piątek, 14 września 2012

Rozdział 34

 Obudziłam się i nie miałam pojęcia gdzie jestem. Leżałam w łóżku, rozglądając się po pokoju. Był on dość duży, ściany były zielone. Na przeciwko mnie stała wielka, stara szafa, a obok niej biurko. Trochę dalej było okno, na którym stały jakieś dziwaczne rośliny. 
 Było mi okropnie zimno. Ból kostki był znacznie mniejszy niż wczoraj, podobnie jak głowy. Podciągnęłam kołdrę do samych ust i leżałam tak przez dłuższy czas, zastanawiając się, gdzie jestem.
- Widzę, że się obudziłaś.
Odwróciłam się, zdziwiona. Przy drzwiach stał Jackson, trzymając jakiś kubek. Podszedł do mnie i usiadł na łóżku. Gapiłam się na niego szeroko otwartymi oczami. 
- Co ja tu robię? - zapytałam. - Nie przypominam sobie, żebym doszła do twojego domu.
- Moja matka znalazła cię wczoraj rano w parku - wyjaśnił. - Przyniosła cię tutaj. 
- Wiedziała, że to ja? To znaczy, czy wiedziała, że jestem twoją dziewczyną?
- Nie - odrzekł Jackson. - Powiedziała mi, że znalazła jakąś dziewczynę nieprzytomną w parku i że leży w moim łóżku. Nieźle się zdziwiłem, kiedy ujrzałem ciebie. - Podał mi kubek. - Wypij.
 Wzięłam kubek i zaczęłam pić. Była to herbata. Czułam jak po moim ciele rozchodzi się ciepło. 
- Złamałaś kostkę - powiedział Jackson. - I masz gorączkę. Co prawda już znacznie spadła odkąd tu jesteś.
 Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu. Piłam swoją herbatę, a Jackson głaskał mnie po policzku. Dopiero po chwili zorientowałam się, że jest jeszcze w piżamie. Nigdy wcześniej go w niej nie widziałam, co było niesprawiedliwe, bo on mnie widział już wiele razy. Uśmiechnęłam się.
- Co ty tu w ogóle robiłaś? - zapytał trochę później chłopka. 
- Uciekłam z domu - oznajmiłam. - Nie wytrzymałam z matką, więc po prostu wzięłam swoje rzeczy i wyszłam. Chciałam przyjść do ciebie, ale po drodze się wywróciłam - tak wiem, jestem łajzą - i nie byłam w stanie iść dalej.
- A byłaś już naprawdę blisko - oznajmił Jackson, uśmiechając się.

 Minęło kilka godzin, a ja w ogóle nie ruszyłam się z miejsca. Leżałam w łóżku do piętnastej. Byłam nadal za słaba, żeby wstać. Kostka zaczynała mnie boleć jeszcze bardziej. Czułam też, że gorączka znowu rośnie. 
 Drzwi otworzyły się i stanęła w nich kobieta. Na oko miała trzydzieści parę lat. Była dość wysoka, jej włosy były ciemne i proste, a oczy brązowe. Uśmiechała się. W ręku miała tace z miską. Podeszła do mnie.
- Jak się czujesz? - zapytała, siadając na krześle obok mojego łóżka. 
- Nie najlepiej - przyznałam. - Noga zaczyna mnie boleć.
- Przyniosłam ci zupę - powiedziała. Usiadłam i podparłam się o ścianę. Matka Jacksona położyła mi tacę na kolanach. - Ostrzegam, że może ci nie smakować. Robię rosół wegetariański.
 Wzięłam łyżkę zupy do ust. Uśmiechnęłam się. Smakował prawie tak samo jak ten, który robiła mi Kristin.
- Jestem wegetarianką - odparłam, biorąc kolejną łyżkę.
- Jackson nie wspominał.
- Nie mówiłam mu - oznajmiłam. - Szczerze mówiąc, ja też nie wiedziałam, że on jest wegetarianinem. 
- Zjedz swoją zupę i połóż się spać - nakazała kobieta. - Sen dobrze ci zrobi.
 Uśmiechnęła się do mnie i wyszła z pokoju.
Zjadłam rosół i odłożyłam miskę na podłogę. Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy.

