środa, 27 czerwca 2012

Rozdział 12

 - Myślę, że powinnaś włożyć tę czerwoną sukienkę- oznajmiła Katherina. Cała nasza czwórka siedziała w sypialni. Dziewczyny pomagały mi się przygotować do randki z Jacksonem. Dyskutowałyśmy właśnie na temat odpowiedniego stroju. Każda z nas miała inny pogląd: Maddy uważała, że powinnam ubrać się normalnie, w dżinsy i jakąś ładniejszą bluzkę; Sam twierdziła, że najlepiej będzie jak założę spódnicę, a Katherina upierała się przy sukience. Ja sama nie wiedziałam co mam robić. Nie wiem dlaczego, ale byłam tak ze stresowana, że nie mogłam myśleć. Przecież to nie było nasze pierwsze wspólne wyjście- byliśmy na balu sylwestrowym, jednak moje zdenerwowanie było nadzwyczaj ogromne. 
- Nie, Kat- zaprotestowała Sam i zaczęła grzebać mi w szafie. W końcu wyjęła falbaniastą spódnicę w kwiaty.- To powinnaś założyć!
- Wcale, że nie!- zawołała Madeline.- Masz wyglądać NATURALNIE!
 Po chwili wszystkie trzy zaczęły się kłócić. Siedziałam na łóżku, przyglądając się im, aż w końcu się odezwałam:
- Wcale nie pomagacie. Właściwie to sama powinnam coś wybrać.
 Podeszłam do szafy i zaczęłam w niej szukać czegoś odpowiedniego. Przez te głupie ubrania zestresowałam się jeszcze bardziej. Próbowałam się uspokoić, ale mi się nie udało. Dopiero, kiedy odnalazłam idealny strój, poczułam się lepiej. Wyciągnęłam z szafy beżową sukienkę w kwiatki. Dziewczyny nie były do końca przekonane co do mojego wyboru, ale nie zwracałam na nie uwagi. Poszłam do łazienki ją nałożyć. Kiedy wróciłam, założyłam szary sweterek i jasnoróżowe czółenka na platformie. Popatrzyłam na zegarek. Była za pięć osiemnasta. 
- Chyba już pójdę - stwierdziłam. 
- Powodzenia - powiedziały jednocześnie dziewczyny. Uśmiechnęłam się i wyszłam, mówiąc:
- Nie dziękuję!

   Szłam w kierunku jadalni, gdzie mieliśmy się spotkać. Kiedy już dotarłam na miejsce, Jackson już tam był. Podszedł do mnie i wręczył mi bukiecik kwitów.
- Dziękuję- powiedziałam. Jackson złapał mnie za rękę i odpowiedział:
- Nie ma za co.
 Szliśmy korytarzem. Po drodze minęliśmy Penelopę, która zaczęła się na mnie wydzierać, że kradnę jej chłopaka. Przeszliśmy obok niej śmiejąc się jak głupi. Po paru minutach staliśmy przy sali od magicznej biologii.
- Znowu zabierasz mnie do kapsuły? - spytałam.
- Przepraszam, ale nic lepszego mi nie wpadło do głowy- wyjaśnił.
- Nic nie szkodzi- zaśmiałam się. - Lubię to miejsce, szczególnie w towarzystwie miłej osoby.
 Jackson pocałował mnie w policzek, a potem powiedział coś po cichu i drzwi się pojawiły. Otworzyłam je i weszliśmy do środka. Ku mojemu zdziwieniu kapsuła nie była pusta. Znajdował się tam stolik, a na nim naczynia, i dwa krzesła. Usiadłam na jednym z nich, a Jackson na drugim. Po chwili zorientowałam się, że na stole nie ma jedzenia.
- Jackson- zaczęłam. - Ja nie chcę być nieuprzejma, ale czy ty o czymś nie zapomniałeś?
 Chłopak uśmiechnął się, wyją z kieszeni różdżkę i powiedział jakieś dziwne zaklęcie. Na stole zaczęły pojawiać się różne ciastka. Popatrzyłam do swojej filiżanki. Naglę sama zaczęła zapełniać się rozpuszczalną kawą. 
- O mój Boże - szepnęłam. Wzięłam sobie na talerz jakieś ładnie wyglądające ciastko i zaczęłam je jeść. Smakowało nieziemsko. Nigdy wcześniej nie jadłam takich dobrych ciastek. 
  Siedzieliśmy przy stole, rozmawiając, żartując, śmiejąc się. Nagle przyszło mi do głowy jakieś pytanie. Bez namysłu je wypowiedziałam:
- Czy byłeś to już kiedyś z inną dziewczyną?
- Nie- odparł Jackson. - Ty jesteś pierwsza.
- A czymże sobie zasłużyłam na taki zaszczyt?- zapytałam. Jackson siedział po chwili cicho, a potem powiedział:
- Nie mam pojęcia.
 Zbliżył się do mnie i zaczął całować.

