, zaczęłam czytać tematy lekcji, czego wcześniej prawie nigdy nie robiłam. Z niecierpliwością czekałam na 14 kwietnia i w końcu się doczekałam. Była to sobota, więc nie trzeba było wcześnie wstać. Żadna z nas jednak nie spała długo. O siódmej wszystkie byłyśmy ubrane i uczesane. Wyszłyśmy z sypialni i poszłyśmy w kierunku tablicy ogłoszeń. Mimo, że było tak wcześnie, przy tablicy roiło się od uczniów. Dostrzegłam wśród nich Jacksona. Podeszłam do niego.
- Hej- przywitałam się.
- O cześć- odpowiedział. - Denerwujesz się?
- No co ty? Wylosowali mnie? Dobrze. Nie wylosowali? Też dobrze.
- Naprawdę ci nie zależy?- zapytał.
- Zależy mi tylko na tym, żeby albo wylosowali nas oboje, albo nie wylosowali nas oboje.
 Jackson uśmiechną się i pocałował mnie w policzek. W końcu dotarliśmy do tablicy. Wisiała na niej długa kartka. Podeszliśmy jeszcze bliżej. Na kartce było napisane:
 Uczniowie wylosowani do wymiany:
Owlneed:                               Akademia Magiczna
Klasa pierwsza:
Melinda Black                   Louis Halt
Thomas Badneen              Bruce Plen
Olivia Falen                     Agnes Buggy
Luisa Riddel                    Beryl Fragile
Tony Heart                      Anna Louis

Klasa druga
Abigail Longriver          Alberta Joint
Carrie Pun                    Tracy Store
Terry Street                  Cora Scrath
Rick Leave                   Stuart Numeral
Carla Refill                 Garry Hammer

Klasa trzecia
Sylvester Pun                Montague Perfect
Adele Outline               Marrion Coward
Richard Leash             Gladys Dunnel
Valentine Stolen          Herbert Manual
Keith Night                 Edgar Frame

Klasa czwarta 
Howard Urban           Vance Crease
Miles Turnpike          Velma Cover
Mabel Tuxendo          Stela Fetal 
Hazel Cradle             Pamela Insult
Linda Fertile             Albert Watt 

Klasa piąta
Julia Rover                Sarita Linares
Rogger Longriver     Leland Woddy
Leslie Charcoal        Joyce Thing
Harriet Flingrow     Penelopa Krum*
Kevin Filling            Letitia Screw
Klasa szósta
Gloria Bone              Isabell Linares 
Frank Debt               Larry Symbolize 
Nicholas Rapture     Elmer Fervour  
Artur Rover             Jackson Ward
Maxwell Permit       Jessica Linares
* Uczennica została wylosowana przez przypadek jako szósty szóstoklasista, a z powodu niemożliwości odrzucenia losu, została przydzielona do młodszej klasy.

 Przeczytałam to i uśmiechnęłam się. Nie było tak źle. Ja, Jackson i bliźniaczki zostaliśmy wylosowani. Przynajmniej nie będę sama. Szkoda tylko, że nie wylosowano żadnej mojej przyjaciółki. No i na dodatek wybrano Penelopę. 
- I co o tym sądzisz?- zapytał Jackson. 
- Miałam tylko jedną prośbę i ją spełniono. Nie mogę narzekać.
 Chłopak złapał mnie za rękę i poszliśmy do jadalni.

