poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Rozdział 3

Kończył się październik, a wraz z nim pogoda umożliwiająca przesiadywanie na dworze bez kurtki. Tak więc każdą wolną chwilę spędzałam wewnątrz zamku.Codziennie było coraz nudniej, Nudziłam się do tego stopnia, że zaczęłam systematycznie odrabiać prace domowe.
 Była sobota. Wracałam ze śniadania w towarzystwie Maddy i Samanty. Jak zwykle Sam zatrzymała się przy tablicy ogłoszeń i, jak zwykle, Madeline zapytała:
- Jest coś ciekawego?
 Zazwyczaj odpowiedź była negatywna, ale tym razem było inaczej.
- Nawet bardzo!- zawołała Samanta. Podeszłyśmy do niej. Sam wzięła jakąś karteczkę i przeczytała:- Dnia 3 listopada, czyli w sobotę, o godzinie 16.00 w sali gimnastycznej odbędzie się darmowa dyskoteka.
 Popatrzyłam na kartkę i przebiegł wzrokiem po tekście. Wprost nie mogłam w to uwierzyć. Odkąd chodzę do tej szkoły, nie było tu dyskoteki. Mam ostatnio jakieś dziwne szczęście.

~*~*~
 Dwie godziny przed dyskoteką ja, Maddy, Sam, Jesica i Isabell przygotowywałyśmy się do wyjścia. Bliźniaczki korzystały z naszej sypialni, gdyż w swojej nie mogły wytrzymać przez swoją okropną współlokatorkę- Penelopę Turner. A swoją drogą to powinnam już dawniej o niej napisać. Penelopa jest moją rywalką. Ona także jest zakochana w Jacksonie, z tą małą różnicą, że o jej miłości wiedzą wszyscy, a o mojej tylko niektórzy. Turner gadała ciągle o tym, jaki Ward jest słodziutki, piękny i takie tam. Całą ścianę obok swojego łóżka poobklejała jego zdjęciami. Po prostu: ona nie jest normalna. 
 O 15. 45 wszystkie byłyśmy gotowe. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłam je i zobaczyłam dwóch chłopaków. Jednym z nich był Kevin, a drugim Percy- brat Madeline, który umówił się z Jesicą.
- Gotowe?- zapytał Kevin. Isabell podeszła do niego.
- Oczywiście- powiedziała i złapała go za rękę. Wyszli, a zaraz za nimi Jes z Percym. My we trzy, jak ostatnie sieroty, poszłyśmy za nimi. Żadna z nas nie miała partnera. Sam była zajęta czytaniem, Maddy twierdziła, że nie pójdzie na dyskotekę z chłopakiem, który jej się nie podoba, a z tego co wiem żaden jej się nie podoba. Ja oczywiście mogłabym znaleźć chłopaka, ale nadal miałam nadzieję, że Jackson poprosi mnie do tańca. Gdybym miała chłopaka, nie pozwoliłby mi tańczyć z kim innym. Byłam zbyt nieśmiała, żeby zaprosić Warda.
Weszliśmy do sali gimnastycznej, która wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle. Na co dzień przypomina zwykłą  salę gimnastyczną. Służyła ona do ćwiczenia swojej mocy. Nie każdy jej używał, bo nie każdy musiał. Zacznijmy od tego, że czarodziej, gdy się rodzi otrzymuje specjalny dar, czasami aktywny, a czasami nie. Ludzie z darem aktywnym, na przykład tacy, którzy potrafią latać, chodzić przez ściany, czy przenosić przedmioty siłą woli, ćwiczą tutaj. Ja akurat mam dar nieaktywny( widzę przez ściany), podobnie jak moje siostry, jednak Sam czasami przychodzi tu polatać. Dzisiaj sala była ciemna, po suficie latały kolorowe wróżki, jedyne źródło światła. Było naprawdę pięknie.
 Dyskoteka zaczęła się, jednak mało kto tańczył. Większość wolała podpierać ściany. Do tańczących należały oczywiście moje siostry, ja niestety do tych drugich. Po jakichś piętnastu minutach jeden chłopak poprosił mnie do tańca, potem kolejny. Około siedemnastej Isabell pozwoliła mi zatańczyć z jej Kevinem, ale po dwóch piosenkach przyszła go odzyskać.Następnie tańczyłam z Willem, drugim bratem Maddy, która tańczyła z jakimś chłopakiem z piątej klasy już od jakiejś godziny. Samanta też kogoś poznała. 
  Była dwudziesta druga. Za pół godziny dyskoteka miała się skończyć. Siedziałam z dziewczynami na ławce.
- Jak wam się podoba?- spytałam.
- Bardzo- odpowiedziała Madeline z uśmiechem na twarzy.
- A co to za przystojniak, z którym tańczyłaś przez cały czas?- zapytała Sam.
- A taki jeden- powiedziała.- Ty lepiej powiedz, kogo ty poznałaś?
Samanta zrobiła głupią minę i wszystkie zaczęłyśmy się śmiać. Nasz śmiech trwał dość długo, a przerwał go głos dobiegający zza moich pleców.
- Hej, Sara!- odwróciłam się. Przede mną stał Jackson Ward. Zdziwiona popatrzyłam na niego.
- Tak?
- Zatańczysz?- zapytał, wyciągając do mnie rękę. Złapałam ją i wstałam, mówiąc:
- Z wielką chęcią.
  Poszliśmy trochę dalej. Ułożyłam swoje dłonie na jego ramionach, a on swoje wokół mojej tali. Leciała właśnie piosenka Nirvany Something in the way, a ja widziałam, że od teraz będzie to moja ulubiona piosenka. Czułam się jakby spełniały się moje marzenia. Tańcząc z Jacksonem nie zwracałam na nic uwagi. Miałam tylko nadzieję, że Penelopa to widzi.