  Była godzina dwudziesta pierwsza, kiedy wracaliśmy z Jacksonem korytarzem, trzymając się za ręce. Szliśmy powoli, aby jak najdłużej być ze sobą. Czułam się tak wspaniale, jakby spełniały się moje największe marzenia. Czułam nieziemską radość, która przepełniała każdą komórkę mojego ciała. Byłam tak szczęśliwa, że mogłabym latać. Niestety w końcu doszliśmy do mojej sypialni i musieliśmy się rozstać.
- Dobranoc - powiedziałam.
- Dobranoc - odpowiedział Jackson. Staliśmy przez chwilę w milczeniu, aż w końcu odwróciłam się. Już miałam otwierać drzwi, jednak chłopak złapał mnie za ramię, gwałtownie odwrócił i pocałował.

wtorek, 26 czerwca 2012

Rozdział 11

Minęło kilka dni. Na dworze wszystko pokryte było białym śniegiem. Mój związek z Jacksonem po prostu rozkwitał, podobnie jak związek Maddy i Luke'a ( chłopak z dyskoteki), Isabell i Kevina oraz Jesicy i Jamesa. Nie wszyscy jednak mieli takie szczęście. Samanta nadal nie chciała spotykać się z Matthew'em, bo właśnie tak się nazywa. Mimo, że proszę ją, żeby dała mu szansę, to ona nadal się upiera, że to nie ma sensu.
  Siedziałyśmy z Sam i Katheriną w bibliotece. Do naszej sypialni Madeline zaprosiła Luke'a, więc my musiałyśmy się wynieść. Oczywiście ja i Samanta jak zwykle się kłóciłyśmy.
- Saro, ty zawsze myślisz, że wszystko jest czarne albo białe- skarżyła się Sam. 
- Wcale, że nie! - odparłam.- Ja po prostu nie rozumiem dziewczyn, które boją się umówić z chłopakiem!
- I kto to mówi!- zawołała trochę za głośno, bo bibliotekarka spiorunowała nas wzrokiem.- Chyba nie ja nie potrafiłam zagadać do chłopaka przez dwa lata!
- To co innego! Ja czekałam, aż Jackson zrobi pierwszy krok. Matthew już dawno go zrobił! A właściwie to zrobił nawet kilka pierwszych kroków!
 Samanta przygryzła wargę.Nie odpowiedziała nic, ale wiedziałam, że i tak się ze mną nie zgadza. Zapadło długie milczenie. Wpatrywałam się w swoją przyjaciółkę, ale ona zdawała się tego nie zauważać. Niezręczną ciszę przerwała Katherina:
- Może zejdziemy już na obiad?- zapytała.

~*~*~

- Jesteś pewna, że to dobry pomysł?- spytała Maddy. Siedziałyśmy w swoim pokoju. Nie było z nami Samanty, a ja właśnie wyjaśniałam dziewczynom mój plan pomocy jej w zdobyciu chłopaka. Chciałam zaklęciem zmienić swój wygląd tak, abym wyglądała ja Sam. Potem pójdę do Matthew' a i powiem mu, że chcę z nim chodzić. On na pewno się zgodzi i potem zacznie się spotykać z prawdziwą Samantą. Jak dla mnie genialny pomysł, jednak moje współlokatorki były innego zdania. - A co jeśli on nie chce z nią być?
- Chce- powiedziałam bez namysłu. Byłam tego w stu procentach pewna.
- Dobra- odezwała się Katherina.- Ale jakby Sam się dowiedziała to my nie mamy z tym nic wspólnego.
- Niech wam będzie- oznajmiłam i podeszłam do małej szafki obok mojego łóżka. Wyjęłam z niej kartkę i długopis i zaczęłam wymyślać zaklęcia. Bardzo źle mi to wychodziło. Nigdy nie byłam w tym dobra. Świetnie radziłam sobie z  rzucaniem uroków, ale z ich ułożeniem było znacznie gorzej. Po wielu głupich pomysłach udało mi się napisać coś sensownego. Katherina popatrzyła na mnie, jakby chciała spytać, czy na pewno powinnam to zrobić. Uśmiechnęłam się do niej. Sięgnęłam po różdżkę, wzięłam głęboki wdech i przyczytałam:
- Skrzydło muchy gra w palanta, chcę mieć wygląd jak Silverstone Samanta!
  Usłyszałam wybuch i cały pokój wypełnił się szarym dymem. Kiedy zniknął dziewczyny popatrzyły na mnie z niedowierzaniem.
- O mój Boże- szepnęła Maddy. Uśmiechnęłam się i poszłam do łazienki. Stanęłam na przeciwko lustra, ale nie zobaczyłam własnego odbicia.Zobaczyłam Samantę.