czwartek, 19 lipca 2012

Rozdział 15

 Kończył się marzec i za kilka dni zaczynają się ferie świąteczne. Chciałam zostać w szkole, ale wszyscy znajomi wyjeżdżają. Dlatego też stałam właśnie na przystanku obok Jacksona, moich współlokatorek, ich chłopaków,moich sióstr i ich chłopków. Po paru minutach nadjechał autobus. Szybko zostawiłam walizkę w bagażniku i, razem z Jacksonem, zajęliśmy miejsce. Po kilkunastu minutach autobus wzbił się w powietrze. Rozmawialiśmy z Jacksonem o planach na święta. Nagle zapadło milczenie. Siedzieliśmy chwilę cicho. W końcu Jackson się odezwał:
- Uwierzysz, że jesteśmy razem już trzy miesiące?
- Nadal mi się wydaje, że to tylko piękny sen- westchnęłam. 
Jackson uśmiechnął się i pocałował mnie w policzek. Popatrzyłam na niego. Nagle uświadomiłam sobie, że muszę mu zadać jedno pytanie. Nie wytrzymam, jeśli tego nie zrobię.
- Jackson- zaczęłam.- Mogę ci zadać jedno pytanie?
- Jasne- odparł chłopak. 
- Co cię skłoniło do tego, żeby mnie pocałować?
 Chłopak przez chwilę milczał, a była to dość długa chwila. Wreszcie się odezwał:
- Miałem wrażenie, że ci się podobam. Ty też według mnie byłaś, to znaczy jesteś, ładna. Pomyślałem, że warto spróbować.
 Zaszokowało mnie to. 
- Czyli pocałowałeś mnie tylko dlatego, że nie wyglądam jak kosmita?!- oburzyłam się.
- Przykro mi, Saro, ale taka jest prawda. Powiedz, czy ty przypadkiem nie byłaś zakochana we mnie ze względu na wygląd?
 Zaczerwieniłam się. Niestety, miał racje. 
- Nie masz pojęcia, jak bardzo jestem na siebie zły, za to, że nie pocałowałem cię wcześniej. Jak bardzo mi wstyd, że widziałem w tobie tylko ładną dziewczynę, że nie dostrzegałem jaką cudowną masz osobowość. Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że teraz nie jesteś tylko moją dziewczyną, ale także przyjaciółką. 
Uśmiechnęłam się i powiedziałam:
- To było miłe.
Pocałowałam go w policzek.

~*~*~

 Szliśmy chodnikiem w kierunku małego sklepiku z czerwonym dachem, gdzie miała czekać na mnie i moje siostry Kristin. Samanta, Maddy i Kate poszły do swoich rodziców, a bliźniaczki szły gdzieś z tyłu. Ja i Jackson maszerowaliśmy w stronę sklepu, rozmawiając. No jakimś czasie chłopak dostrzegł swoją matkę. 
- Będę musiał już iść- oznajmił.
- Szkoda- mruknęłam.
Jackson staną na przeciwko mnie. Patrzyłam w jego czekoladowe oczy. Staliśmy tak przez kilka sekund.
- Będę za tobą bardzo tęsknił- szepnął.
- Ja za tobą jeszcze bardziej- odszepnęłam. Jackson przybliżył swoją twarz do mojej i zaczął całować. Odwzajemniłam pocałunek. Kiedy skończyliśmy, Jackson się zaśmiał:
- Będę musiał się z tego tłumaczyć mojej mamie.
- A ja swojej gosposi.
 Odwróciłam się od niego i przeszłam parę kroków. Zaraz jednak usłyszałam krzyk Jacksona:
- Kocham cię, Saro!
Odwróciłam się. 
- Ja ciebie też kocham!- zawołałam. Uśmiechnęliśmy się do siebie i poszliśmy, każdy w swoją stronę. Doszłam do sklepiku. Od razu zobaczyłam Kristin. Rzuciłam się jej na szyję.
- Tęskniłam - wyszeptałam.
- Ja też.
 Stałyśmy w ciszy przez chwilę. Kristin bacznie mi się przyglądała. 
- No co?- zapytałam.
- Nic- odpowiedziała, jednak wiedziałam, że coś.

