niedziela, 30 czerwca 2013

Rozdział 46

  Kiedy miałam pięć lat wpadłam do rzeki.
  Było to gdzieś w sierpniu. Siedziałam sobie nad rzeką i rzucałam piłką. Nagle poleciała mi w stronę wody. Pobiegłam za nią, pośliznęłam się i wpadłam do rzeki. Już wtedy panicznie się jej bałam, więc strasznie się spięłam, co tylko przyśpieszyłoby utonięcie. Do tej pory pamiętam to uczucie. Nie mogłam nabrać powietrza, czułam jak coś mnie ściska w piersiach...
  Na szczęście pojawił się Will, który mnie wyciągnął, za co jestem mu dozgonnie wdzięczna.
  Tak właśnie się czułam, kiedy patrzyłam jak mój chłopak całuję się z inną dziewczyną. Tym razem jednak nikt mnie nie uratował. 
  Do oczu napłynęły mi łzy. Nie potrafiłam ich zatrzymać. W sumie nawet nie chciałam. Pozwoliłam im spokojnie spływać po moich bladych policzkach. Nie mogłam długo patrzeć na tę scenę. Pobiegłam do swojego pokoju. W środku były wszystkie moje przyjaciółki. Spojrzały na mnie ze zdziwieniem. Rzuciłam się na łóżko.
- Sara, coś się stało? - spytała Sam, która już otrząsnęła się po rozstaniu.
  Nie odpowiedziałam. Nie miałam siły nic mówić. Mogłam tylko łkać w poduszkę. 
  Sam położyła się koło mnie i lekko mnie przytuliła. Nie musiała nic mówić. Sama jej obecność bardzo mi pomogła. Po jakichś dwudziestu minutach spojrzałam na nią i wyjąkałam:
- Jackson całował się z Penelopą.
  Po czym znów zaczęłam ryczeć.
- CO?! - zawołały wszystkie trzy, ale ja nie miałam siły powtarzać.  Ryczałam jeszcze bardziej.
- Sara, żartujesz, prawda? - spytała Maddy. Pokręciłam głową.
- O mój Boże. Tak mi przykro.
  Kate i Maddy też do mnie podeszły. Jakimś cudem zmieściłyśmy się wszystkie na łóżku. Co chwilę jadna z nich próbowała mnie pocieszyć. Sam przytuliła mnie mocno i delikatnie pocałowała w czoło.
- Nie płacz. Wszyscy chłopcy są frajerami i nie zasługują na nas. Może umrzyjmy jako cztery szczęśliwe singielki?
  Kate chrząknęła.
- Oj, sorry Kate. Zapomniałam, że jedna z nas jest jeszcze w związku.
- Nie ważne - mruknęła moja przyjaciółka i zaczęła mnie pocieszać.

  Przestałam płakać gdzieś koło dwudziestej. Nie chciałam jednak iść na kolację. Dobra Kate poświęciła się i została ze mną. Siedziałyśmy sobie w pokoju, kiedy ktoś zapukał do drzwi. 
- Ja otworzę - powiedziałam.
  Wstałam i podeszłam do drzwi. otworzyłam je i zobaczyłam...
- Jackson? - Poczułam jak coś mnie dusi. - Co ty tu w ogóle robisz?
  Chłopak uśmiechał się i patrzył mi prosto w oczy.
- Jak to co? Nie wiedzieliśmy się cały dzień. Chciałem cię po prostu zobaczyć.
  Poczułam ogromną chęć rozwalenia czegoś.
- NIE WYSTARCZYŁO CI SPOTKANIE Z PENELOPĄ?!
  Jackson przyglądał mi się ze zdziwieniem. Miałam ochotę go zamordować.
- O czym ty mówisz?
- O CZYM JA MÓWIĘ?! Bardzo dobrze wiesz o czym! Nie mogę zrozumieć, że masz jeszcze czelność do mnie przychodzić! Byłabym wdzięczna gdybyś się mi więcej na oczy nie pokazywał! NIGDY!
  Wyglądał, jakbym mu zadała fizyczny ból.
- Saro, o co chodzi? Ja nie rozumie...
- WYJDŹ Z MOJEJ SYPIALNI!
- Nie wyjdę dopóki mi nie wyjaśnisz.
- Wyjdź!
- Nie.
  Podeszła do nas Kate.
- O co chodzi?
- Nie chce stąd wyjść.
  Kate zmierzyła Jacksona wzrokiem.
- Sara chyba wyraziła się wystarczająco jasno. Wyjdź.
- Ale...
- Mam cię odprowadzić?! Wyjdź! 
  Jackson spojrzał na mnie ostatni raz. I wyszedł.
  Rzuciłam się na łóżko i znów zaczęłam płakać.