 Szłam korytarzem, trzymając książkę pod pachą. Stwierdziłam, że to będzie bardzo wiarygodne. Co jakiś czas jakaś nieznajoma dla mnie osoba witała się ze mną. Byłam zdziwiona. Skąd ona zna tych ludzi? 
 Szłam powoli, rozglądając się za Matthew' em, co było bardzo trudne. Obeszłam już prawie całą szkołę, a jego nadal nie było widać. Po chwili ujrzałam Jacksona. Uśmiechnęłam się do niego.
- Hej- przywitałam się.
- O, cześć- powiedział.
- Gdzie idziesz?- zapytałam, nadal się uśmiechając.
- Szukam Sary.
 Dopiero po tych słowach przypomniałam sobie, że jestem teraz Samantą. Boże, pomyślałam. Dobrze, że nie zrobiłam czegoś głupiego.
- Aha, to nie przeszkadzam- oznajmiłam, oddalając się. Po chwili odwróciłam się i zawołałam: - Jackson!
- Tak?- chłopak popatrzył na mnie.
- Myślę, że powinieneś zaprosić Sarę na randkę- powiedziałam. Po chwili zrobiło mi się głupio, ale było już za późno. Zresztą, ja też coś muszę z tego mieć.
- Myślisz, że się zgodzi?- spytał.
- Jestem przekonana.- Po tych słowach poszłam w drugą stronę. Po kilkunastu minutach zobaczyłam Matthew'a.
- Hej Matt!- zawołałam. Chłopak odwrócił się i podszedł do mnie.- Możemy pogadać?
 Matt przytaknął i poszliśmy razem do jakiejś sali. Usiadłam na ławce i zapytałam:
- Co tam u ciebie?
 Chłopak przypatrywał się mi z zaskoczeniem. Uśmiechnęłam się, a on powiedział:
-  Nic ciekawego. Dlaczego chciałaś się ze mną spotkać?
- Myślałam, że to oczywiste- odparłam, mrugając do niego. Matt gapił się na mnie jak na głupią.
- Nie rozumiem- powiedział powoli. Zeszłam z ławki i podeszłam do niego, jak najbliżej się odważyłam.
- Nadal nie rozumiesz?- spytałam. Chłopak odsunął się ode mnie i zaczął się cofać. Zapadło milczenie. Przez jakiś czas wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem, aż w końcu on się odezwał:
- Ty nie jesteś Samantą.
 Otworzyłam szeroko oczy. Skąd on mógł to wiedzieć? Zaczęłam się zastanawiać, co teraz powinnam zrobić. Zdecydowałam się ujawnić prawdę.
- Masz rację- powiedziałam. Chłopak stał w milczeniu, przyglądając się mi. W myślach układałam zaklęcie, które przywróci mi prawdziwy wygląd. W końcu mi się udało:- Światło w jaskini, os groźnych rój, chcę mieć z powrotem wygląd swój.
 Tak jak ostatnio cały pokój wypełnił się dymem, który po chwili zniknął. Kiedy Matt mnie zobaczył, zapytał:
- Kim ty w ogóle jesteś?
- Jestem Sara, przyjaciółka Samanty- wyjaśniłam.- Chciałam ją udawać, żebyście zaczęli ze sobą chodzić. Wiem, że ją lubisz i że ona lubi ciebie. Wiem też, że Sam nigdy by się nie odważyła ci o tym powiedzieć. Przepraszam ze to przedstawienie. Po prostu chciałam, aby Sam była szczęśliwa.

~*~*~

 Wszystkie cztery stałyśmy na korytarzu. Samanta opowiadała o jakiejś książce, którą ostatnio czytała. Już wcześniej powiedziałam dziewczynom, że plan nie wypalił, ale Sam nadal nie miała o niczym pojęcia. Stałyśmy tak dobre parę minut, gdy nagle podszedł do nas Matthew, a właściwie nie do nas tylko do Samanty. Stanął przy niej, a po chwili już ją całował. Zadziwiona dziewczyna stała bez ruchu. Kiedy Matt skończył wziął ją za rękę i w milczeniu poszli gdzieś korytarzem. Po chwili chłopak odwrócił się i uśmiechną się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech. 

  Siedziałam w bibliotece, męcząc się ogromnie nad napisaniem wypracowania na temat eliksiru odmładzającego. Pisałam w samotności. Nie sądziłam, żeby ktoś się do mnie przyłączył. Myliłam się jednak. Po kilku minutach poczułam jak czyjeś dłonie zakrywają moje oczy. Przez chwilę się zastanawiałam, a potem zapytałam:
- Maddy?
- Pudło- usłyszałam głos mojego chłopaka. Zabrał dłonie. Odwróciłam się do niego i pocałowałam go w policzek.
- Jak mogłam się tak pomylić?- zaśmiałam się. Jackson usiadł koło mnie i po chwili powiedział:
- Jutro jest wolne. Może byśmy się spotkali?
- Masz na myśli randkę?- spytałam.
- Jeżeli się zgodzisz to tak.
 Uśmiechnęłam się.
- Tylko idiotka by się nie zgodziła- szepnęłam. Przybliżyłam się do jego twarzy i go pocałowałam. 

piątek, 22 czerwca 2012

Rozdział 10

  Przez chwile stałam w miejscu, ze zdziwieniem przyglądając się ciemnowłosej dziewczynie. Dopiero po chwili się otrząsnęłam i weszłam głębiej.
- Hej- powiedziałam, siadając na moim łóżku.
- Cześć- odezwała się dziewczyna. - Nazywam się Katherina Simpson i jestem nową uczennicą. Z tego co mi powiedziano, będę waszą współlokatorką.
  Na początku się wkurzyłam. Znowu do naszego pokoju ktoś dochodzi. Czy oni nie mogli jej dołączyć do kogoś innego? Jednak już po kilku minutach Katherina okazała się nadzwyczaj sympatyczną osobą, mającą dużo wspólnego z naszą trójką. Szybko zaczęłyśmy się dogadywać. Katherina mieszkała wcześniej we Francji, jednak jej ojciec dostał teraz pracę w Anglii, więc się przeprowadzili. Jest pół Angielką, pół Francuzką. Ma starszego o rok brata.