~*~*~

 Leżałam na łóżku Kristin, wpatrzona na ekran malutkiego telewizora. Oglądałam Przyjaciół. Kristin siedziała obok mnie. Kiedy skończył się odcinek,odezwała się:
- Jeżeli myślisz, że nie musisz się zwierzać ze swojego życia osobistego gosposi, to się grubo mylisz.
Zaśmiałam się.
- Wcale tak nie myślę.
 Kristin popatrzyła na mnie.
- No to opowiadaj!- rozkazała.
Zaczęłam mówić jej o wszystkim, co się wydarzyło w szkole. Kristin słuchała mnie z wyraźnym zaciekawieniem. Kiedy skończyłam moją opowieść było po północy. Kristin wygoniła mnie do łóżka. Położyłam się i zasnęłam.

niedziela, 15 lipca 2012

Rozdział 14

  Już od kilku dni trwał marzec. Pogoda była przygnębiająca. Cały czas kropił deszcz, a śnieg zaczynał się topić, więc wszędzie było mokro. Okropnie mokro i brudno. Kilka dni temu były urodziny mojej matki, jednak wszystkie trzy zignorowałyśmy ten fakt. Dzisiaj była sobota, a ja umówiłam się na randkę z Jacksonem. Ubrałam się więc w coś ładnego i poszłam pod jadalnie. Jacksona jeszcze nie było. Usiadłam na ławce i czekałam. Minęło około pięciu minut, kiedy pojawił się mój chłopak.
- Cześć- powiedział, całując mnie w policzek.- Przepraszam za spóźnienie.
- Nie ma sprawy- odrzekłam, wstając. Jackson chwycił mnie za rękę. Poszliśmy w stronę wyjścia. Stała tam moja ulubiona profesor Been z profesorem McDower, nauczyciel teorii magicznej. Ominęliśmy ich, mówiąc "dzień dobry". Po jakimś czasie doszliśmy do małej ławeczki niedaleko jeziora. Usiedliśmy na niej. 
- Saro- zaczął Jackson. Nie wiem dlaczego, ale był jakiś zdenerwowany.- Ostatnio byłem w Dronwood( wioska niedaleko Akademii) i zauważyłem w sklepie jedną rzecz. Stwierdziłem, że ci się spodoba.
 Sięgną do kieszeni i wyją z niego srebrny pierścionek. Podał go  mi.
- O mój Boże- szepnęłam.- Jest śliczny. Dziękuję.
 Jackson nadal wydawał się być zdenerwowany. Po chwili powiedział:
- Saro, uważam, że...
 I w tej chwili nałożyłam pierścionek. Poczułam ogromne ciepło, jakby coś mnie paliło od środka. Zauważyłam, że zaczyna się pojawiać obok mnie dym. Po chwili nic oprócz niego nie widziałam. Nie mogłam już znieść gorąca. Zacisnęłam pięści i zamknęłam oczy, czekając, kiedy ten ból minie. Na szczęście nie trwało to zbyt długo. Po chwili już nie czułam ciepła, a dym zaczął znikać. Kiedy już go nie było, Jackson zawołał:
- O Boże!
 Coś zmusiło mnie do popatrzenia w dół. Ku mojemu przerażeniu nie miałam już na sobie niebieskiej spódnicy i białej bluzki. Ubrana byłam w jakąś okropną sukienkę ze średniowiecza. 
- Co się stało?- zapytałam. Jackson patrzył na mnie ze zdziwieniem.
- Nie mam pojęcia- odpowiedział.- Lepiej zdejmij ten pierścionek.
 Spróbowałam wypełnić jego rozkaz, jednak pierścionek nie miał zamiaru zejść.
- Nie mogę!- krzyknęłam z paniką w głosie. 
- Powinniśmy iść do zamku- zaproponował Jackson.- Może Samanta będzie wiedziała coś na ten temat.
 Poszliśmy do szkoły. Czułam na sobie spojrzenia ludzi. Nie za bardzo mi się to podobało. W końcu doszliśmy do mojej sypialni. Kiedy weszłam do środka, usłyszałam głos Maddy:
- Co ty za panny tu sprowadzasz, Jackson?- zaśmiała się.
- Maddy, to ja, Sara!
 Dziewczyna wrzasnęła. Popatrzyłam na Katherinę. Wyglądała na zaszokowaną, podobnie jak Sam. Poszłam do łazienki i popatrzyłam w lustro. To co tam zobaczyłam naprawdę mnie przestraszyło. To nie była moja twarz. Odbicie miało brzoskwiniową skórę, błękitne oczy i wyglądało na jakieś dwadzieścia lat.Na dodatek miało rude włosy.