~*~*~ 

- ... masz NATYCHMIAST wracać do domu! 
Kobiecy, zimny głos zdawał się dobywać się z bardzo daleka. 
- Ona nigdzie nie pójdzie!
Tym razem głos należał do chłopaka i wydawał się być nieco bliżej.
- Jak to nie pójdzie?!
Znowu kobiecy, zimy głos, ale jeszcze bliżej. Trochę to trwało, zanim zorientowałam się, że to nie jest sen. Otworzyłam oczy i zobaczyłam moją matkę.
- Sarito, masz wstać z tego łóżka W TEJ CHWILI!
Stała przed moim łóżkiem, piorunując mnie wzrokiem. Obok mnie siedział Jackson, a jego matka stała przy oknie. 
- Ona nie da rady - powiedziała cicho. - Ma skręconą kostkę i bardzo wysoką gorą...
- NIC MNIE TO NIE OBCHODZI! - wrzasnęła moja matka. - SARITO, WSTAWAJ NATYCHMIAST!
 Popatrzyłam na Jacksona. Chłopak chyba wyczuł mój wzrok, bo powiedział:
- Nie może jej pani rozkazywać. Jeżeli zechce, to zostanie.
- Nie, nie zostanie! - warknęła Diana. - Chodź, Sarito!
Leżałam cicho, wpatrując się w ich trójkę. Nie miałam siły nawet nic powiedzieć. 
Moja matka dochodziła do granic możliwości. Wydzierała się jak oszalała. Chętnie potraktowałabym ją jakimś zaklęciem, ale to by było trochę nie w porządku. Jeżeli nic innego nie zadziała, pomogę sobie magią.
- Ona nie może nigdzie iść! - oznajmiła matka Jacksona. - Nie da rady! Nie wytrzyma podróży na drugi koniec Londynu!
- Zamknij się, kobieto! To ja jestem jej matką! Sarita, CHODŹ!
 Jeszcze chwilę milczałam. Zastanawiałam się, co mam zrobić. W końcu po prostu wykrzyknęłam:
- Nie mam zamiaru nigdzie iść! Nie po to uciekałam z domu, żeby teraz do niego wracać! Byłabym wdzięczna, gdybyś poszła i już tu nie wracała. 
 Matka gapiła się na mnie jak na wariatkę. Odwróciła się i poszła w kierunku drzwi.
- Pozdrów Josha! - zawołałam, kiedy wychodziła.

sobota, 8 września 2012

Rozdział 33

 Szłam ulicami Londynu szybkim krokiem, żeby jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Nie chciałam chodzić po nocy, a była już dwudziesta czwarta. Mimo, że szłam już od godziny, nadal byłam daleko od domu Jacksona, do którego pragnęłam się dostać. Nie wiem, co ja sobie myślałam, wychodząc. Jego dom znajdował się na drugim końcu miasta i nie było szans, żebym dotarła tam przed drugą. A nawet jeśli, to co miałabym zrobić? Zadzwonić do ich domu i czekać aż mi otworzą, a następnie po prostu wejść do środka? To nie miało sensy. Na dodatek moja walizka była okropnie ciężka.
 Minęła kolejna godzina, a ja nadal byłam strasznie daleko. Kiedy moje nogi nie były w stanie iść dalej, weszłam do jakiegoś baru. Pożałowałam tego, gdy tylko otworzyłam drzwi. W środku siedziało wiele pijaczków, którzy, sądząc po ich minach, chętnie zaopiekowaliby się taką samotną, bezbronną szesnastolatką. Nie mogłam jednak iść dalej, więc podeszłam do baru i usiadłam na wysokim krześle. Barman popatrzył się na mnie i zapytał:
- Nie za młoda na siedzenie w barach po północy?
- Lepsze to niż siedzenie w moim domu - mruknęłam.
- Coś podać?
- Kawę - odparłam. - Rozpuszczalną.
Czekałam na napój, rozkoszując się ciepłem, które panowało w lokalu. Na dworze było okropnie zimno i padał śnieg. Po chwili podszedł do mnie jakiś facet. 
- Hej, ślicznotko - powiedział, siadając na krześle obok. - Zgubiłaś się? Bo chętnie bym ci pomógł znaleźć drogę, nie koniecznie do domu.
- Nie, dziękuję- uśmiechnęłam się. - Dam sobie radę.
 Koleś jednak nie miał zamiaru się odczepić. Przysunął swoje krzesło bliżej mojego. Czułam jak strasznie śmierdzi alkoholem, papierosami i wymiotami. 
- Na pewno? - dopytywał się. - Ja bym się tobą zajął, ślicznotko.
 Odsunęłam się od niego, ale on nie dawał z wygraną:
- Mogę ci postawić drinka, jeśli chcesz - zaproponował, szczerząc zęby. - Albo...
- Edd, odczep się od dziewczyny! - przerwał mu barman, za co byłam mu bardzo wdzięczna. Edd spiorunował go wzrokiem, ale odszedł ode mnie. Barman podał mi kawę.
- Dziękuję - powiedziałam.