 Siedziałam na swoim łóżku ubrana w turkusową sukienkę od Kristin. Nade mną stała Maddy, która układała mi fryzurę. Na przeciwko mnie siedziały bliźniaczki w jednakowe fioletowe sukienki. Czułam, jak szczupłe palce Madeline czeszą moje jasne włosy. Była godzina siedemnasta, a bal zaczynał się za piętnaście minut. Siedziałam w milczeniu, czekając aż przyjdą po nas chłopcy. No nie po nas wszystkie. Z niewiadomych przyczyn Samanta nie chciała umówić się z tym chłopakiem, którego poznała na dyskotece, w odróżnieniu od Maddy. Katherina też szła sama.
 W końcu drzwi się otworzyły i wszedł Jackson, a za nim Kevin, James i chłopak Maddy. Poszliśmy w kierunku sali gimnastycznej.
- Ślicznie wyglądasz- szepnął mi Jackson do ucha, łapiąc mnie za rękę
- Dziękuję- odszepnęłam, uśmiechając się.
 Szliśmy długim korytarzem, aż wreszcie doszliśmy do celu. Sala wyglądała zupełnie inaczej niż na dyskotece. Nie było już tak ciemno. Na suficie umieszczone były lustra, a ściany były pokryte mieniącym się pyłem elfów. Przy ścianach stały stoliki. Podeszliśmy wszyscy do jednego z nich. Po drodze minęliśmy Penelopę, która prawie zemdlała na widok mojej dłoni splecionej z dłonią Jacksona. Usiedliśmy przy stole i posłuchaliśmy przemowy dyrektora, w tym roku jeszcze nudniejszej niż w zeszłym. Po niej włączono muzykę i poszliśmy tańczyć. Położyłam dłonie na ramionach Jacksona,  a on objął mnie w talii. Tańczyliśmy przez jakiś czas w milczeniu. Dopiero podczas trzeciej piosenki usłyszałam jego głos:
- Może pójdziemy się napić?- spytał. Kiwnęłam głową. Podeszliśmy do stolików. Po chwili pojawiła się Isabell i porwała Jacksona, zostawiając mi swojego chłopaka, Kevina. Bez zastanowienia poszliśmy tańczyć. Po jednej piosence Is oddała mi mojego partnera, a ja jej Kevina. Myślałam, że Jackson znowu mnie poprosi do tańca, jednak on tylko powiedział:
- Chodź ze mną. Muszę ci coś pokazać.
Posłusznie wyszłam z nim z sali. Szliśmy długo korytarzem, aż doszliśmy do sali od magicznej biologii.
- Chciałeś zaprowadzić mnie do klasy?- zdziwiłam się. Jackson zaprzeczył. Szepnął coś pod nosem i dotknął ściany. Po chwili pojawiły się tam drzwi. Zaskoczona patrzyłam jak chłopak je otwiera. W środku było mnóstwo schodów. Zaczęliśmy się po nich wspinać. Kiedy doszliśmy do końca, zaparło mi dech w piersiach. Staliśmy w powietrzu nad szkołą. 
- Gdzie jesteśmy?- zapytałam.
Jackson uśmiechnął się:
- To kapsuła niewidzialności. Znajduję się nad szkołą i, jak sama nazwa wskazuję, jest niewidzialna i wszystko co się w niej znajduje jest niewidzialne. Odkryłem to miejsce dwa lata temu.
 Popatrzyłam przed siebie. Widziałam ciemnie niebo z licznymi gwiazdami. Było po prostu pięknie. Mimo, że byliśmy daleko, słyszeliśmy muzykę. Zaczęliśmy tańczyć. Po jakimś czasie zmęczyliśmy się i usiedliśmy koło siebie. Zaczęliśmy rozmawiać. Czułam się tak cudownie jak jeszcze nigdy. Słyszałam jak moje serce szybko biję. Miałam wrażenie, że powinnam żyć tylko dla takich chwil. 

  Usłyszeliśmy bicie zegara. Popatrzyliśmy na wieżę, która była na przeciwko nas. Była północ. Uśmiechnęłam się do Jacksona, przybliżyłam się i go pocałowałam. Kiedy oderwałam się od jego ust szepnęłam:
- Szczęśliwego nowego roku.
- Nawzajem- odrzekł chłopak.

sobota, 9 czerwca 2012

Rozdział 9

 Leżałam w łóżku. Od dawna już nie spałam, jednak nie miałam siły otworzyć oczu. Czułam jakiś ciężar na brzuchu, byłam pewna, że to Nemezis. Ile bym dała, żeby zasnąć i śnić o tym samym co przed chwilą. Śnił mi się Jackson rozmawiający ze mną. Już nie pamiętałam nawet o czym rozmawialiśmy. Dlaczego?, pomyślałam.Dlaczego to był tylko sen. Mijały minuty i wiedziałam już, że nie zasnę. Otworzyłam oczy i ujrzałam moją czarną kotkę śpiącą na moim brzuchu. Pogłaskałam ją za uchem, a ona grzecznie wstała i zeszła ze mnie. Zeszłam z łóżka i podeszłam do szafy. Wyjęłam pierwsze lepsze ubranie i poszłam do łazienki. Kiedy już byłam umyta, ubrana i uczesana, zeszłam na dół na śniadanie. Moich sióstr jeszcze nie było, podobnie jak mojej matki. Była tylko Kristin, która podała mi talerz. Były na nim dwie kanapki z żółtym serem i z ogórkiem. 
- Dziękuję- powiedziałam.
- Nie ma za co, skarbie- odpowiedziała Kristin.- Gotowa do wyjazdu?
 Kiwnęłam głową i zaczęłam jeść śniadanie. Minęło sporo czasu zanim przyszły moje siostry. Usiadły koło mnie, zjadły śniadanie i poszły się pakować. Ja zostałam w kuchni z Kristin. Siedziałyśmy w milczeniu, aż w końcu Kristin się odezwała:
- Powiesz mi w końcu czy nie?
 Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem.
- Nie rozumiem- powiedziałam uważnie się jej przyglądając.
- A właśnie, że rozumiesz- zaprzeczyła Kristin.
- Chodzi ci o Jacksona?- zapytałam.
- Tak, skarbie. Cały czas czekam, kiedy mi to powiesz, a ty milczysz jak grób.
- Skąd wiesz, że coś się wydarzyło?
- Słyszałam jak rozmawiałaś z siostrami. No opowiadaj w końcu!
 Zaczęłam opowiadać o wydarzeniu, jakie miało miejsce po powrocie ze szkoły. Kristin z zaciekawieniem słuchała mojej historii. Kiedy skończyłam, powiedziała:
- No, na reszcie się odważył.- Mówiła to, jakby było oczywiste, że Jackson kiedyś mnie pocałuje.- Ile można czekać?
 Wpatrywałam się w nią zdziwiona, ale nic nie powiedziałam, bo właśnie weszła moja matka z Joshem.

