poniedziałek, 1 lipca 2013

Rozdział 47

  Kolejne dwa tygodnie były dla mnie mordęgą. Nie potrafiłam się pozbierać po rozstaniu z Jacksonem. Dziewczyny musiały mnie ciągnąć na lekcje i posiłki, bo najchętniej nie wychodziłabym z łóżka Tak też zresztą robiłam w weekendy. Bardzo cię więc ucieszyłam, kiedy po ostatniej lekcji w piątek poszłam do swojej sypialni. Położyłam się na łóżku i, mimo wielu próśb moich przyjaciółek, nie miałam zamiaru wstawiać.
  To było takie niesprawiedliwe! Życie i tak dało mi już mocno w kość. I kiedy już myślałam, że mi to wynagrodziło, moje wynagrodzenie całuję się z Penelopą. Moje całe życie straciło sens. No dobra, miała przyjaciółki, ale niedługo skończymy szkołę i każda z nas będzie musiała żyć własnym życiem. Tylko że ja nie miałam żadnego życia!
  Miałam ogromną ochotę czymś sobie przywalić. 
  Nagle spadła mi poduszka. Podniosłam ją i niechcący spojrzałam na wewnętrzną stronę nadgarstka. Widniał tam czarny tatuaż, napis Jackson. Bardzo dobrze pamiętam, kiedy go zrobiłam.

~*~*~

  W połowie stycznia zorganizowano wypad do Dronwood. Ja oczywiście umówiłam się z Jacksonem. Kiedy tylko dotarliśmy na miejsce, odnalazłam go w tłumie uczniów i razem wyruszyliśmy na spacer.
- Masz jakiś pomysł, gdzie moglibyśmy pójść? - spytałam.
- Chyba mam.
- Jaki?
- Zobaczysz.
  Szliśmy powoli, mijając znajomych ze szkoły. Nagle Jackson zatrzymał się przed jakimś budynkiem. Spojrzałam na szyld: "Studio tatuaży". Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Żartujesz?
- Nie - odpowiedział najspokojniej na świecie.
- Jackson, proszę. Chodźmy stąd.
- A może lepiej wejdźmy? - Uśmiechnął się do mnie łobuzersko. - Saro, przecież to tylko tatuaż.
- Tylko tatuaż? tatuaż! Matka mnie zabije.
- Nie musisz jej pokazywać. 
- To Kristin mnie zabije. Zresztą to strasznie boli...
- Nie tutaj. To nie jest zwykłe studio. Należy do czarodzieja. Te tatuaże nie są prawdziwe. To znaczy są. Nie da się ich usunąć, ale ich wykonanie nic nie boli.
  Tym mnie trochę przekonał. Spojrzałam niepewnie na drzwi.
- Co mielibyśmy sobie wytatuować?
- Swoje imiona - odpowiedział bez zastanowienia.
- Jak długo o tym myślałeś?
- Trochę. Ale to nieistotnie. Wchodzimy?
  Przemyślałam to wszystko jeszcze raz. W sumie sama nie wiem dlaczego, ale podeszłam do drzwi, otworzyłam je i weszłam do środka. Nie było tam zbyt dużo ludzi, ale musieliśmy trochę poczekać. Usiedliśmy na starych, zniszczonych fotelach. Cały czas zastanawiałam się czy to na pewno dobry pomysł.
- Jackson? - odezwałam się po chwili milczenia.
- Tak?
- A co jeśli ze sobą zerwiemy? Tych tatuaży nie będzie mogli się pozbyć.
- Ale my ze sobą nie zerwiemy.
- Teraz tak mówisz. Jesteśmy młodzi. Jeszcze tyle przed nami...
- Saro, nie zerwiemy. - Spojrzał mi w oczy. - Kocham cię i nic tego nie zmieni. Rozumiesz?
  Kiwnęłam głową i byłam już przekonana.

  Usiadłam na miękkim fotelu i wyciągnęłam prawą rękę. Oznajmiłam, że chcę mieć swój tatuaż na nadgarstku, tak jak się umówiliśmy z Jacksonem. Odwróciłam głowę, żeby nie patrzeć, jak mężczyzna robi mi tatuaż. Jackson miał rację, nic nie bolało.
  Spotkaliśmy się przy starych, zniszczonych fotelach. Jackson uśmiechnął się do mnie. Pokazał swój tatuaż, napis Sarita.
- Ładny?
- Bardzo.
  Pokazałam mu swój.
- Twój też. Idziemy coś zjeść?
- Jasne.

~*~*~

Leżałam na łóżku, gapiąc się na swój nadgarstek. Nie zerwiemy. Tak powiedział Jackson. No cóż, nie powiedział tylko, że się nie zdradzimy. Znów zaczęłam płakać.

2 komentarze: