środa, 31 października 2012

Rozdział 35

 Minęło kilka dni, w ciągu których prawie całkowicie wyzdrowiałam. Wyjątkiem była moja kostka, która, mimo wszystkich magicznych i niemagicznych sztuczek matki Jacksona, nadal mnie bolała. Przez dwa pierwsze dni z pokoju mojego chłopaka wychodziłam tylko do łazienki. Kiedy tylko poczułam się lepiej, zaczęłam częściej przebywać w innych częściach domu.
  Był on naprawdę piękny. Miał dwa piętra, na każdym po kilka ciekawie urządzonych pokoi. Na dole znajdowała się łazienka, sypialnia matki Jacksona, pokój gościnny, salon i kuchnia. To ostatnie pomieszczenie w niczym nie przypominało mojej kuchni. Kiedy się ją tylko zobaczyło, wiedziało się, że mieszkają tu czarodzieje. Na półkach leżały nie tylko produkty żywnościowe, ale również wiele składników do eliksirów i kilka mikstur w fiolkach. Obok kuchenki mikrofalowej stał kociołek. Była po prostu magiczna.
 Salon był równie ładny, jednak nie po względem magicznym. Wyglądał jak normalny salon, jednak był dużo lepszy od tego w domu mojej matki. Znajdowała się tam kanapa, dwa fotele mały stolik i kominek. Przy jednej z ścian stało pianino, przy drugiej komoda. Na pozostałych wisiało mnóstwo zdjęć. Na większości z nich był Jackson, ale na niektórych była jego matka i inni ludzie, zapewne jego rodzina bądź znajomi. 
  Najbardziej jednak spodobał mi się wielki balkon. Wychodziło się na niego przez drzwi w korytarzu na drugim piętrze. Było z niego widać park, w którym złamałam kostkę. Niewątpliwie jednak najcudowniej było siedzieć tam nocą z Jacksonem i patrzeć na gwiazdy. Oczywiście Ward musiał wszystko zepsuć i kazał mi wracać do domu, bo było zimno, a ja jeszcze nie do końca wyzdrowiałam. 

 Był wieczór. Siedziałam w salonie na kanapie, przykryta kocem, pijąc gorącą herbatę i wpatrując się w ogień. Nadzwyczaj nudne zajęcie, ale ciekawszego nie miałam, bo Jackson wyszedł gdzieś z domu. Gapiłam się więc w płomienie tańczące w kominku, czując jak po moim ciele rozchodzi się ciepło herbaty. Mijały sekundy, minuty, a Jackson nie wracał. Powoli zanudzałam się na śmierć.
 Usłyszałam skrzypienie drzwi. Odwróciłam się w ich stronę, z nadzieją, że to Jackson. Niestety, myliłam się. Weszła jego matka. Uśmiechnęła się do mnie i zapytała:
- Bardzo ci się nudzi? 
- Troszeczkę - odparłam, chociaż nie była to do końca prawda. Kobieta podeszła do kanapy i usiadła koło mnie.
- Jackson pewnie nie wróci szybko - oznajmiła. - Poszedł do swojego kolegi, a zawsze długo u niego siedzi. 
 Dopiero teraz zauważyłam, że trzyma jakiś album. 
- Prosił mnie, żebym ci tego nie pokazywała, ale jestem okropną matką i nie mogłam się powstrzymać.
Podała mi album. Otworzyłam go i zaśmiałam się, kiedy tylko ujrzałam pierwsze zdjęcie. Bardzo mały Jackson, którego aktualnie ciemne włosy były jasne, ściskał małego kota. Na następnym stał przed jakimiś drzwiami z zabawkowym słoniem na sznurku. Oglądałam zdjęcia, a matka Jacksona opowiadała mi o sytuacjach przedstawionych na zdjęciach. Niektóre były tak zabawne, że nie mogłam się przestać śmiać. Największe moje zainteresowanie zyskało zdjęcie ukazujące Jackson trzymającego jakąś dziewczynkę za rękę. Mógł mieć jakieś sześć lat.
- Kim jest ta dziewczyna? - zapytałam.
Kobieta zaśmiała się.
- To Oktavia Lukens, dziewczynka, która kiedyś mieszkała tu niedaleko. Pierwsza miłość mojego syna.
  Wybuchłam śmiechem, którego nie mogłam zatrzymać przez dłuższy czas. Kiedy w końcu się uspokoiłam matka Jacksona zaczęła opowiadać:
- Poznał ją jak miał pięć lat i potem codziennie do niej przychodził. Zrywał mi z ogrodu kwiaty i jej zanosił - przerwała na chwilę, bo ja zaczęłam się śmiać. - Ona go też lubiła. Zawsze się razem bawili. Jackson cały czas twierdził, że się z nią ożeni. - Zakryłam sobie usta, żeby się nie roześmiać. - Długo się kolegowali, a potem mój biedny synek zobaczył jak trzyma za rękę innego chłopca. Długo musiałam leczyć jego złamane serce.
- Smutna historia - powiedziałam i obydwie się roześmiałyśmy.

~*~*~

- Jaki on był jako dziecko? - zapytałam.
- Całkiem grzeczny, dopóki jego ojciec nie zostawił nas i nie wrócił do swojej byłej żony.
 Spuściłam wzrok. Trochę głupio się poczułam. Może niepotrzebnie zadałam to pytanie. Jackson nigdy mi nie powiedział, że jego ojciec go zostawił. Co prawda wspominał, że jego rodzice się rozwiedli, ale nie, że ojciec wrócił do swojej byłej. 
- Przykro mi - powiedziałam.
- Nie musi być ci przykro. To nawet lepiej, że tak się stało. A wracając do twojego pytania, to potem zaczął się trochę niegrzeczny. Buntował się, że nie pozwoliłam mu wyjechać z ojcem, ale szybko mu przeszło, dzięki Bogu. 
- A ile miał dziewczyn przede mną?
  Kobita zastanawiała się przez chwilę.
- Pięć, razem z Octavią. W tym chyba twoja siostra, prawda?
Kiwnęłam głową.
- Miał jeszcze dwie dziewczyny z waszej szkoły. Chodził też z córką mojej znajomej. Z żadna jednak nie wytrzymał tak długo jak z tobą. 
Uśmiechnęłam się. Znowu usłyszałam skrzypienie. Do pokoju wszedł Jackson.
- Cześć - powiedział, siadając koło mnie i całując mnie w czoło. - Mam nadzieję, że mnie nie odgadywałyście.
- Skądże - powiedziałam. - Ale wiesz co? Może chciałbyś mi opowiedzieć coś o Oktavii Lukens?
   Jackson przez chwilę gapił się na mnie ze zdziwieniem, a potem popatrzył na swoją matkę.
- Pokazałaś jej album! - zawołał. 
- Ja? Chyba żartujesz! Przecież mi zabroniłeś. - To mówiąc, wstała z kanapy i poszła w kierunku drzwi.
- Mamo! Miałaś nie pokazywać! Obiecałaś!
- Przecież nic nie pokazałam, prawda, Saro?
- Ja niczego nie widziałam - oznajmiła, uśmiechając się.Jackson patrzył ze złością to na mnie, to na swoją matkę.
- Widzisz? Nic nie pokazywałam. Dobranoc - powiedziała i wyszła z salonu.'
  Chłopak teraz uważnie mi się przyglądał. Miałam ochotę się roześmiać, ale nie chciałam być nieuprzejma. Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu. W końcu nachyliłam się ku niemu, pocałowałam w policzek i powiedziałam:
- Chodź na górę. Opowiesz mi coś o tej Octavii.