sobota, 29 czerwca 2013

Rozdział 45

 - Idiota! - wrzasnęła Samanta, wchodząc do pokoju i z głośnym trzaskiem zamykając drzwi. Usiadła na łóżku i wzięła do ręki poduszkę. Wpatrywała się w nią chwilę, po czym rzuciła ją w stronę drzwi. 
- Sam? - zapytała nieśmiało Maddy. - Wszystko w porządku?
  Samanta rzuciła jej wściekłe spojrzenie, mówiące że nic nie jest w porządku.
- Że niby JA za mało czasu mu poświęcam. Że to JA siedzę cały czas w książkach lub z przyjaciółkami. Pewnie! Bo on wcale mnie nie olewał przez ostatni miesiąc. Wcale! I nigdy nie zapominał o mnie przy swoich kolegach.
  Upadła na łóżko i ukryła twarz w kołdrze. Z jej ust wydobywały się różne krzyki, których nie dało się zrozumieć, ale jestem prawie pewna, że nie używała ładnych słów.
  Niepewnym krokiem podeszłam do jej łóżka. 
- Samanta, o co chodzi? 
  Podniosła się. 
- Zerwał ze mną! - krzyknęła trochę za głośno. - Matthew ze mną zerwał!
- Boże, Sam. - Usiadłam obok niej i lekko ją przytuliłam. - Tak mi przykro.
- Tobie jest przykro? A co ja mam powiedzieć?!
  Znów położyła się twarzą na łóżku. Wymieniłyśmy z dziewczynami znaczące spojrzenia.
- Chcesz zostać sama? - spytała Kate. Sam przytaknęła, więc wyszłyśmy z pokoju.

- Jest nieźle wkurzona, co? - odezwała się Maddy, kiedy już byłyśmy na korytarzu.
- Nieźle to mało powiedziane. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Ale może lepiej, żeby się wściekała, niż żeby całymi dniami płakała przez tego palanta. Swoją drogą to już od dłuższego czasu się kłócili.
- Ale zawsze się jakoś dogadywali. Myślałam, że wytrzymają przynajmniej do końca roku szkolnego.
  Weszłyśmy do jadalni i usiadłyśmy przy jednym ze stolików. Obiad zjadłyśmy w milczeniu.
- Może pójdę do niej, co? - zaproponowałam, bo pierwsza zjadłam posiłek. Dziewczyny kiwnęły głowami. Poszłam do naszej sypialni.

  Sam leżała pod kołdrą całkowicie nią przykryta. Usiadłam na jej łóżku. Usłyszałam, że cichutko pociąga nosem, co oznaczało, że przeszła jej faza złości i zaczęła się rozpacz.
- Hej, Sam.
  Szturchnęłam ją lekko. Wystawiła głowę spod kołdry.
- Idź sobie, Saro. Nie chcę z nikim rozmawiać, zwłaszcza z tobą.
  Równie dobrze mogłaby mnie spoliczkować. Poczułam się okropnie zdradzona.
- Zwłaszcza ze mną?
  Samanta podniosła się.
- Tak, Saro, zwłaszcza z tobą, bo nie masz zielonego pojęcia jak teraz się czuję. Jesteś okropną szczęściarą jeśli chodzi o związki. Ty i Jackson chyba nigdy się nie kłóciliście. Jesteście niesamowicie w sobie zakochani i nie wiem co by musiało się stać, żebyście się rozstali.
  Miała rację. Jackson naprawdę był cudownym chłopakiem i nie miałam pojęcia jak ona się czuła.
- Czekaj. Kate też ma chłopaka i jest szczęśliwa, ale powiedziałaś, że zwłaszcza mnie.
- Oj, wiesz jak było z Kate. Na początku miała wiele problemów z tym związkiem, a ty i Jackson od początku byliście szczęśliwi.
  Znów mówiła prawdę. Nie wiedziałam już, co mogłabym jej jeszcze powiedzieć. Położyłam się jedynie obok niej i leżałyśmy tak przez chwilę w milczeniu.
- Ty też kiedyś kogoś znajdziesz, Sam. Matthew po prostu nie był ci przeznaczony. Gdzieś jest chłopak, który będzie twoją drugą połówką, więc nie powinnaś się smucić, że to nie Matt, tylko cieszyć się, że jesteś o jednego bliżej do tego właściwego.
  Sam uśmiechnęła się.
- Może jednak pogadajmy.

