Rok szkolny minął bardzo szybko. Zaczęły się wakacje i praktycznie każdą wolną chwilę spędzałam nad rzeką razem z siostrami i Willem oraz Percym. Maddy nadal się do nas wszystkich nie odzywała za to, że nie powiedzieliśmy jej o związku jej brata. Oczywiście biednemu Willowi oberwało się najbardziej.
Siedziałam na trawie obok Jessici, wijąc wianek ze stokrotek. Moja siostra opalała swoje i tak opalone, w porównaniu z moim, ciało. Cała reszta pływała. Po jakiś trzydziestu minutach, Will wyszedł z wody i usiadł koło nas. Podałam mu ręcznik, a on wytarł się nim.
- Jak myślisz, kiedy Madeline przejdzie? - zapytał.
- Nie mam pojęcia - westchnęłam. - Mam nadzieję, że niedługo. Nie może przecież być obrażona przez całe życie, prawda?
- Mam nadzieję. Właściwie nie spodziewałem się, że tak zareaguje. Przecież my nie robimy nic złego.
- Tak, ale Maddy po prostu nie może się do tego przyzwyczaić. W końcu to duża zmiana dla nas wszystkich.
Przez chwilę siedzieliśmy cicho. Po kilku minutach Percy i Isabell wyszli z rzeki i przysiedli się do nas. Nad wodą spędziliśmy dwie godziny. W końcu uznaliśmy, że trzeba coś zjeść i poszliśmy do domów.
- Sara, przynieś coś do picia! Natychmiast! - Josh znów zaczął się wydzierać, co ja jak zwykle ignorowałam.
Siedziałam w salonie z Kristin, która także nic nie robiła sobie z wrzasków chłopaka mojej matki. Oglądałyśmy jakiś film, ale tak naprawdę nie bardzo zwracałyśmy na niego uwagę. Kristin wypytywała mnie o mojej, jak to ona nazwała, sprawy sercowe. Chciała wiedzieć wszystko o ucieczce z domu w święta (za co w sumie nieźle mi się dostało od matki) i o wszystkim co działo się w szkole. Co chwilę przerywały nam krzyki matki lub Josha, ale cały czas ich ignorowałyśmy. Po jakimś czasie do pokoju weszły bliźniaczki i Kristin zaczęła rozmawiać z nimi. Minęło kilka minut i do pokoju wbiegła zdenerwowana matka.
- Czy w końcu mógłby przynieść nam coś do picia?! - wrzasnęła. - Wołamy od dwudziestu minut.
Josh mógł podnieść swój tłusty tyłeczek z kanapy i sam przynieść, pomyślałam, ale wolałam nie mówić tego na głos.
- Przecież mogłybyście czasem pomóc swojej biednej matce! - zawołała, piorunując wzrokiem mnie i moje siostry. - A ty - zwróciła się do Kristin. - Tobie przecież płacę!
- Oczywiście, proszę pani - westchnęła gosposia. - Zaraz coś przyniosę.
Matka poszła do swojego pokoju, a Kristin do kuchni. Nie chciało mi się siedzieć w domu, więc postanowiłam przejść się na spacer.
Szłam powoli, rozkoszując się ciepłem, które panowało na dworze. Dzisiejsza pogoda była naprawdę wspaniała. Było ciepło, świeciło słońce, jednak lekki wiatr nie pozwalał, żeby było za gorąco. Kiedy nogi zaczęły mnie boleć, skierowałam się z powrotem w stronę domu. Po chwili byłam na miejsc. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Od razu podeszła do mnie Kristin. Trzymała w ręku białą kopertę.
- List do ciebie przyszedł - powiedziała, wręczając mi go.
Zdjęłam buty i poszłam do swojego pokoju. Nie wiem dlaczego, ale chciałam otworzyć kopertę w samotności. Nie miałam pojęcia co tam jest.
W środku było zaproszenie. Chwilę się mu przyglądałam i stwierdziłam, że musi być ono na ślub. Otworzyłam je i przeczytałam:
Serdecznie zapraszamy
Sz. P. Saritę Linares z osobą towarzyszącą
na uroczystość zawarcia sakramentalnego
Związku Małżeńskiego pomiędzy:
Violett Been
i
Robertem McDowerem
Uroczystość ta odbędzie się
w Kościele św. Marcina w Canterbury
dnia 7 lipca o godz. 16.00
Przeczytałam zaproszenie kilka razy nadal nie wierząc w to, że je dostałam.W życiu nie spodziewałam się, że będę na weselu u swoich nauczycieli, a szczególnie na weselu profesor Been. Co prawda pomogłam jej kilkakrotnie ukryć ten związek, ale nie sądziłam, że zaproszą mnie na swój ślub.
Przeczytałam jeszcze raz. "Z osobą towarzyszącą". Czyli musiałam kogoś zaprosić. Oczywisty był fakt, że będzie to Jackson. Wzięłam do ręki telefon i zadzwoniłam do niego.