sobota, 28 kwietnia 2012

Rozdział 2

 Minęło kilka dni i zdanie większości zepsuła się pogoda. Ja do tej większości nie należałam. Aktualna pogoda bardzo mi odpowiadała. Żaden upał, lekko zachmurzone niebo i deszcz. Może i byłam jakaś dziwna, ale mi to nie przeszkadzało.
 Wtorki to chyba najgorsze dni tygodnia. Nie dość, że dużo lekcji, to jeszcze większość z nich jest nudna jak flaki z olejem.. Najpierw zaklęcia, potem dwie teorie magiczne, następnie dzieje magiczne, później magiczna biologia i na końcu dwie godziny eliksirów. Zaklęcia jakoś wytrzymałam, gorzej z teorią. Po co w ogóle jej uczyć? Chyba każdy będzie wiedział jak używać różdżek czy jak zmyć mysie płuca z kociołka. Dwie godziny to stanowczo z dużo! Na  dziejach magicznych namalowałam Maddy tatuaż na lewym ramieniu, używając długopisu. Nawet ładnie mi wyszedł. Na biologii Samanta nasypała mi ziemię do włosów, za co, gdyby nie pani Anderson, spotkałaby ją kara śmierci. Coś ciekawego zaczęło się na eliksirach. Kiedy wszyscy trzecioklasiści: 14 dziewczyn i 11 chłopaków, weszło do sali i zajęło swoje miejsca, wbiegła pani Been i oznajmiła:
- Z powodu choroby nauczyciela, będziemy dziś mieli lekcję z czwartą klasą.
 Serce zabiło mi mocniej. Z czwartą klasą! To było takie piękne, że aż niemożliwe. Czyżby kolejny sukces.
 Do sali wchodzili starsi uczniowie a wśród nich Jackson... no i moje siostry.
- Siadajcie- zawołała Been.- Siadajcie!
Jedynie kilka osób miało miejsce przy stoliku. Reszta musiała zadowolić się kawałkiem podłogi. Jackson siedział za mną. Gdy wszyscy już usiedli, a w klasie zapanowała cisza pani Been stanęła przy swoim kociołku. Pomieszała jego zawartość wielką łyżką. Uśmiechnęła się i powiedziała:
- Dzisiaj porozmawiamy o czymś, czego jeszcze żadna klasa nie miała. Eliksiry miłosne.
 W klasie zapanował chaos. Kilka dziewczyn zaczęło piszczeć, jeden chłopak zaśmiał się.  Z tyłu usłyszałam głos Isabell:
- Nie wszystkim jest to potrzebne.
 Nauczycielka jednak nie skomentowała tego i mówiła dalej:
- Dowiemy się dzisiaj jak się je robi, jak działają i jaką straszną mogą być bronią.
Prychnęłam:
-Bronią? To chyba bardzo delikatną.
 Been popatrzyła na mnie. Myślałam, że się na mnie wydrze, jednak ona spokojnie się mi przyglądała.
- Jak panna Linares( zapomniałam dodać, że tak mam na nazwisko) zauważyła, nikt nie podejrzewałby mikstury miłosnej o coś bardzo złego. Jednak dzisiaj udowodnię wam, że ludzie tacy są w błędzie! A panna Linares nam pomoże. Mogłabyś przyjść tu na środek?- zapytała wskazując miejsce obok jej biurka. Niechętnie wstałam i podeszłam do niej. Nauczycielka popatrzyła na uczniów. Zastanawiała się chwilę, a potem rzekła:
- Ward! Ty też będziesz potrzebny.
 Zadrżałam. Jackson Ward zaraz stanie obok mnie i będzie pomagał w tym samym doświadczeniu co ja. Nie wytrzymam.