  Parę godzin później postanowiłam spotkać się z Jacksonem. Nie wiedziałam go cały dzień, a miałam wielką ochotę z nim pogadać. Niestety nie było go w jego pokoju. Szłam więc powoli korytarzami Akademii, rozglądając się za nim. Po drodze myślałam o tym, co powiedziała Sam. Byliśmy razem od ponad dwóch lat i byliśmy w sobie zakochani. Może nie miałam szczęścia jeśli chodzi o rodzinę i wiele innych spraw, ale w tej jednej sprawie mi się poszczęściło.
  Szłam już jakieś piętnaście minut, ale nadal go nie widziałam. Zaczęłam się denerwować. 
  Jest po prostu u jakiegoś swojego kolegi, wmawiałam sobie. Spokojnie, Saro. Wracaj do swojej sypialni, może sam cię odwiedzi. 
  Odwróciłam się i poszłam z powrotem do swojego pokoju. Byłam jednak na drugim końcu szkoły, więc trochę musiałam przejść. Po drodze minęłam parę znajomych, ale oczywiście nie Jacksona. Trochę było mi szkoda, że się z nim dzisiaj nie widziałam. 
  Przechodziłam właśnie obok klasy zaklęć, kiedy stanęłam jak wryta. Przez głowę przebiegły mi słowa Samanty: "Jesteście niesamowicie w sobie zakochani i nie wiem co by musiało się stać, żebyście się rozstali."
  Ja już wiedziałam.
  Jackson całował się z Penelopą.

piątek, 21 czerwca 2013

Rozdział 44

  Dla mojej kompetentnej Andromedy.

~*~*~

Pierwszego dnia w Akademii czekała na nas niespodzianka. O wszystkim dowiedzieliśmy się siedząc na powitalnej kolacji. Rozmawiałam sobie właśnie z Maddy, kiedy dyrektor wstał.
- Drodzy uczniowie! - zawołał. - Mam dla was pewną informację. Z przykrością muszę stwierdzić, że wasza nauczycielka eliksirów, pani profesor McDower, poszła na urlop macierzyński i wróci dopiero w następnym roku. Na szczęście tę posadę zgodził się przyjąć profesor Adam Roberts.
  W tym momencie wstał bardzo młody mężczyzna. Mógł mieć jakieś dwadzieścia pięć lat. Był wysoki, miał ciemne włosy. Ogólnie wyglądał jakby był modelem a nie nauczycielem. Uśmiechnął się do uczniów i usiadł. Wiele dziewczyn zaczęło szeptać. Na mnie jednak nie zrobił najmniejszego wrażenia. Odwróciłam się do Maddy i znów zaczęłam jej coś opowiadać. 
  Trochę zdziwiło mnie, że wcześniej nie zauważyłam nieobecności Been (nie mogłam się przyzwyczaić do mówienia na nią McDower). Na samym początku rozejrzałam się po sali i zobaczyłam samego McDowera, ale nie zastanawiałam się, gdzie jest jego żona. 
  Po kolacji poszłyśmy do do swojej sypialni.
- Jak myślicie, jaki on jest? - spytała Sam, kiedy byłyśmy w środku.
- Kto?
- Ten Roberts.
- Zobaczymy jutro. Mamy dwie godziny eliksirów.

