poniedziałek, 18 lutego 2013

Rozdział 40

  Rok szkolny minął bardzo szybko. Zaczęły się wakacje i praktycznie każdą wolną chwilę spędzałam nad rzeką razem z siostrami i Willem oraz Percym. Maddy nadal się do nas wszystkich nie odzywała za to, że nie powiedzieliśmy jej o związku jej brata. Oczywiście biednemu Willowi oberwało się najbardziej.
  Siedziałam na trawie obok Jessici, wijąc wianek ze stokrotek. Moja siostra opalała swoje i tak opalone, w porównaniu z moim, ciało. Cała reszta pływała. Po jakiś trzydziestu minutach, Will wyszedł z wody i usiadł koło nas. Podałam mu ręcznik, a on wytarł się nim. 
- Jak myślisz, kiedy Madeline przejdzie? - zapytał.
- Nie mam pojęcia - westchnęłam. - Mam nadzieję, że niedługo. Nie może przecież być obrażona przez całe życie, prawda?
- Mam nadzieję. Właściwie nie spodziewałem się, że tak zareaguje. Przecież my nie robimy nic złego.
- Tak, ale Maddy po prostu nie może się do tego przyzwyczaić. W końcu to duża zmiana dla nas wszystkich.
  Przez chwilę siedzieliśmy cicho. Po kilku minutach Percy i Isabell wyszli z rzeki i przysiedli się do nas. Nad wodą spędziliśmy dwie godziny. W końcu uznaliśmy, że trzeba coś zjeść i poszliśmy do domów.

- Sara, przynieś coś do picia! Natychmiast! - Josh znów zaczął się wydzierać, co ja jak zwykle ignorowałam. 
  Siedziałam w salonie z Kristin, która także nic nie robiła sobie z wrzasków chłopaka mojej matki. Oglądałyśmy jakiś film, ale tak naprawdę nie bardzo zwracałyśmy na niego uwagę. Kristin wypytywała mnie o mojej, jak to ona nazwała, sprawy sercowe. Chciała wiedzieć wszystko o ucieczce z domu w święta (za co w sumie nieźle mi się dostało od matki) i o wszystkim co działo się w szkole. Co chwilę przerywały nam krzyki matki lub Josha, ale cały czas ich ignorowałyśmy. Po jakimś czasie do pokoju weszły bliźniaczki i Kristin zaczęła rozmawiać z nimi. Minęło kilka minut i do pokoju wbiegła zdenerwowana matka.
- Czy w końcu mógłby przynieść nam coś do picia?! - wrzasnęła. - Wołamy od dwudziestu minut.
  Josh mógł podnieść swój tłusty tyłeczek z kanapy i sam przynieść, pomyślałam, ale wolałam nie mówić tego na głos.
- Przecież mogłybyście czasem pomóc swojej biednej matce! - zawołała, piorunując wzrokiem mnie i moje siostry. - A ty - zwróciła się do Kristin. - Tobie przecież płacę! 
- Oczywiście, proszę pani - westchnęła gosposia. - Zaraz coś przyniosę. 
  Matka poszła do swojego pokoju, a Kristin do kuchni. Nie chciało mi się siedzieć w domu, więc postanowiłam przejść się na spacer. 
   
  Szłam powoli, rozkoszując się ciepłem, które panowało na dworze. Dzisiejsza pogoda była naprawdę wspaniała. Było ciepło, świeciło słońce, jednak lekki wiatr nie pozwalał, żeby było za gorąco. Kiedy nogi zaczęły mnie boleć, skierowałam się z powrotem w stronę domu. Po chwili byłam na miejsc. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Od razu podeszła do mnie Kristin. Trzymała w ręku białą kopertę.
- List do ciebie przyszedł - powiedziała, wręczając mi go. 
  Zdjęłam buty i poszłam do swojego pokoju. Nie wiem dlaczego, ale chciałam otworzyć kopertę w samotności. Nie miałam pojęcia co tam jest.
  W środku było zaproszenie. Chwilę się mu przyglądałam i stwierdziłam, że musi być ono na ślub. Otworzyłam je i przeczytałam:

Serdecznie zapraszamy 

Sz. P. Saritę Linares z osobą towarzyszącą

na uroczystość zawarcia sakramentalnego 
Związku Mżeńskiego pomiędzy:

Violett Been 
i
Robertem McDowerem   

Uroczystość ta odbędzie się
 w Kościele św. Marcina w Canterbury
dnia 7 lipca o godz. 16.00

  Przeczytałam zaproszenie kilka razy nadal nie wierząc w to, że je dostałam.W życiu nie spodziewałam się, że będę na weselu u swoich nauczycieli, a szczególnie na weselu profesor Been. Co prawda pomogłam jej kilkakrotnie ukryć ten związek, ale nie sądziłam, że zaproszą mnie na swój ślub.
  Przeczytałam jeszcze raz. "Z osobą towarzyszącą". Czyli musiałam kogoś zaprosić. Oczywisty był fakt, że będzie to Jackson. Wzięłam do ręki telefon i zadzwoniłam do niego.