 Dlaczego nie wzięłam ze sobą szalika? Szłam już trzecią godzinę, a moja szyja po prostu zamarzała. Byłam na siebie okropnie zła. Kto normalny nie zabiera ze sobą szalika, kiedy ucieka z domu? Mogłam też wzięć rękawiczki, bo moje dłonie nie za dobrze znosiły mróz. 
 Mijały minuty, a ja ciągle nie byłam blisko. Musiałam trochę zwolnić tępo. Kiedy przechodziłam obok jakiegoś osiedla, usłyszałam głos:
- Ej, ty! 
Odwróciłam się i zobaczyłam chłopaka. Miał mniej więcej osiemnaście lat. Podszedł do mnie.
- Co taka mała dziewczynka jak ty, robi w tak niebezpiecznym miejscu i to na dodatek sama?
 Próbowałam odejść, nie zwracając na niego uwagi, ale złapał mnie za rękę.
- Chyba nie sądzisz, że mógłbym cię puścić? Rzadko zdarza mi się tu kogoś spotkać o tej porze, a zwłaszcza dziewczynę.
 Pociągnął mnie ku sobie. Zaczęłam się wyrywać, ale jego uścisk był zbyt silny. Czy już naprawdę nie da się przejść w nocy spokojnie po Londynie? Bez pijaków z barów i gwałcicieli z osiedli? Nie miałam innego wyjścia. Musiałam sobie pomóc.
 - Dertondo! - szepnęłam, a chłopak upadł na ziemię, uwalniając mnie. Pobiegłam dalej.

  Doszłam do jakiegoś parku. Wiedziałam, że muszę przez niego przejść, bo druga droga jest o połowę dłuższa. Weszłam do parku, modląc się, żeby nikogo nie spotkać. 
 Przez kilkanaście minut było dobrze. Nikogo nie zobaczyłam i co ważniejsze, nikt nie zobaczył mnie. Wszystko byłoby piękne, gdyby nie wystający z ziemi korzeń, o który się potknęłam.
 Leżałam na śniegu, czując niesamowity ból w prawej kostce. Próbowałam wstać, ale ból nogi był zbyt silny. Upadłam znowu i nie dałam rady się podnieść. Leżałam na śniegu, zaciskając zęby. Ból stawał się coraz silniejszy. Chciałam wstać, ale nie byłam w stanie. Czułam, że powieki same mi się zamykają.