  Następny dzień mijał bardzo szybko. W końcu zaczęła się przedostatnia lekcja. Siedziałyśmy z Kate w ławce i czekałyśmy na Robertsa. Przyszedł prawie dziesięć minut po dzwonku. 
- Otwórzcie książki na stronie czterdziestej piątej.
  Zrobiliśmy, co kazał. Eliksir usypiający. 
- Przeczytajcie instrukcje i zabierzcie cię do roboty. 
  Zaczęliśmy czytać. Kiedy skończyliśmy, spojrzeliśmy na nauczyciela. Been zawsze daje nam wskazówki od siebie i wtedy zaczynamy pracę. 
- Nic pan nie doda? - zdziwiła się Amelia Unterwill.
- A co mam dodać? Wszystko już przeczytaliście. - Mówiąc to, jego spojrzenie wędrowało w stronę biustu Amelii, która miała dzisiaj dość duży dekolt.
- Ale profesor Been...
- Przecież przeczytaliście.
  Zabraliśmy się do roboty. Eliksir był bardzo skomplikowany, więc ledwo dawałam radę nie doprowadzić do jakiejś eksplozji. Niektórzy nie mieli tyle szczęści. Philip dodał tylko trochę za dużo krwi tarantuli, ale to wystarczyło, żeby cały jego kociołek wybuchł. 
- Co ty wyprawiasz?! - zawołał Robert.
- To nie moja wina...
- A może moja?!
- Właściwie gdyby wspomniał pan, że jedna kropla krwi za dużo to spowoduje, nikt by tego nie zrobił - wtrąciła Kate.
- Może mam jeszcze za was robić eliksir?
- Nie, ale trzeba było dać nam jakieś instrukcję, których nie ma w książce. Czasami taka mała pomyłka nic nie zmienia, a czasami dzieje się właśnie to.
- Jak się nazywasz?
- Katherina Simpson.
- Nikt cię nie pytał o zdanie, panno Simpson. 
- Ale to chyba oczywiste, że jako nasz nauczyciel powinien nas pan uprzedzić o czymś takim.
- Nie sądzę, żeby to coś zmieniło. Krew tarantuli prowadzi do takiego efektu jedynie w eliksirze paraliżu. Kolega musiał zrobić coś innego.
- Nieprawda! - zawołała moja przyjaciółka. - Właśnie w tym eliksirze. profesor Been kiedyś coś wspominała. 
- Widocznie się myliła. Tak bywa tylko w eliksirze paraliżu
- To chyba pan jest jakiś niekompetentny! 
  Roberts zrobił się czerwony jak burak. Zacisnął pięści i spojrzał na Kate z nienawiścią. 
- Coś ty powiedziała?!
- Że jesteś cholernym idiotą! 
  W tym momencie przesadziła, nawet ja to wiedziałam. Spiorunowałam ją wzrokiem, ale ona nie zwróciła na to uwagi. Widziałam, że chce zniszczyć nowego profesora.
- Dość tego! Wyjdź z klasy!
  Kate wstała.
- Zanim wyjdę muszę ci coś udowodnić. - Wzięła buteleczkę z krwią tarantuli. - Patrz, debilu. - Wlała wszystko. Wybuch nastąpił od razu.
- Wyjdź z klasy! I masz przez cały tydzień szlaban!
- Fajnie. Mogę w ramach szlabanu udzielić ci korepetycji. 
- WYJDŹ Z KLASY! 
  Reszta lekcji minęła w kompletnej ciszy.

- Gdzie Kate? - spytała Isabell, siadając koło mnie podczas kolacji.
- U Robertsa. Ma szlaban.
- To tak jak Jessica. Zresztą pół klasy dzisiaj je dostała. Ja też byłam blisko, ale kiedy już miał mi coś mówić, zadzwonił dzwonek i wybiegłam z klasy.
- Nie spodziewałam się, że będzie aż taki zły - wtrąciła Samanta. - Musiał przecież skończyć jakieś studia.
- Swoją drogą to Been mnie wkurzała, ale przynajmniej znała się na rzeczy - powiedziałam. - Chyba zacznę za nią tęsknić.

piątek, 14 czerwca 2013

Rozdział 43

    Rozdział dedykowany Andromedzie i Carmen.
  
~*~*~

Kilka miesięcy minęło mi bardzo szybko. Miałam bardzo dużo nauki, a Jackson jeszcze bardziej. Mimo to staraliśmy się spotykać jak najczęściej.
  W końcu nadeszły święta. Oczywiście musiałam wrócić do domu. Moja matka i Josh jak zwykle się mną wysługiwali. Tym razem matka zagroziła, że jeżeli ucieknę z domu, to nie mam co się więcej tam pokazywać. No i była Kristin. Właściwie tylko dzięki niej wytrzymywałam to wszystko. 
  Dwudziestego piątego grudnia obudziły mnie bliźniaczki. Złożyły mi życzenia z okazji urodzin i wręczyły prezent - śliczną spódnicę. Podziękowałam im i razem zeszłyśmy na śniadanie. Było dopiero po ósmej, więc w kuchni była jedynie Kristin. 
- Wszystkiego najlepszego, Saro - powiedziała, gdy tylko mnie zobaczyła.
- Dziękuję.
- Mam dla ciebie prezent. 
 Podała mi małą paczuszkę. W środku były perfumy. Szybko zaniosłam je do swojej sypialni i wróciłam do kuchni. Na śniadanie były tosty.