~*~*~

- Bądź grzeczna- nakazała Kristin. Stałyśmy przed naszym domem, za chwile mamy iść do naszych sąsiadów, aby z nimi pojechać na dworzec, przy którym stoi autobus jadący do Akademii Magicznej. - Nie rób głupich rzeczy i pilnuj swoich sióstr.
 Uśmiechnęłam się do niej i obiecałam, że spełnię jej nakazy. Kristin poszła pożegnać się z bliźniaczkami, a potem wszystkie trzy poszłyśmy na sąsiednie podwórko. Czekali już tam na nas Maddy jej rodzice i bracia. Wyjechaliśmy i po jakimś czasie pakowaliśmy nasze walizki do bagażnika autobusu. Kiedy wsadzałam swoją torbę, zobaczyłam Jacksona. Szybko stamtąd odeszłam, mając nadzieję, że on mnie nie widział. Podeszłam do Maddy.
- Jackson tam jest- powiedziałam.
- No i co?- usłyszałam za sobą znajomy głos. Samanta Silverstone stała za nami uśmiechnięta. - Co z tego, że stoi tam Jackson?
- Mam tak po prostu do niego iść?- spytałam.
- Nie wiem. To twój wybór- odezwała się Madeline. 
 Moje przyjaciółki weszły do autobusu, a ja poszłam w stronę Jacksona.
Spokojnie, pomyślałam. Po prostu przejdź koło niego. Niech on coś zrobi.
Próbując zamaskować zdenerwowanie, przeszłam koło gromadki chłopaków, wśród których był Jackson. Szłam powoli, spokojnie, nie zwracałam na nic uwagi, gdy poczułam jak czyjaś ręka łapie mnie ramię i delikatnie pociąga. Była to ręka Jacksona Warda, któremu teraz patrzyłam prosto w oczy.
- Chciałaś przyjechać do szkoły i się nie przywitać?- spytał.
- Nie, skądże- odpowiedziałam.- Cześć.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi. Chodź ze mną. Musimy pogadać.
 Do odjazdu autobusu było jeszcze dziesięć minut, więc poszła za Jacksonem. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie nie było nikogo.
- Więc co chcesz mi powiedzieć?- zapytałam.
- Raczej o co ty chcesz zapytać- odparł.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- To chyba oczywiste- powiedział.
- Jakby takie było, to bym nie pytała.
- Podobasz mi się, Saro- wyszeptał Jackson przybliżając się do mnie. Zadrżałam. Wiedziałam co się zaraz stanie.
 Jackson Ward znowu mnie pocałował. Tym razem krócej, ale to wystarczyło, żeby moja twarz nabrała barwę zachodzącego słońca. W milczeniu poszliśmy do autobusu i usiedliśmy obok siebie. Dopiero po jakiejś godzinie zaczęliśmy normalnie rozmawiać, tak jak przed tym pierwszym pocałunkiem. 

   Kiedy dotarliśmy do szkoły, było już kompletnie ciemno. Szłam za innymi uczniami, trzymając Jacksona za rękę. Doszliśmy do jadalni, posłuchaliśmy ogłoszenia o balu, zjedliśmy i wyszliśmy. Szliśmy korytarzem w stronę mojej sypialni, swobodnie rozmawiając. Nagle zapadło milczenie, a potem Jackson zapytał:
- Pójdziesz jutro ze mną na bal?
- Prawdopodobnie nie znajdę sobie lepszego chłopaka do jutra, więc tak- zaśmiałam się.
- Jesteś podła- szepnął mi Jackson do ucha.
- Wiem-odparłam.
 Gdy doszliśmy do mojej sypialni, Jackson pocałował mnie w policzek i odszedł. Byłam taka szczęśliwa, że prawie skakałam z radości. Moje szczęście zastąpiło jednak zdziwienie, kiedy otworzyłam drzwi i zobaczyła w swojej sypialnie czwarte łóżko, a na nim siedzącą dziewczynę.