- Mam rude włosy!- wrzasnęłam.- Czy ktoś może mi powiedzieć DLACZEGO mam rude włosy?!
- Co się tu w ogóle dzieje- zapytała Samanta. Zaczęliśmy jej wyjaśniać co się wydarzyło. Moje przyjaciółki słuchały tego z niedowierzaniem. Kiedy skończyłam, Kate zapytała:
- Ale jak to możliwe?
- Żyjesz w świecie magi!- odparłam.- Tu WSZYSTKO jest możliwe!
 Samanta przez chwilę cię zastanawiała, aż w końcu oznajmiła:
- Myślę, że zamieniłaś się w poprzednią właścicielkę tego pierścienia.
- Jak mam to naprawić?- zapytałam.
- Jeszcze nie wiem. Może powinnam, chociaż nie...
- Samanto, wymyśl coś szybko, bo ja już nie chcę mieć rudych włosów!- Czułam jak wszystko się we mnie gotowało. Nie wiedziałam dlaczego, przecież, to nie było aż takie straszne, a już na pewno nie była to wina Sam, jednak nie potrafiłam zapanować nad gniewem. Nagle książka leżąca na jej łóżku stanęła w płomieniach. Kate szybko ją zgasiła.
- Co to było?- zapytała.- Kto to zrobił?
- Myślę, że Sara- odrzekł Jackson.
- Ja?!- zdenerwowałam się.
- Saro spokojnie- powiedział do mnie.- Myślę, że to moc poprzedniej właścicielki pierścienia, pirokineza. 
- To by się zgadzało- mruknęła Sam. - Zaraz pójdziemy do biblioteki, poszukamy kto to mógł być, ale najpierw się przebież.
 Chciałam zdjąć tę okropną sukienkę, jednak, podobnie jak pierścień, nie chciała zejść. Oznajmiłam to. Samanta podeszła do swojej szafki nocnej. Zaczęła w niej grzebać. Po jakiejś minucie wyciągnęła jakąś kartkę i przeczytała:
- Mnie nie śmieszy już ta gra, niech każdy wygląd swój znów ma.
 Poczułam lekkie szczypnięcie, jednak nie była w stanie ustalić gdzie. Znów popatrzyłam w dół i z wielką ulgą stwierdziłam, że to moje własne ciuchy. Pobiegłam do lustra. Znów wyglądałam jak ja.
- Dziękuję Samanto!- zawołałam.
- Na twoim miejscu bym się tak nie cieszyła. Masz tylko swój wygląd, ona nadal w tobie siedzi, zdolność pirokinezy też. 
 Znów poczułam falę gniewu. Tym razem zapaliła się poduszka. Kate znów ugasiła pożar.
- Chodźmy do biblioteki- zaproponowała Maddy.
 Wszyscy wyszliśmy z pokoju. Szliśmy korytarzem, aż dotarliśmy do celu. Kate kazała mi usiąść przy stoliku. Poczułam złość, ale, dzięki Bogu, niczego nie spaliłam. Wszyscy, oprócz mnie, poszli szukać książki, w której mogliby coś znaleźć. Po jakiejś godzinie Jackson zawołał:
- Chyba znalazłem!
 Wszyscy podeszli do mnie. Jackson pokazał nam rysunek jakiejś kobiet. Obok był opis. Kate zaczęła czytać:
- Josephina Hampstead. Czarownica żyjąca w XII w. Pochodziła z Anglii. Miała dar pirokinezy, nad którym nie potrafiła zapanować. Zdolność ta była przyczyną wszystkich tragedii, jakie uczyniła. Josephina za każdym razem kiedy się denerwowała, podpalała coś. Kiedy miała piętnaście lat podpaliła człowieka, który nie chciał jej pomóc. Po jakimś czasie jej ofiar było coraz więcej. W wieku dwudziestu dwóch lat jej narzeczony stwierdził, że nie może żyć z mordercą. Josephina podpaliła go. Wydarzenie to tak nią wstrząsnęło, że postanowiła się ukarać. Ponad sto razy podpalała samą siebie tylko po to, aby po chwili zgasić ogień i zrobić to ponownie następnego dnia. Podczas jednego razu, nie dała rady zgasić ognia. Spłonęła żywcem, podobnie jak wszystkie jej ofiary. Istniej legenda, że jej pierścień znajduje się gdzieś w Anglii, a kto go założy stanie się Josephiną.
  Stałam przez chwilę w milczeniu. Po chwili jednak nie wytrzymałam i wybiegłam z biblioteki. Pobiegłam do sypialni. 