  Jak można się było spodziewać, matka nawet nie zauważyła, że są moje urodziny. Zrobiła nam awanturę, że nie kupiłyśmy jej i Joshowi prezentów na Boże Narodzenie. Dopiero Kristin ją jakoś przebłagała i matka się uspokoiła. 
  O godzinie dwudziestej zasiedliśmy do świątecznej kolacji. Atmosfera była jednak mało świąteczna. Josh co chwilę wydzierała się na mnie, Isabell, Jesikę lub Kristin. Matka ciągle narzekała na to, że nie pojechaliśmy do Hiszpanii jak dwa lata temu. Bliźniaczki rozmawiały ze sobą cicho. Ledwo wytrzymałam przy stole pół godziny. Później matka stwierdziła, że chce pooglądać telewizję, więc razem z Joshem udali się do salonu. Ja pomogłam Kristin sprzątać. Zajęło to nam jakąś godzinę. Dużo bardziej jednak wolałam pracować w kuchni niż siedzieć z matką. 
- To jak tam ci idzie w szkole? - zagadnęła Kristin.
- Dużo nauki, ale jakoś daję radę. Chociaż chciałabym więcej czasu spędzać z przyjaciółmi. No i z Jacksonem.
  Kristin uśmiechnęła się.
- Jesteście już długo ze sobą, prawda?
- Mniej więcej dwa lata.
- To dobrze, że znalazłaś chłopaka, któremu naprawdę na tobie zależy.
- Też się z tego powodu cieszę. 
  Naglę usłyszałam głos matki.
- Sarita, przynieś coś do picia!
  Nalałam do szklanki wody gazowanej i poszłam jej zanieść. 
- Dlaczego nie sok? - spytała z niezadowoleniem.
- Nie mówiłaś, że chcesz...
- Mogłaś się domyślić.
  Wróciłam do kuchni, wylałam wodę i nalałam soku. Zaniosłam go matce.
- Dlaczego nie przyniosłaś Joshowi?
- Nie mówi....
- Domyśl się!
  Znów poszłam do kuchni. Nalałam soku do szklanki i wróciłam do salonu.
- Josh wolałby wodę.
- Co?
- Wodę.
- Nie mogłaś mi wcześniej powiedzieć?
- Nie mogłaś się domyślić? Idź i przynieś mu wodę! 
  Chwilę stałam w milczeniu, ale w końcu nie wytrzymałam:
- Sama rusz tyłek i weź to co będziesz chciała, a nie ciągle marudzisz!
  Po tych słowach pobiegłam do swojego pokoju, nie zwracając uwagi na wrzaski matki. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na zegarek. W pół do jedenastej. 
  Przez długi czas leżałam na łóżku rozmyślając nad tym wszystkim. Czym sobie zasłużyłam na taką rodzinę? Nie mogłam się urodzić w szczęśliwym domu? Mieć normalną matkę, mieszkać z ojcem... Ale oczywiście mi musiało się trafić to piekło. 
  
  Nagle usłyszałam pukanie i to wcale nie do drzwi. Do okna. Podeszłam do niego, rozsunęłam zasłonkę i stanęłam jak wryta.
  Na parapecie z drugiej strony siedział Jackson.
  Szybko otworzyłam okno i wpuściłam go do środka.
- Co ty tu robisz?
- Jak mógłbym nie przyjść na twoje urodziny?
  Podał mi małe pudełko w kształcie serca. W środku był naszyjnik.
- Boże, Jackson dziękuję. - Pocałowałam go w policzek. - Ale jak ty się tu dostałeś?
- Jestem czarodziejem, geniuszu.
- No tak. Usiądź. - Wskazałam mu łóżko, a sama na wszelki wypadek zamknęłam drzwi na klucz.
  Usiadłam obok Jacksona.
- Jak tam święta? - spytał.
- Okropnie - wyznałam i zaczęłam mu o wszystkim opowiadać. Chyba jego najlepszą cechą było to, że tak dobrze potrafi słuchać, a na dodatek zawsze umie pocieszyć.

  Leżeliśmy obok siebie na moim łóżku. Spojrzałam na zegarek. Za pięć północ.
- Zdajesz sobie sprawę jak długo już ze sobą jesteśmy? - zapytał Jackson.
- Tak. Ciągle pamiętam jak byłam w tobie zakochana na zabój, a ty zdawałeś się mnie nie zauważać.
- Tyle się zmieniło od tamtego czasu. Teraz jesteś najważniejszą osobą w moim życiu.
- A ja nadal jestem w tobie zakochana na zabój.
  Spojrzałam na zegarek. Północ.
- Jackson? - odezwałam się, siadając.
- Tak? - odpowiedział, również siadając. 
  Spojrzałam mu w oczy. 
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
  Przybliżyłam się do niego i pocałowałam go w usta. Jeszcze nigdy nie całowaliśmy się w ten sposób. Pocałunek był dużo bardziej namiętny od wszystkich innych. Jackson przyciągnął mnie do siebie i powoli zaczął rozpinać moją bluzkę.