niedziela, 10 lutego 2013

Rozdział 39

  Przez długi czas nic ciekawego się nie wydarzyło. Minęły trzy miesiące, w ciągu których jedynym ciekawym wydarzeniem było odkrycie przez moje siostry i Percy'ego związku Willa i Kate. Ja sama przez przypadek wygadałam się o tym Jacksonowi, a Isabell od razu powiedziała swojemu chłopakowi. Tak więc jedyną osobą, która nie miała o niczym zielonego pojęcia była Maddy.
  Siedzieliśmy w pokoju bliźniaczek. Nie było z nami Willa i Kate, którzy poszli na randkę, chociaż powiedzieli nam, że Will będzie pomagał mojej przyjaciółce napisać wypracowanie z magicznej biologii. Rozmawialiśmy sobie o czym się tylko dało. Opowiadałam właśnie Jesice, jak chowaliśmy się wczoraj z Jacksonem przed Clarkiem, kiedy mój chłopak odprowadzał mnie do sypialni po ciszy nocnej. Nagle obok nas usiadła Madeline.
- Ej, czy tylko ja zauważyłam, że mój brat i Kate coraz rzadziej z nami przesiadują? - zapytała. Wymieniłam z Jes znaczące spojrzenia. 
- Nie, nie zauważyłam - skłamałam. - Przecież zawsze z nami przesiadują. Tylko dzisiaj tak wyszło.
- Może mój brat nie lubi już naszego towarzystwa - zastanawiała się Maddy. - W końcu jest z nas najstarszy. Możemy wydawać mu się dziecinni. Ale o co chodzi Kate?
- Mówię ci, Maddy, wydaje ci się - zapewniła ją moja siostra. 
  Moja przyjaciółka nie wydawała się jednak być przekonana. Pokręciła głową i poszła pogadać z Sam.
  Minęły dwie godziny, kiedy postanowiliśmy wrócić do swoich pokoi. Wyszliśmy i kawałek przeszliśmy razem, ale w końcu musieliśmy się rozdzielić. Percy i Will poszli w jedną stronę, a ja, moje współlokatorki i Jackson w drugą. Szliśmy, starając się być cicho, bo było dawno po ciszy nocnej. W końcu dotarliśmy do naszej sypialni. 
- Dobranoc - powiedział Jackson, całując mnie w policzek. 
- Dobranoc - uśmiechnęłam się do niego.
  Otworzyłam drzwi, lecz szybko je zamknęłam. W środku byli Will i Kate, jedzący romantyczną kolację przy świecach. Spojrzałam z przerażeniem na Samantę. 
- O co chodzi? - spytała Maddy. 
- O nic. Po prostu nie możemy tam teraz wejść.
- Niby dlaczego?
  Rzuciłam Samancie spojrzenie z niemą prośbą o pomoc.
- To moja wina - powiedziała. -  Zostawiłam eliksir na stoliku i chyba wybuchł. Nie czujesz tego zapachu?
- Jakiego zapachu? O czym wy w ogóle mówicie?
  Samanta próbowała ją przekonać, a ja dyskretnie kopnęłam w drzwi tak, żeby Madeline tego nie zauważyła, ale żeby Will i Kate mnie usłyszeli. Byłam bowiem pewna, że nie widzieli, jak otwieram i zamykam drzwi, więc pewnie myślą, że nadal jesteśmy u bliźniaczek. 
- Okej, naprawdę was nie rozumiem. - Maddy podeszła do drzwi i już chciała je otworzyć, ale Sam pociągnęła ją za rękę.
- Nie, Maddy, nie możemy tam wejść Chodźmy jeszcze na chwilę do Isabell i Jesici. 
  Madeline wyrwała się z jej uścisku.
- O co wam chodzi? - zapytała i zanim zdążyłyśmy ją powstrzymać, otworzyła drzwi.
  Wrzasnęła.
  Weszłyśmy do środka, mijając nadal stojącą w progu Maddy. Jej oczy piorunowały Willa i Kate, którzy jeszcze przed chwilą się całowali.
- CO WY W OGÓLE ROBICIE?! - zawołała.
  Kate wstała z łóżka.
- Maddy, to nie tak...
- My tylko... - zaczął Will, ale chyba nie bardzo wiedział jak skończyć.
- Tylko się całowaliście, rozumiem - warknęła.
- Nie, Maddy, my właściwie... - zaczęła Katherina.
- Właściwie to my jesteśmy parą - skończył Will.
  Policzki mojej przyjaciółki zapłonęły. Miałam wrażenie, że zaraz wybuchnie. 
- PARĄ? PARĄ?! Co przez to rozumiecie? Chcecie mi powiedzieć, że spotykacie się ze sobą, a my nic o tym nie wiemy?!
  Spojrzała na mnie i Sam. Wymieniłyśmy spojrzenia. 
- Właściwie to, my wiedziałyśmy... 
- Wiedziałyście?! I nie powiedziałyście mi?! - Odwróciła się od nas i znów zaczęła wrzeszczeć na Willa i Kate. - Pewnie powiedzieliście wszystkim tylko nie mi, co? Oczywiście, bo ja jestem przecież tylko twoją siostrą i twoją przyjaciółką!
- Madeline, proszę...
  Ona jednak nie miała zamiaru nadal nas słuchać. Wybiegła z pokoju.
  Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Przerwał ją Will.
- Ja chyba już pójdę. 
  Wyszedł, a my z Sam podeszłyśmy do Kate, która wyglądała, jakby miała się za chwilę rozpłakać. Zaczęłyśmy ją pocieszać. W końcu się uspokoiła i poszła się umyć. My w tym czasie posprzątałyśmy zaklęciem jej kolację. 
  Było już nieźle po północy, kiedy położyłyśmy się spać. Madeline nadal nie było.