Chłopak podszedł do mnie i oboje popatrzyliśmy na panią Been. Ona jednak nie zwracała na nas uwagi, tylko zaczęła przemawiać:
- Eliksir miłosny robi się z motylich skrzydeł, pajęczyny i pyłku z kwiatów tulipana. Na koniec dodaje się 3 krople olejku różanego, ale MUSI je wlać osoba, która ma być kochana. Zrozumiano? - Nie czekając na odpowiedź zawołała Jacksona i kazała wlać mu do kociołka krople olejku.
- A teraz- zawołała nauczycielka- zobaczymy jak to działa. Linares, podejdź tu.
 Poszłam w jej kierunku, widząc już co zaraz się stanie.
- Ward, poczęstuj koleżankę napojem- powiedziała Been.
  Jackson wziął szklankę z biurka, zanurzył ją w eliksirze i podał mi. Patrzyłam na nią ze zmarszczonym czołem. Uczniowie zaczęli krzyczeć: Pij! Pij! Nie dając się długo prosić wypiła zawartość kubka.
  Nagle zawirowało mi w głowie. Poczułam zapach róż, a potem widziałam już tylko jego. Jackson zdawał się jeszcze bardziej przystojny niż dotychczas. Jego ciemnobrązowe oczy wyglądały jak czekolada. Przesłodka czekolada. A jego czarne włosy... Nie słyszałam zupełnie nic co mówiła nauczycielka. Liczył się tylko Jackson. Podeszłam do niego, wyznając mu miłość. Był taki piękny... Nagle usłyszałam jego głos:
- Usiądź na biurku.
Bez zastanowienia wypełniłam jego polecenie, zrzucając przy tym kilka książek. Znowu zaczęłam się w niego wpatrywać i mówić, jak bardzo go kocham. Po chwili znów go usłyszałam. Tym razem mówił:
- Wyskocz przez okno.
 Uśmiechnięta podbiegłam do okna. Otworzyłam je na oścież i już miałam skakać, gdyby nie Jackson, który wołał:
- Zejdź stamtąd!
Posłusznie zeszłam i pobiegłam do niego. Chciałam go pocałować, ale on powiedział:
- Wypij to!- i podał mi szklankę. Wzięłam ją i wykonałam jego polecenie. Znowu zawirowało mi w głowie. Zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam, siedziałam pod tablicą. Wszyscy się na mnie patrzyli.
- Teraz już wiecie- rozległ się głos pani Been- co może być skutkiem zażycia eliksiru miłosnego. Na piątek napiszecie mi o tym wypracowanie.- Tymi słowami skończyła lekcję.
 Chciałam wstać, ale nie miałam siły. Nagle zobaczyłam wyciągniętą ku mnie rękę. Chwyciłam ją, a jej właściciel pociągną mnie do wyjścia. Dopiero w połowie drogi zdałam sobie sprawę czyjej ręki się trzymam. A była to ręka Jacksona Warda. Doprowadził mnie do sypialni.
- Jak się czujesz?- zapytał.
- Już dobrze- odpowiedziałam.
- No to do zobaczenia na kolacji- powiedział i odszedł. Weszłam do pokoju.

~*~*~
- Naprawdę chciałam wyskoczyć przez okno?- spytałam wieczorem Samantę.
- Tak. Gdyby nie Jackson, skoczyłabyś na pewno- odpowiedziała.
 Maddy położyła się do swojego łóżka. Zrobiłam to samo.
- Bardzo głupio się zachowywałam?
- Troszkę bardziej niż zwykle- zaśmiała się Madeline.
Uśmiechnęłam się i odwróciłam plecami do dziewczyn. Samanta zgasiła światło. Był jeden plus tej całej mikstury. Byłam tak wykończona, że zasnęłam natychmiast.