 Do godziny dwudziestej pierwszej nie wychodziłam ze swojego pokoju. Dziewczyny i Jackson były ze mną w pokoju, jednak rzadko się odzywały, co nie zmieniało faktu , że co chwilę się denerwowałam i wzniecałam pożar. O dwudziestej pięćdziesiąt dwie przesadziłam. Rozpaliłam poduszkę obok której siedziała Maddy. Dzięki Bogu nic się jej nie stało.
- Jackson- powiedziałam.- Chodź ze mną na korytarz.
- Nie wiem czy to...
- Chodź ze mną na korytarz!- wrzasnęłam i podpaliłam butelkę, leżącą na podłodze. Chłopak wstał i wyszedł, a ja za nim. Szłam szybkim krokiem. Zatrzymałam się przy sali do magicznej biologii.
- Otwórz ją- rozkazałam. Jackson wymamrotał coś i pojawiły się drzwi. Otworzyłam je i pobiegłam na górę. - I nie waż się za mną iść!- zawołałam.

 Siedziałam w kapsule już chyba dwadzieścia godzin, z czego około dwanaście przespałam. Siedziałam z nogami przyciśniętymi do piersi. Głowę opartą miałam na kolanach. Po policzkach płynęły mi łzy. Nie radziłam sobie z tym co się wydarzyło. Przerastało mnie to. Fakt, że mogłam kogoś zabić, doprowadzał mnie do rozpaczy. Nie miałam innego wyjścia, jak zginąć tu z braku wody. Ewentualnie mogłam podpalić samą siebie. 
  Było już całkiem ciemno, kiedy do kapsuły przyszedł Jackson.
- Nie zbliżaj się!- ostrzegłam. On jednak nie miał zamiaru mnie słuchać.
- Odejdź!- wrzasnęłam. On nadal szedł w moim kierunku.
- Nie rozumiesz, że mogę ci zrobić krzywdę?!
 Jackson stał już nade mną. Patrzył mi się w oczy. Po chwili usiadł i powiedział:
- Sarito Linares, chciałem ci to powiedzieć już wczoraj, ale nie było okazji.- Patrzyłam mu w oczy. Przez chwilę panowało milczenie. Przerwał je Jackson:- Kocham cię, Sarito Linares.
 Poczułam ogromny chłód. Kiedy zrobiło mi się trochę cieplej, pierścionek sam zsunął się z mojego palca. Nie przejmowałam się tym. Patrzyłam w oczy mojego chłopaka, nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa. Po jakimś czasie szepnęłam:
- Ja ciebie też kocham, Jacksonie Wardzie.
 Jackson zbliżył się do mnie i zaczął całować. Kiedy przestaliśmy, zaczęłam intensywnie wpatrywać się w jego bluzę. Ku mojej wielkiej radości dostrzegłam pod nią niebieską bluzkę. Znów widziałam przez ściany, ubrania i takie tam. 
- Co zrobimy z tym pierścionkiem?- zapytał Jackson.
- Oddamy dyrektorowi- odpowiedziałam.- Może da je do jakiegoś muzeum.
 Wstaliśmy i zeszliśmy na dół. 