Rozdział 8

- Sarito, usiądź prosto!- rozkazała moja babcia.- Jak ty się przy stolę zachowujesz?! Widać, kto jest twoim ojcem.
 Zacisnęłam pięść. Od pięciu dni babcia za wszystkie moje niedoskonałości obwinia ojca. Wystarczy tylko, że odezwę się bez pozwolenia, to już zaczynają się babcine komentarze na temat mojego zachowania. Tak jak się spodziewałam wytrzymanie z babcią graniczyło z cudem. Szczególnie po ostatnim wyczynie moich sióstr, kiedy to obydwie uciekły z domu i prawie odleciały samolotem z powrotem do Londynu. Matka się wściekła. Oczywiście bliźniaczki nic sobie z tego nie robiły. Ja byłam na nie zła tylko dlatego, że nie wzięły mnie ze sobą. A teraz pocieszała mnie myśl, że jeszcze tylko dwa dni.
Siedziałam na swoim łóżku, czesząc jasne włosy Alice. Nie byłam w tym zbyt dobra, ale radziłam sobie ze zrobieniem warkocza. Kiedy skończyłam moja siostra wdrapała się mi na kolana.
- Ile jeszcze tu będziemy?- spytała.
- Dwa dni- odpowiedziałam. 
- Zawsze myślałam, że z matką jest lepiej mieszkać- mruknęła. Zaśmiałam się. Od dawna zastanawiałam się jak to jest mieszkać z ojcem i nigdy nie mogłam sobie tego wyobrazić.
- Teraz widzisz, że nie.
- We Francji też nie jest sielanka- powiedziała Alice.- Tamte siostry są po prostu nienormalne.
- Opowiedz mi o nich.
Alice skrzywiła się i oznajmiła:
- Różowe lalusie. 
   Dopiero wtedy zorientowałam się, że jeszcze nie widziałam Alice w różowym ubraniu, co mnie bardzo zadowoliło. Byłam wprost uczulona na ten kolor, podobnie jak moje starsze siostry.
 Alice zaczęła opowiadać. Z jej słów wynikało, że moje siostry były próżne, zapatrzone w siebie i okropnie puste. Byłam rozczarowana. Zawsze myślałam, że gdybyśmy mieszkały razem, byłybyśmy przyjaciółkami. Alice zauważyła co czuję, więc spytała:
- Jesteś zawiedziona?
- Nawet bardzo- odparłam.
 Alice uśmiechnęła się do mnie.
- Przynajmniej mamy po równo. Ty wredną matkę, ja wredne siostry- powiedziała, a po chwili dodała:- Chociaż ja mam jeszcze tatę. To trochę nie fair.
 Ja mam Kristin, pomyślałam. Tak, Kristin, która się mną opiekowała, pomagała mi, wspierała mnie. Nagle poczułam ukłucie tęsknoty. Oczywiście cały czas je czułam, ale teraz się nasiliło. Chciałam jak najszybciej do niej wrócić.

~*~*~

Siedziałam w samolocie. Obok mnie siedziały Isabell i Jesica. Gadały o swoich chłopakach- Kevinie Black i Jamesie Shortmanie.Dopiero wtedy dowiedziałam się, że Jes z nim chodzi. Od dawna się przyjaźnili, ale nie sądziłam, żeby coś z tego wyszło. Zawsze chciałam zeswatać ją z jednym z naszych sąsiadów, no ale cóż, jej wybór. Nagle Isabell zwróciła się do mnie:
- A co z tobą, Saro. Co masz zamiar zrobić z Jacksonem.
- Nie mam pojęcia- westchnęłam. Ciągle nie wiedziałam co mam myśleć o jego pocałunku.
- Ja tam bym z nim chodziła- powiedziała Is.- Jest w miarę przystojny, oczywiście nie tak jak Kevin, ale dla ciebie w sam raz.
- I dobrze całuje- dodała Jesica. Jes chodziła z nim kiedyś, co mnie bardzo denerwowało. Nie był to jednak, dzięki Bogu, stały związek. Rozstali się po trzech dniach. 
 Zaczęłam myśleć o Jacksonie, ale nie byłam w stanie wymyślić czegoś sensownego. Odwróciłam się od sióstr i zamknęłam oczy. Po chwili zasnęłam. 
  Obudziła mnie Alice, oświadczająca, że za chwilę wysiadamy. Sięgnęłam po moją torebkę i po chwili byłam gotowa do wyjścia. Samolot wylądował. Wyszłam na lotnisko. Stał tam mój ojciec, tylko po to, aby pożegnać się z nami jeszcze raz i zabrać Alice. Razem z bliźniaczkami pożegnałyśmy się z naszą najmłodszą siostrą i, wraz z matką, wróciłyśmy do domu. Gdy tylko otworzyłam drzwi, pobiegłam do Kristin. Rzuciłam się jej na szyję i powiedziałam:
- Tęskniłam.
- Ja też- odpowiedziała, ściskając mnie. Po chwili puściła mnie i podeszła do stolika. Wzięła z niego dość dużą paczkę i podała mi.- Spóźniony prezent urodzinowy- wyjaśniła.
  Otworzyłam paczkę. W środku była turkusowa sukienka bez ramiączek. Zakończona była warstwowo ułożonymi falbankami. Była prześliczna.
- Kristin, dziękuję- wyszeptałam.
- Nie ma za co- uśmiechnęła się.- przyda ci się na bal sylwestrowy.
 Bal sylwestrowy był organizowany dla uczniów mojej szkoły. Nie wszyscy na niego przyjeżdżali. Niektórzy woleli spędzić te dwa dni z rodziną, jednak ja i moje siostry co roku wracałyśmy do szkoły.
 Położyłam się w łóżku. Jutro o dwunastej znowu wyjadę z domu. Szkoda, że tak mało czasu spędziłam z Kristin. Miałam nadzieję, że Jackson przyjedzie na bal. Przyjedzie, pomyślałam, zawsze przyjeżdża.