Rozdział 1

 Dwa lata później, 6 września, w sobotę siedziałam pod wielkim dębem nad jeziorem. Obok mnie Madeline czesała swoje kruczo czarne włosy, a z drugiej strony Samanta w milczeniu czytała książkę. Samanta to dziewczyna, z którą ja i Maddy dzielimy pokój. Poznałyśmy się w pierwszej klasie, kiedy to w połowie października Sam wprowadziła się do naszej sypialni, gdyż jej dawna współlokatorka wyjechała. Na początku nie bardzo nam się podobała. Ciągle czytała, prawie w ogóle się nie odzywała. Dopiero pod koniec listopada udało nam się z nią dogadać. Teraz wszystkie trzy się przyjaźnimy, wszędzie chodzimy razem, rzadko się rozdzielamy.
 Tak więc, siedziałam pod wielkim dębem nad jeziorem, wachlując się zeszytem z Zaklęć i narzekając na słońce, które nawet w cieni paliło moją bladą skórę. Kilkanaście osób kąpało się w czystej wodzie jeziora, ja jednak wolałam zostać na lądzie mimo, że Maddy co chwilę błagała mnie, żebym z nią popływała. Ja jednak byłam silnie zajęta. Trochę dalej banda chłopaków grała w siatkówkę. Wśród nich był Jackson. Wpatrywałam się w niego swoimi zielonymi oczami, jednocześnie kręcąc włosy na palcu i uśmiechając się jak wariatka.
- Idź do niego- powiedziała Samanta.- Bujasz się w nim od pierwszej klasy. Czy ty masz go ślepego? On wie , że go lubisz.
 Popatrzyłam na nią jak na pacjenta w szpitalu psychiatrycznym.
- Samanto, czy ty się dobrze czujesz?- spytałam.- To jest JACKSON WARD! Myślisz, że tak do niego podejdę i powiem mu, że go kocham, a on odpowie, że on również i będziemy żyli długo i szczęśliwie?! Po pierwsze: chłopak nigdy nie zorientuje się, że dziewczyna się w nim kocha, dopóki sama mu o tym nie powie. Po drugie: to chłopak powinien zrobić pierwszy krok. Sama widzisz, nie mam po co tam iść.
 Przyjaciółka pokręciła głowa, ale nic już nie powiedziała. Znów zaczęła czytać, a ja znów wpatrywałam się w Warda. Po paru minutach gry jeden z chłopaków trochę za mocno odbił piłkę, która wylądowała na moich kolanach.
- Pójdę po nią- zawołał Jackson i szybkim krokiem powędrował w moim kierunku. Oszołomiona  tym co się dzieje gapiłam się na niego szeroko otwartymi oczami. Madeline szturchnęła mnie i dopiero wtedy się otrząsnęłam. Po chwili chłopak już nade mną stał.
- O, cześć Sara- powiedział uśmiechając się.
- Cz-cześć- wyjąkałam. Podałam mu piłkę.- To chyba twoje.
- Dzięki- powiedział, biorąc piłkę. Niechcący dotknął mojej ręki. Uśmiechnęłam się.
 Jackson już miał iść, ale nagle zapytał:
- A może chcesz z nami pograć? Brakuje nam jednego gracza w drużynie.
 Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. Poprosił mnie, żebym z nim zagrała. Mógł poprosić Maddy, gra dużo lepiej, ale poprosił mnie. Nie wierząc we własne szczęście, wstałam, mówiąc:
- Z przyjemnością.
 Odchodząc, dostrzegłam uśmiech Samanty. Graliśmy jakieś półtorej godziny. Oczywiście wygraliśmy. Po meczy wszyscy chłopcy z mojej drużyny odprowadzili mnie do pokoju. Pożegnałam się i weszłam do środka. Położyłam się na łóżku i powiedziałam:
- Kocham moje życie.
Dziewczyny od razu zaczęły mnie o wszystko wypytywać. Zaczęłam opowiadać, ale nie mogłam skończyć, bo do pokoju wbiegła Isabell.
- Widziałaś swojego brata?- zapytała Maddy.
- Nie.
- Na pewno?- upewniła się.
- Na sto procent.
Moja siostra usiadła na łóżku Samanty. Była bardzo szczęśliwa, wręcz tryskała entuzjazmem.
- No mów wreszcie- oznajmiłam, widząc, że już dłużej nie wytrzyma milczeć.
- Kevin się ze mną umówił!- wrzasnęła. Samanta powiedziała, że to świetnie, a Maddy uśmiechnęła się szeroko. Kevin był to przyjaciel Isabell od pierwszej klasy. Ja zawsze wiedziałam, że oboje czują do siebie coś więcej. Isabell gadała o tym wydarzeniu tak długo, że za nim się zorientowałyśmy, była już dwudziesta druga i moja siostra musiała już iść. Zaraz po jej wyjściu poszłam do łazienki, a później wróciłam do pokoju i próbowałam zasnąć. Szło mi to bardzo kiepsko, bo ciągle zastanawiałam się, kiedy ja wpadnę do pokoju moich sióstr z taką nowiną.