~*~*~ 

 Kiedy otworzyła oczy, zobaczyłam ciemność. Czułam ból nie tylko kostki, ale także głowy. Po za tym było mi strasznie zimno. 
 Po chwili uświadomiłam sobie, że na przeciwko mnie siedzi Jackson. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się.
- W końcu się obudziłaś - powiedział. Podał mi jakąś butelkę, chyba z wodą, i dodał:- Wypij trochę.
 Spełniłam jego prośbę. Ku mojemu zaskoczeniu, napój nie smakował jak woda. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie piłam.
- Co to jest? - zapytałam.
- Lekarstwo - odparł Jackson. - Jak się czujesz?
- Okropnie - wyznałam. - Boli mnie głowa i kostka i w ogóle wszystko.
Jackson jedną ręką pogłaskał mój policzek, a drugą położył mi coś zimnego na czole. 
- Zamknij oczy, Saro - powiedział cicho. - Musisz odpoczywać.
- Nie chcę - wymamrotałam.
- Dlaczego?
- Bo jak je znowu otworzę to ciebie już nie będzie - szepnęłam. Jackson siedział przez chwilę w milczeniu, ale w końcu spytał:
- Myślisz, że to sen? 
Kiwnęłam głową.
- Albo wytwór mojej chorej wyobraźni - dodałam.
 Jackson nachylił się nade mną i pocałował mnie w czoło.
-  Śpij, Saro. Proszę.
 Zamknęłam oczy.

piątek, 7 września 2012

Rozdział 32

 Wyjęłam walizkę z bagażnika i poszłam w kierunku Jacksona. Po chwili podbiegły do nas Maddy, jej braci, Kate i Samanta. Szliśmy powoli, szukając rodziców lub, w moim wypadku, Kristin. Sam zobaczyła tatę już po chwili, więc uściskała nas wszystkich i powędrowała w jego stronę. Później zobaczyliśmy rodziców Katheriny. Pożegnała się z nami, szczególnie czule z Willem, co zdziwiło Maddy, która nadal o niczym nie wiedziała.
 Szliśmy długo, aż w końcu dostrzegliśmy matkę Madeline. Podeszliśmy do niej i, ku mojemu zdziwieniu, stały obok niej bliźniaczki. Pani Czarnecka uściskała swoje dzieci, a później podeszła przywitać się ze mną.
- A gdzie Kristin?- zapytałam. 
- Wyjechała- oznajmiła pani Czarnecka. - Dostała urlop i pojechała do sanatorium. Prosiła mnie, żebym was też zabrała.
- Czyli nie ma jej w domu? - zapytałam, a pani Czarnecka pokręciła głową.
- Wróci za kilka miesięcy.
 Nie mogłam w to uwierzyć. Jak Kristin mogła mnie zostawić? Co ja mam niby teraz zrobić? Sama w domu z matką i Joshem. To brzmi gorzej od najgorszych koszmarów! Dzięki Bogu będą bliźniaczki, a przynajmniej tak myślałam. Po chwili podeszła do mnie Is i powiedziała:
- My też wyjeżdżamy.
- Co?- zapytałam.- Chcecie mnie zostawić?! 
- Przykro mi, Saro. Nie wiedziałam, że Kristin wyjedzie.
Podeszła Jesica i uściskała mnie.
- Powodzenia, Saro- oznajmiła i odeszła. Isabell też już miała iść, ale ją zatrzymałam.
- Powiesz chociaż gdzie jedziecie?
- Do Jamesa- oznajmiła. - Kevin też tam będzie. Na razie, Saro.
I odeszła zostawiając mnie samą. Stałam przez chwilę, gapiąc się przed siebie. Nagle poczułam, że ktoś łapie mnie za rękę. Odwróciłam się i zobaczyłam Jacksona.
- Dasz radę- powiedział i pocałował mnie.
- Nie, nie dam - powiedziałam, a on znowu mnie pocałował.
- Dasz- uśmiechnął się do mnie. - Muszę już iść. Pa, Saro.
- Pa- odparłam. Kiedy odszedł, wsiadłam do samochodu. Przez całą drogę pani Czarnecka zadawała nam jakieś pytania, typu: Jak tam w szkole? Gdy zapytała się czy mamy jakieś nowe sympatie, Will podejrzanie milczał. Nikt jednak tego nie zauważył.
 Dojechaliśmy do domu. Wysiadłam z samochodu i wzięłam swoją walizkę. Pożegnałam się ze wszystkimi  i poszłam w kierunku domu. Kiedy tylko otworzyłam drzwi, usłyszałam krzyk Josha:
- No nareszcie! Przynieś mi coś do picia!
 Oczywiście nie miałam zamiaru tego robić. Zdjęłam płacz i czapkę, wzięłam walizkę i poszłam do swojego pokoju. Nie minęło dziesięć minut, gdy moje matka zawołała:
- Sarita! Chodź tu!
Chcąc, nie chcąc musiałam zejść na dół do salonu. Matka siedziała na kanapie, a Josh w fotelu. Miał na sobie swój cudowny dres w panterkę. Oglądali telewizję.
- Myślę, że powinnaś zrobić obiad- powiedziała Diana.
- Ja?- zdziwiłam się. 
- A niby kto?- zapytała matka.- Może ja albo Josh mamy się przemęczać? I zrób coś z mięsa, a nie jakieś okropne danie wegetariańskie, jakie zazwyczaj serwuje nam Kristin.
 Popatrzyłam na nich. Jasne, że mogłabym zrobić obiad, ale wróciłam kilkanaście minut temu. Oni siedzą tu pewnie cały dzień i nawet tego nie chce im się zrobić? Na dodatek chcą mięsa, a ja nie mam zamiaru nawet na nie patrzeć. Wyszłam z salonu, nie zwracając uwagi na krzyki Josha. 

 Siedziałam w sypialni, szkicując i równocześnie próbując ignorować wrzaski matki. Od kilku godzin co chwilę mnie wołała, żebym spełniała jej każdą, nawet najmniejszą, zachciankę. Mówiąc każdą mam na myśli nawet podanie jej chusteczki do nosa czy zmienienie kanału w telewizji. W końcu się zdenerwowałam i po prostu nie przychodziłam, jednak ona nie dawała się tak łatwo. Bez przerwy się wydzierała, a czasami pomagał jej Josh. Byłam tym wszystkim tak wykończona, że wolałabym siedzieć na eliksirach.
- SARITO, ZEJDŹ W KOŃCU I POMÓŻ SWOJEJ BIEDNEJ MATCE! CO Z CIEBIE ZA CÓRKA?!- zawołała Diana, a ja już nie wytrzymałam. Rzuciłam na łóżko kartkę ze szkicem. Wzięłam jeszcze nie rozpakowaną walizkę i zeszłam na dół. Matka i Josh nawet mnie nie zauważyli, kiedy nałożyłam płaszcz i czapkę i wyszłam z domu.

sobota, 1 września 2012

Rozdział 31

 Zaczął się grudzień. Na dworze wszędzie leżał śnieg. Siedziałam na swoim łóżku, w grubym norweskim swetrze, marząc, żeby wypić kubek gorącej czekolady. Byłam w pokoju sama, bo Sam poszła na randkę, Maddy też, a Kate powiedziała, że musi coś załatwić. Oczywiście wiedziałam, że to coś nazywa się William Czarnecki. 
 Drzwi do sypialni otworzyły się. Stała w nich Madeline cała we łzach. 
- Mój Boże, Maddy!- zawołałam, wstając. Podeszłam do niej i objęłam ją.- Co ci się stało?
 Moja przyjaciółka nie odpowiedziała tylko zaczęła jeszcze bardziej płakać. Pociągnęłam ją na łóżko, na którym usiadłyśmy. 
- Spokojnie, Maddy- powiedziałam. Dziewczyna nawet nie popatrzyła na mnie, tylko nadal szlochała. - Maddy, proszę cię,powiedz co się stało.
 Maddy podniosła wzrok. Patrzyła mi prosto w oczy, a potem wyjąkała:
- L-Luke.
- Co on zrobił?- zapytałam, choć wiedziałam, jaka będzie odpowiedź.
- Zerwał ze mną.

- Nie płacz, Maddy- powiedziała Kate, która przyszła piętnaście minut temu. Opowiedziałam jej, co się stało bo Maddy nie była w stanie. - To był głupek. Nie powinnaś marnować łez na opłakiwanie kogoś takiego!
 W tej chwili weszła Samanta. Widząc zapłakaną Maddy, podbiegła do niej i zaczęła się pytać co się stało. Musiałam jej wszystko wyjaśnić. Sam przytuliła przyjaciółkę, mówiąc jej jakieś słowa pocieszenia. 
 Mijały godziny, a my zamiast się uczyć, próbowałyśmy rozweselić Madeline. Nic jednak nie pomagało. Około godziny dwudziestej Maddy nadal płakała, a nam skończyły się chusteczki do nosa. Nie mogłam patrzeć jak cierpi. Wyszłam z pokoju.

Szłam korytarzem, mijając różnych uczniów i nauczycieli. Kilka osób chciało ze mną pogadać, ale nie miałam ochoty na pogaduszki. Szłam powoli, nie zwracając na nic uwagi, kiedy go zobaczyłam. Siedział sobie spokojnie na ławce w otoczeniu jakiś dziewczyn młodszych ode mnie. Miałam to zignorować, ale kiedy zaczął się z jedną całować, coś we mnie pękło.
- LUKE!- wrzasnęłam. Na dźwięk swojego imienia odwrócił się i popatrzył na mnie. Chyba mnie nie poznał, bo zaczął się uśmiechać. Podeszłam do niego i już miałam na niego się wydrzeć, ale on powiedział:
- No cześć, mała!- Miałam ochotę go zabić za małą. Jedynie Will i Percy mieli prawo tak do mnie mówić! A już na pewno nie on! - Dowiedziałaś się, że znów jestem wolny i przyszłaś się umówić?
 W tej chwili poczułam ogromną chęć rzucenia się na niego. Co Maddy w nim widziała? No dobra, był przystojny, ale gdyby mój chłopak miał takie teksty, to bym od razu z nim zerwała. Powstrzymałam się jednak od wydrapania mu oczu i powiedziałam:
- Nie, nie mam zamiaru się z tobą umawiać. Tak się składa, że jestem przyjaciółką Madeline. - Skrzywił się, gdy wypowiedziałam jej imię. - Tak, Maddy. Pamiętasz ją jeszcze? Wiesz, na twoim miejscu zachowałabym resztki godności i zaczekała chociaż jeden dzień do całowania się z innymi dziewczynami!
 Luke gapił się na mnie ze zdziwieniem. Po chwili milczenia, warknął:
- To chyba nie twoja sprawa, co? Mogę się całować kiedy chcę! 
 Dziewczyna, z którą się wcześniej całował, popatrzyła na mnie.
- Chyba nie do końca rozumiem- powiedziała, co mnie nie zdziwiło. Wyglądała na taką, co wiele rzeczy nie rozumie. - Co to za Maddy? I dlaczego miałby czekać jeden dzień? Jesteśmy parą od tygodnia.
 Dopiero po chwili zrozumiałam, co się dzieje. Luke zdradził Maddy i to z jakąś pustą lalunią. Miałam nadzieję, że moja przyjaciółka się o tym nie dowie, bo serce chyba by jej pękło. 
- Nie wiesz kto to Maddy?- zapytałam ją. - To dziewczyna, z którą Luke dzisiaj zerwał.
 Trochę jej zajęło, żeby to zrozumieć, ale w końcu z jej ust wydobył się krzyk. Popatrzyła na chłopaka z nienawiścią, uderzyła go w twarz i uciekła. Uśmiechnęłam się i również odeszłam.

- Dlatego proszę was, żebyście jej nic nie mówili- oznajmiłam. Siedziałam w sypialni i przed chwilą opowiedziałam o wszystkim Katherinie i Sam. Maddy spała na swoim łóżku. 
- Jasne- odpowiedziały na raz. Uśmiechnęłam się do nich.
- Może jutro w końcu przestanie płakać- powiedziałam z nadzieją, a ona przytaknęły. Siedziałyśmy przez chwilę w milczeniu. W końcu Kate wstała i oznajmiła. 
- Muszę iść coś załatwić.
- A co?- zapytałam. Dostrzegłam, że na jej policzkach pojawiły się rumieńce.
- A nic ważnego.
- Aha. A mogłabyś zawołać Willa. Muszę mu coś powiedzieć.
 Wiem, jestem podła, ale tak bardzo chciałam to zrobić.
- Ja...- Jej rumieńce stały się jeszcze większe. Stłumiła śmiech.- Ja nie sądzę, żebym go spotkała.
Po tych słowach wyszła, żebym przypadkiem jeszcze czegoś nie powiedziała.