czwartek, 7 czerwca 2012

Rozdział 7

 - Saro- usłyszałam czuły, kobiecy głos. Od razu go poznałam. Kristin.- Saro obudź się. Twoja matka kazała cię obudzić. Za dwie godziny macie samolot.
 Otworzyłam oczy. Kristin w niebieskim sweterku i dżinsach stała nade mną, uśmiechając się. Obok mnie leżała nadal śpiąca Alice.
- Ona też ma wstać?- spytałam. Kristin kiwnęła głową.
- Wasza matka chce ją zabrać razem z wami- powiedziała.
- Naprawdę?- zdziwiłam się.- A ojciec się zgodził?
Kristin ponownie kiwnęła głową. Kazała mi wstać i wyszła z pokoju. Podniosłam się i nałożyłam czerwoną bluzę leżącą na krześle. Rano zawsze było okropnie zimno w moim pokoju. Podeszłam do śpiącej Alice i dotknęłam jej ramienia.
- Alice- powiedziałam.- Alice, musisz już wstać.
 Dziewczynka otworzyła oczy. Uśmiechnęła się na mój widok. Wyszłyśmy z pokoju i poszłyśmy do kuchni. Siedziały tam bliźniaczki i ojciec. Kristin coś gotowała. Matki nie było.
- Gdzie matka?- spytałam, siadając obok Isabell. Alice usiadła obok Jesicy.
- W swoim pokoju- odpowiedziała Jes.- Z swoim kochasiem.
  Nie byłam zdziwiona. Nasza matka od dawna spotyka się ze swoim kolegą z pracy Joshem. Jest od niej starszy o kilka lat, ma czarne włosy i jest niezbyt wysoki. Koleś często u nas siedzi i strasznie się rządzi. Doprowadza mnie, bliźniaczki i Kristin do szału, ale nic nie możemy powiedzieć. Zapewne niedługo na stałe się do nas wprowadzi i będzie nas uważał za swoje służące.
- Wiedziałam, że przyjdzie się pożegnać- westchnęłam. Kristin podała mi miskę owsianki. Zjedliśmy w milczeniu.  Po śniadaniu poszłam się umyć, ubrać i uczesać. W końcu byłam gotowa do odjazdu, moje siostry też. Dwadzieścia minut później nasze walizki były już w bagażniku czarnego samochodu. Razem z bliźniaczkami byłyśmy u naszych sąsiadów. Ściskałam Madeline najmocniej jak potrafiłam.
- Jak możesz mnie zostawić?!- zapytała.
- Dobrze wiesz, że dałabym wszystko, żeby tu zostać.
- Nawet Jacksona- szepnęła mi do ucha. Obydwie się uśmiechnęłyśmy. Podeszłam do jej braci.
- No to na razie, mała- powiedział Will ściskając mnie. Od zawsze on i jego brat mówili na mnie Mała, bo byłam z nas najmłodsza. Nie obchodziła ich, że byłam tylko o dwa miesiące młodsza od Maddy i, że byłam o trzy cm wyższa od niej. Dla nich zawsze będę Mała.
 Wróciłyśmy do domu. Miałyśmy wyjechać za dziesięć minut. Podszedł do nas ojciec. Pożegnał się z nami, a potem zwrócił się do mnie.
- Sarito, ma coś dla ciebie.
  Podał mi paczuszkę wielkości książki.
- Na twoje jutrzejsze urodziny. Tylko obiecaj, że otworzysz dopiero jutro.
- Obiecuję- powiedziałam. Zupełnie zapomniałam o swoich urodzinach. Właściwie to prawie ich nie obchodzę. Co roku dostaję jakieś prezenty, od Kristin, sióstr, Maddy i jej braci, jednak moja matka zupełnie ignoruje fakt, że jestem już o rok starsza. Uśmiechnęłam się biorąc prezent do rąk. Schowałam go do torebki, podziękowałam ojcu i odeszłam. Stanęłam przy Kristin i rzuciłam jej się na szyję.
- Będę tęsknić- szepnęłam.
- Wiem- powiedziała.
- Nie wytrzymam bez ciebie- jęknęłam.
-Wytrzymasz.
- Nie dam rady!
- Sarito, nie zachowuj się jak dziecko- zaśmiała się. Uścisnęłam ją mocno.
- Dasz radę, skarbie- powiedziała, uśmiechając się.- Jesteś silna. Wdałaś się w gosposie.
Roześmiałam się. Wsiadłam do samochodu. Byłam zmuszona usiąść z przodu, obok matki. Nie byłam tym za bardzo zadowolona, ale musiałam przeżyć. Piętnaście minut później byłyśmy na lotnisku. Wsiadłyśmy do samolotu. Usiadłam między Isabell a Alice. Całą drogę milczałam. Rozmyślałam jak przeżyję ten tydzień. Później przypomniałam sobie co zrobił wczoraj Jackson. Co mam w ogóle o tym myśleć? Dlaczego to zrobił? Czy naprawdę mu się podobam, czy tylko chciał się ze mnie ponabijać? Rozmyślałam tak przez całą podróż, aż dotarliśmy do Hiszpanii. Z lotniska dojechaliśmy taksówką do domu babci. Był on niewielki, szary, z czerwonym dachem. Weszliśmy do środka. Cudem wytrzymałam wspólną kolację. Kiedy już się położyłam, nie mogłam zasnąć.

  Popatrzyłam na zegarek. Była za minutę północ. Patrzyłam na zegarek aż w końcu duża wskazówka powędrowała na dwunastkę. Wyjęłam z szufladki prezent od ojca, który wcześniej tam schowałam. Rozpakowałam paczkę. W środku był album na zdjęcia. Otworzyłam go i, tak jak się spodziewałam, nie był pusty. W środku było dużo zdjęć z mojego dzieciństwa- kiedy rodzice byli jeszcze razem. Uśmiechnęłam się i szepnęłam:
- Dziękuję, tato.