środa, 25 kwietnia 2012

Prolog

Było Boże Narodzenie. Wszyscy siedzieli w domach z całą rodziną, jedząc świąteczny obiad. Wszyscy? No cóż, nie wszyscy. W jednym ze szpitali na łóżku leżała kobieta, trzymając na rękach świeżutko narodzone dziecko. Obok niej stał jej mąż i dwie małe dziewczynki - bliźniaczki. Niemowlę było przeraźliwie blade i miało zielone oczka. Była to dziewczynka, której dano na imię Sarita. Skąd o tym wiem? Bo tak się składa, że to byłam ja.
  Lata mijały bardzo szybko. Zanim się obejrzałam, już miałam 5 lat i moja sielanka dobiegła końca. Rodzice rozwiedli się. Może nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że ja musiałam mieszkać z matką. Tak naprawdę to ona wcale nie chciała ze mną i moimi dwiema starszymi siostrami żyć. Po prostu pragnęła dokuczyć mojemu ojcu. Tak więc ja, Jesica i Isabell zostałyśmy w Londynie, kiedy ojciec i kilka innych moich sióstr i jeden brat wyjechali do Francji. Mieszkanie z matką okazało się jeszcze większą tragedią niż przypuszczałam. Gdyby nie gosposia Kristin załamałbym się zupełnie.

~*~*~
Siedem lat później w 13 urodziny moich sióstr przyjechał do nas ojciec. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie mały szczególik. Okazało się, że ja Isabell i Jesica jesteśmy czarownicami i od 1  września bliźniaczki będą uczyć się w Akademii Magicznej. Ja niestety pojadę tam dopiero za rok. Czas jednak szybko leciał i chwilę po tym ja w nocy z 31 sierpnia na 1 września nie mogłam zmrużyć oka..

  - Sara!- usłyszałam głos Isabell.- Może byś się tak łaskawie podniosła z tego łóżka, co?!
 Popatrzyłam na nią i wstałam, chociaż nie miałam na to ochoty. Nawet obietnica nowej szkoły, o której zawsze marzyłam, nie pomogła. Ubrałam się i uczesałam. Chwilę potem stałam już przy drzwiach, ściskając Kristin.
- Tylko tam nie rozrabiaj!- powiedziała, a chwilę później dodała.- Albo nie pozwalaj, żeby twoje siostry rozrabiały.
 Uśmiechnęłam się do niej i pobiegłam na podwórze sąsiadów. Byli to również czarodzieje. Mieli trójkę dzieci: dwóch synów i jedną córkę- Madeline. Razem z siostrami usiadłyśmy w ich samochodzie i w milczeniu dojechaliśmy na z pozoru zwyczajny przystanek. Nasi sąsiedzi pożegnali się ze swoimi dziećmi i z nami i odjechali. Po paru minutach zjawił się to autobus. Zostawiliśmy bagaże w bagażniku i wsiedliśmy do środka. Zajęłyśmy z Madeline miejsca. Kiedy wszyscy już wsiedli autobus wystartował. Po chwili wzbił się w powietrze. Lecieliśmy tak około sześć godzin. Droga wcale się jednak nie dłóżyła. Wręcz przeciwnie, mogłabym lecieć dłużej. Po wylądowaniu wreszcie zobaczyłam Akademię Magiczną. Była wspaniała. Wielki zamek, dookoła niego drzewa a trochę dalej jezioro. Lepiej nie mogło być.
  Siedziałam w jadalni na uroczystej obiadokolacji. Obok mnie siedziały bliźniaczki, Maddy i jej bracia. Naglę dostrzegłam pewnego chłopaka. Patrzył się na mnie lecz kiedy dostrzegł, że robię to samo, odwrócił wzrok.
- Kim jest ten chłopak?- zapytałam Jesicę. Siostra popatrzyła na mnie.
- Ten?- zapytała, wskazując tego chłopaka. Kiwnęłam głową a ona powiedziała:- To Jackson Ward.
  I tak poznałam Jacksona. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za parę miesięcy będę w nim szaleńczo zakochana.

~*~*~ 
Bohaterowie:
- ja

  Jescica i Isabell
- Maddy
- Samanta