piątek, 13 lipca 2012

Rozdział 13

  Minęło kilka tygodni. Czas ten wystarczył Katherinie, aby stała się jedną z najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Teraz mało który chłopak nie miałby ochoty wyjść z nią na randkę, więc zazwyczaj nie ma jej z nami. Ostatnim szczęśliwcem był Peter McDonald, rok starszy od nas. Katherninie chyba się podoba, bo umówiła się z nim już na trzy randki, co rzadko się jej zdarza. 
 Niestety moja popularność nieubłaganie spadała. Powodem tego był fakt, że nie byłam już singielką. Teraz, kiedy jestem zajęta, dla chłopców przystała być atrakcyjna. Niestety to nie koniec. Cały wolny czas spędzałam z Jacksonem, ewentualnie z przyjaciółkami czy siostrami. Nie spotykałam się z nikim innym, a nawet nie rozmawiałam z nikim innym. Większość społeczności szkoły po prostu przestała się mną interesować. Prawdę mówiąc, nie przeszkadzało mi to ani trochę. 

- No i w tedy on powiedział, że nie ma ochoty na randki- westchnęła Isabell. Siedziałyśmy w jej sypialni razem z Jesicą, próbując ignorować Penelopę, która całowała zdjęcia Jacksona. Plotkowałyśmy o Willu, najlepszym przyjacielu bliźniaczek i równocześnie bracie Maddy, który ostatnio chodził jakiś przygnębiony. 
- On tak cały czas się zachowuje- dodała Jesica.- Od naszego zerwania nie spotkał się z żadną dziewczyną.
  Jes i Will chodzili ze sobą kilka miesięcy temu, jednak po paru tygodniach coś się popsuło i wrócili do przyjaźni. Wielka szkoda, bo byli świetną parą. 
- Może trzeba mu znaleźć jakąś dziewczynę?- zaproponowałam, a po chwili ziewnęłam. Is popatrzyła na zegarek.
- O mój Boże- powiedziała.- Już w pół do jedenastej. Lepiej idź, Saro, bo jak ktoś zobaczy, że nie jesteś w sypialni, to raczej się to nie skończy. 
- Okej- oznajmiłam, wstając z łóżka. - Jutro też przyjdę. No to na razie.
 Wyszłam i poszłam w stronę swojego pokoju. Szłam jak najciszej. Dlaczego to ja nie mogłam mieć dary niewidzialności? Na co mi głupie patrzenie przez ściany? Mało przydatny dar. W ogóle wszyscy moi znajomi mają lepszy. Isabell czyta w myślach, Jes widzi przyszłość, Jackson jest niewidzialny. To takie niesprawiedliwe. Rozmyślałam tak prze długi czas, aż nagle usłyszałam za sobą niski głos:
- A tobie, Linares, nie powiedziano, że nie spaceruje się po ciszy nocnej?- Głos należał do nauczyciela wróżbiarstwa, profesora Clarka. Stałam, nie ruszając się, aż po kilkunastu sekundach, odwróciłam się i stanęłam z nim twarzą w twarz.
- Co za bezczelność lekceważyć zasady naszej szkoły!- warknął Clark. Już chciałam coś powiedzieć, jednak przypomniałam sobie, że u Clarka lepiej milczeć niż próbować się bronić.
- Przyjdziesz do mojego gabinety jutro po lekcjach- oznajmił profesor.- Zrozumiano?
 Przytaknęłam.
- Możesz iść Linares.
 Szybkim krokiem powędrowałam do sypialni. Kiedy weszłam do środka, dziewczyny jeszcze nie spały. Maddy gadała z Kate, a Sam czytała książkę.
- Dostałam szlaban- pochwaliłam się. Dziewczyny popatrzyły na mnie. Samanta westchnęła:
- Znowu?
- Tamten był już dawno. Lepiej zgadnijcie od kogo.
- Od Been- odpowiedziała Madeline bez zastanowienia. 
- A właśnie, że nie, bo Clark- oznajmiłam z dumą.
- Wow. Pierwszy raz dostałaś szlaban od kogoś innego. Myślałam, że to niemożliwe- powiedziałam Sam.
 To prawda. Miałam na koncie wiele szlabanów. Wszystkie były od Been. 
 Poszłam do łazienki, umyłam się, przebrałam w piżamę i poszłam spać.

~*~ *~

Zapukałam do drzwi.
- Proszę- rozległ się zimny głos profesora Clarka.. Weszłam do środka i, co mnie zdziwiło, profesor nie był tam sam. Przed jego biurkiem stał jakiś chłopak, chyba z klasy Jacksona. Stanęłam koło niego.
- Dobrze, ze już jesteś, Linares. Razem z kolegą będziesz dzisiaj pomagała w kuchni.
- Żartuje pan?- wypaliłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. 
- Nie, Linares- odpowiedział spokojnie nauczyciel. - Macie pójść do kuchni. Pani Miller się wami zajmie.
 Posłusznie wyszliśmy i udaliśmy się w stronę kuchni. 
- Hej- odezwałam się.- Jestem Sara Linares, a ty?
- Jason Simpson- odpowiedział.
- Jesteś bratem Kate?- spytałam.
- Tak. Chodzisz z nią do klasy?
- Owszem i mam z nią pokój.
- Nie chwaliła się, że ma takie ładne współlokatorki- zaśmiał się. 
- Ani, że ma takiego fajnego brata.
 Zaśmialiśmy się.  Po chwili dotarliśmy do celu. Jason zapukał do drzwi. Otworzyła jakaś kobieta. 
- Profesor Clark was przysłał?- zapytała, a kiedy przytaknęliśmy, dodała:- No w końcu, bo za chwilę spóźnię się na mój ulubiony serial.
 Wymieniliśmy z Jasonem spojrzenia, idąc za kobietą. Doszliśmy do jakiegoś stołu, na którym leżało jakieś mięso. Zrobiło mi się słabo na ten widok.
- Macie zrobić kotlety na dzisiejszy obiad- oznajmiła kobieta. 
- Jestem wegetarianką- wtrąciłam.- Nie dotknęłabym tego, choćby mieli mnie wyrzucić ze szkoły. 
 Kobieta przez chwilę stała w milczeniu. Po jakieś minucie poszła w kierunku innego stołu. Szliśmy za nią. Kiedy się zatrzymała, powiedziała:
- Będziecie robić surówki na dzisiejszy obiad. Muszę już iść, bo mi się serial zacznie.- To powiedziawszy, odeszła, a my zabraliśmy się do roboty. Po chwili Jason zapytał:
- Naprawdę jesteś wegetarianką?
- Tak- potwierdziłam.- Dlaczego pytasz?
- Po prostu nie znałem wcześniej wegetarianki.
  Obierałam, kroiłam, siekałam,  wrzucałam do miski, mieszałam warzywa przez jakieś półgodziny, rozmawiając z Jasonem. Kiedy w końcu skończyliśmy, udaliśmy się do pani Miller. Kobieta po obejrzeniu surówek, wypuściła nas z kuchni. Wracałam z Jasonem korytarzem pełnym ludzi, nadal gadając. Kiedy dotarłam do swojego pokoju, powiedziałam:
- Cieszę się, że dostałam ten szlaban.
- Bo, straciłaś prawie całą godzinę swojego życia na robieniu surówek?- zapytała zdziwiony chłopak.
- Nie, geniuszu- zaśmiałam się.- Bo uświadomiłam sobie, że muszę czasem pogadać z kimś innym niż mój chłopak, przyjaciółki czy siostry. 
- Miło mi, że ci to uświadomiłem- powiedział nagle jakiś przygnębiony. Pożegnał się ze mną i poszedł.

~*~*~

 Siedziałam w bibliotece z grupką dziewczyn. Wśród nich były oczywiście moje przyjaciółki. Wszystkie razem odrabiałyśmy lekcje. Co chwilę jakaś z dziewczyn zaczynała o czymś opowiadać. Długo tak słuchałyśmy się siebie nawzajem. W końcu pewna dziewczyna, Melinda Brown, odezwała się do mnie:
- Jakoś rzadko tu ostatnio przychodziłaś.
- Wiem. Prawie cały czas siedziałam z chłopakiem.
- No tak, odstaw koleżanki, bo masz chłopaka- zaśmiała się.
- Obiecuję, że już się to więcej nie powtórzy.
 Nagle poczułam, że moja popularność znów wzrasta.