sobota, 2 czerwca 2012

Rozdział 6

 Nadszedł dzień wyjazdu. Stałam na dworcu, drżąc z zimna i żałując, że nie wzięłam cieplejszej kurtki. Obok mnie stała Maddy. Samanta gadała z tym chłopakiem, którego poznała na dyskotece. W prawej ręce trzymałam wielką walizkę. Trochę dalej stała Isabell ze swoim chłopakiem i Jesica z jakimś kolesiem, którego nie znałam. Czekaliśmy na autobus już piętnaście minut. Nagle zobaczyłam Jacksona. Stał z kilkoma chłopakami, a obok nich siedziała Penelopa. Aż się we mnie gotowało, kiedy mrugała do niego.
  Po kilku minutach autobus przyjechał. Zostawiłam walizkę w bagażniku i razem z Maddy weszłam do środka. Usiadłyśmy na siedzeniach, a za nami usiadła Samanta, niestety bez tamtego chłopaka. Pojazd wystartował i po chwili wzbił się w powietrze. Jakiś czas milczałyśmy, ale Maddy nie umie długo siedzieć cicho.
- Jak tam sprawy między tobą a Jacksonem?- spytała.
- Szkoda gadać- westchnęłam.- Dwa lat się w nim bujam, a on nic.
- Nie przyszło ci do głowy- odezwała się z tyłu Samanta- że on czeka, aż mu się przyznasz?
 Prychnęłam. Nie wyobrażam sobie siebie wyznającą miłość Jacksonowi. W końcu to chłopak powinien  zrobić pierwszy ruch. Później dziewczyny gadały ze sobą, mnie zostawiły w spokoju. I dobrze. Mogłam się wpatrywać w siedzącego kilka siedzeń wcześniej Warda i marzyć. Marzyłam tak sobie aż zasnęłam.
  Śniło mi się, że jestem we Francji. Chodziłam po wielkim domu. Po jakimś czasie zrozumiałam, że to dom mojego ojca. Czasami przebiegała obok mnie jakaś dziewczyna, prawdopodobnie moja siostra. Szłam tak bardzo długo, aż weszłam do wąskiego korytarza. Na jego końcu stał ojciec. Podbiegłam do niego. Stanęliśmy na przeciwko siebie, a ojciec powiedział:
- Już nie jestem ci potrzebny.
 Nie wiem dlaczego, ale odwróciłam się i zobaczyłam Jacksona.
- Saro!- zawołał.- Saro, wstawaj!
  Otworzyłam oczy.
Nade mną stała Maddy, która przed chwilą mnie budziła. Autobus już się zatrzymał. Wstałam i razem z dziewczynami poszłyśmy po bagaże. Kiedy je wyjęłyśmy, poszłyśmy poszukać swoich rodziców. Ja oczywiście nie miałam co marzyć, żeby ich zobaczyć. Wiedziałam, że przyjdzie po mnie Kristin. Szłyśmy długo. W połowie drogi dołączyły do nas moje siostry. Maszerowałyśmy wolno, rozmawiając o planach na święta. Po kilku minutach usłyszałam:
- Sara! - Odwróciłam się. W moją stronę biegł Jackson. Podszedł do mnie bardzo blisko, uśmiechnął się, a potem pocałował. Zamarłam. Czułam jak jego wargi dotykają moich ust, jak jego prawa dłoń owija się wokół mojej talii. Zakręciło mi się w głowie. Czułam się, jakby cały świat zniknął, jakbyśmy byli sami. Liczyłam się tylko ja i Jackson, nic więcej dla mnie nie istniało. Nagle Jackson przestał mnie całować. Uśmiechnął się, widząc moją zdziwioną minę i odszedł wołając:
- Wesołych świąt, Saro!
- Teraz na pewno takie będę - szepnęłam. Czułam  jak cała drżę i nie miało to nic wspólnego z wszech panującym zimnem. Pewnie bym upadła, gdyby nie Isabell, która mnie podtrzymywała. Chwilę później szłam dalej nadal myśląc tylko o jednym. W międzyczasie Samanta i Maddy odnalazły rodziców. Szłyśmy jeszcze trochę, aż dotarłyśmy do małego sklepiku. Tam czekała nas jeszcze jedna niespodzianka. Zamiast Kristin czekał na nas ojciec wraz z naszą najmłodszą siostrą- Alice.
- Tato?- zdziwiłam się, podchodząc do niego.-Co ty tu robisz?
- To już nawet nie można córek odwiedzić?- zapytał, ściskając mnie i bliźniczki.- A co to za chłopak życzył ci wesołych świąt?
 Uśmiechnęłam się, ale nic nie powiedziała.
- Widzę, że już nie jestem ci potrzebny- dodał po chwili ojciec.
 Wzdrygnęłam się. Prawie tak samo powiedział w moim śnie.

~*~*~

Siedzieliśmy w pokoju bliźniaczek. Moja matka nie była zachwycona widokiem swojego byłego męża, ale, po wielu minutach błagania, pozwoliła mu zostać. A więc cała nasza piątka siedziała na łóżku Jesicy i rozmawiała. Pokój bliźniaczek jest mały, ale mój jest jeszcze mniejszy, dlatego to w ich pokoju będzie spał nasz ojciec, a nie w moim. Ja będę dzielić pokój z Alice- moją dziesięcioletnią siostrą, przerażająco podobną do mnie. Również miała bladą cerę, zielone oczy i blond włosy. Była moją mniejszą, niedokładną kopią. Kiedy więc się umyła wzięłam ją na swoje łóżko i położyłam się obok niej. Ostatnio widziałam Alice, gdy miała około czterech miesięcy. Potem mój ojciec wyjechał z nią do Francji, a ja zostałam w Londynie. Prawie jej nie pamiętałam. Dobrze było ją znów zobaczyć. Popatrzyłam się na nią. Już zasnęła. Przytuliłam się do niej i poszłam w jej ślady.

- Alice